Rozdziały będą pojawiać się średnio co 10 dni ;)

Czy to takie trudne poświęcić pięć minut i napisać komentarz? Myślę, że nie.
Wiedz, że twoja opinia motywuje nas do działania ^^
Boli mnie... nas fakt, że według ankiety czyta nas 10 osób (przynajmniej tyle się deklarowało)
a gdy przychodzi co do czego, to tylko 4 osoby potrafią wyrazić swoją opinię.


07.05.2012

[xx4] Don't Judge Me Until You Know Me.


Znalazł ją po dwudziestu minutach. W chwili, gdy już szczerze zaczynał się zastawiać czy może nie wyszła na zewnątrz nie będąc zainteresowaną wszystkimi tymi mało istotnymi, kulturalnymi zachowaniami idola względem fana. Odszukał ją w toalecie. Z nową warstwą błyszczyku na spierzchniętych ustach. Annie nie malowała się nigdy, gdy jakaś zadra egzystując w jej podświadomości wywoływała ból całej duszy. Chwile wcześniej, gdy go zostawiała wydawała się przytłoczona wszystkimi szpitalnymi nowinkami. Jeszcze bardziej drażniły ją wiadomości przysyłane do jej domu z głównego biura federalnego. Swoją drogą był z niej niezmiernie dumny, nie był w stu procentach pewnym czy gdyby jego to spotkało, dałby sobie radę czy może siadłby w kącie podkulając ogon. Ludzie są rożni, presja otoczenia może być bodźcem motywującym, a może też wywołać depresję. Jest w stanie sprawić, że siłacz sięgnie dna. Pozwolił Stylesowi wyskoczyć zza siebie. Gdy już tu był, wiedział, że nic nie ma najmniejszego prawa skończyć się tragicznie. Uśmiechnął się do niej najpiękniej jak tylko potrafił. Mieliście pojęcie, że uśmiech słychać w tonie waszego głosu, gdy zaczynacie rozmowę? To takie oczywiste, w rozbawieniu drży każde wasze słowo, wibruje intensywnie raz po raz wyrzucane z krtani.
- Uciekłaś mi. - An zmarszczyła brwi w aktorskim wyrazie konsternacji i podejrzliwości. Zastanawiała się może, na jaką grę przyszła pora. W co będą się bawić, bo na jakiekolwiek pretensje się nie zanosiło. Wróciła do swojego czarodziejskiego lustra, w którym nie mogła zobaczyć kompletnie nic, przeczesała włosy palcami, związała je gumką, a później tradycyjnie niemalże upchnęła je pod wielką, puchatą czapą. Nie lubił tego. Była dużo ładniejsza, gdy pozwalała im swobodnie lewitować tuż nad plecami. Harry chrząknął dwa razy zwracając na siebie uwagę otoczenia. W istocie nie całego, bo jedynie Horan rzucił mu gromy w spojrzeniu, dziewczyna pozostawała nieugięta. Zauroczona własnym ciemnym obiciem, którego pół blady cień przebijał się przez odmęty piekielności. Do operacji zostały dwa miesiące. Gdy rozmawiali, w żartach rzucała czasami, że boi się odzyskać wzrok, bo ma dziwne wrażenie, że od nadmiaru tych wszystkich barw i kształtów oślepnie kolejny raz. Bała się tego i jednocześnie gdzieś tam pomiędzy całym tym lękiem nie mogła się doczekać pierwszego wschodu i zachodu słońca. To tak jak z utęsknieniem oczekiwać pełnoletności albo zwykłego jubileuszu, gdy przyszło Ci się urodzić paskudnego dwudziestego dziewiątego lutego. Raz na cztery lata dostawałeś coś, co zwykli ludzie otrzymywali dorocznie. Pieściła, więc w podświadomości słowa lekarzy jak to nie ma być cudownie, jak wszystko dopną na ostatni guzik i przeprowadzą ją przez te drzwi szatańskiej choroby. Victor śmiał się głośno wspominając wszystkie jej zachwycone jęki. Dla niego nie stanowiło to różnicy, on nie przejmował się nikim i niczym, a w szczególności nie nią. Zacisnęła pięści jednocześnie przygryzając dopiero, co wypielęgnowane usta. Bycie jego córką było najgorszą z Herkulesowych prac. Musiała wziąć się w garść nawet, jeśli zapomniała jak to się robi.
- Tylko jeden? - Pytanie, jakich wiele choć w zasadzie mogło mieć nieskończenie dużo znaczeń. Jego kuzynka ubóstwiała bawić się alegoriami, przenośniami, metaforami i innymi znanymi jej środkami stylistycznymi. To ona zrobiła pierwszy krok odwracając się w stronę Hazzy. Wyciągnęła przed siebie dłoń myląc się w lokalizacji jego osoby o niespełna metr. Dobra w tym była. W większości przypadków nikt nie zwracał na nią uwagi, bo tak niebagatelnie wtopiła się w tłum jakby wciąż była zwykłą, prostą, szarą obywatelką wietrznego Londynu. 'Dawno, dawno temu', bawiąc się w 'choć pokaże Ci swój świat' zawiązała mu oczy i zmusiła go do całodobowego egzystowania w ciemności. Potykał się o wszystko, co znalazło się w zasięgu jego nóg, obijał się od mebli niczym ta rzucana w przód kauczukowa piłeczka. Wściekły i przestraszony całą swoją bezradnością wynikającą z nowych warunków podglądał, co i rusz otoczenie odsłaniając turkusową wstążkę spoczywającą na jego twarzy. Właśnie wtedy chyba pierwszy raz pojął jak bardzo ważny jest owy zmysł. Chyba nawet ważniejszy niż posiadanie obu rąk.
- Bell Horan. - Popłynęło z jej ust ciche przywitanie. - Kimkolwiek jesteś panie nieznajomy. - Chyba nie mogła się powstrzymać by nie udowodnić im, że wcale nie są tacy sławni, za jakich się uważają. Chciała dać im tą świadomość, że na świecie gdzieś tam pomiędzy innymi żyje jeszcze ktoś, kto nie ma zbyt wielkiego pojęcia o tym, co robią. OK, śpiewali, ona też potrafiła, choć częściej robiła to pod prysznicem niż jawnie, publicznie. To, że wystąpiło się w popularnym show, to że szalały za tobą hot trzynastki nie czyniło cię gwiazdą. Do gwiazdorstwa należało dojrzeć. Marylin Monroe była gwiazdą, a skończyła jak skończyła. Kurt Cobain też sobie nie poradził z problematyką dnia powszedniego. Poziom szacunku w tej dziedzinie świata nie zależał od liczby znajomych na portalach społecznościowych czy od tego ile fanów koczowało o czwartej nad ranem pod areną koncertową by zaklepać sobie najlepsze miejsca. Uśmiechała się jedynie wspominając własną potrzebę przyciskania piersi do barierki tuż przed sceną. Rodziła się wtedy subtelna wewnętrzna nić łącząca Cię z całym ukochanym składem. Tęskniła za tą adrenaliną, ale im starsza była tym luźniej podchodziła do owego 'być albo nie być zauważoną'.
- Harry Styles. - Loczek przemknęło jej przez myśl. Nie pamiętała jego twarzy prócz tego jednego szczególnego znaku. Trudno było to zignorować, gdy z jedynego zdjęcia, które rok wstecz pokazał jej Niall spoglądał na Ciebie chłopak z szopą większą niż twoja własna. Zacisnęła dłoń na jego dłoni. Skupiła się na otoczeniu. Czego w nim szukała? Urokliwych nut ciepłego popołudnia okraszonych wonią świeżo koszonej trawy. To, że dając się przyłapać na rytuale zatracenia nie wybiegła za nieznajomym nie oznaczało, że musiała żyć w błogiej nieświadomości. Miała swoje sposoby i swoje zhierarchizowane odpowiednio priorytety. - Zdajesz sobie sprawę z tego, że przez ostatni miesiąc wszyscy zazdrościli Niallowi super dziewczyny, kiedy dzisiaj okazuje się, że tak naprawdę jesteś wolna i wszyscy mamy równe szanse? - Zamiast odpowiedzieć coś logicznego i sensownego wybuchnęła jedynie śmiechem. Absolutnie w żadnym wypadku nie wpadłaby na to, że ktoś postronny może ją uznać dziewczyną kuzyna. Owszem tamte fanki burczały coś zjadliwe pod nosami, ale w istocie nie wykazały się większą inteligencją, więc można było uznać, że ich IQ oscyluje w granicach intelektualnego geniuszu pantofelka.
- To raczej nielegalne po tej stronie globu. - Opanowała się w końcu na tyle by cokolwiek z siebie wydusić. Horan zebrał w międzyczasie rozrzucone po toaletowym blacie kolorowe pomadki w liczbie sztuk czterech. Pojęczał coś na temat niemożliwości dziewczyn, na temat ich niezdecydowania i ciągłego zmieniania obranej wcześniej taktyki. No, bo czy nie ona przypadkiem wbijała mu do głowy myśl, że nie ma zamiaru, ochoty, chęci, potrzeby, zaznajamiania się z jego przyjaciółmi? Nie raz i nie dwa usiłował ją zgrabnie zaciągnąć na jakieś spotkanie by, chociaż zamieniła z nimi przysłowiowe dwa zdania. Opierała się jak oślica prowadzona na rzeź a teraz? Proszę bardzo, jaka elokwentna i towarzyska się zrobiła, gdy spuścił ją z oczu na przeszło kwadrans. Dobra gdzieś tam w tyle głowy obijała mu się myśl, że może porwali ją jacyś obcy. Wszczepili jej w mózg implant i teraz ona sama nie wie, że pozagalaktyczna cywilizacja kontroluje jej poczynania chcąc zapoczątkować międzyplanetarny akt rozmnażania się międzygatunkowego? Fuknął na siebie samego, bo te rozważania przeszły od lekko zabawnych do totalnie potwierdzających jego umysłową niepoczytalność.
- Będziemy tu siedzieć? - Nie to żeby mu się gdzieś spieszyło i nie to, że nie lubił słuchać tych wszystkich kabinowych nowości na temat tego, kto spał z kim w ciągu ostatniego tygodnia. Jeśli trafiło się w odpowiedni moment to takie ploteczkowe newsy stanowiły temat numer jeden miesiąca. Ostatnio na przykład, czystym przypadkiem odkryli tajemnicę niejadalności klopsików ze stołówki. Ich ulubiona kucharka popalając sobie nad patelniami, nagminnie topiła w nich niedopalone skręty. Obiadek z wkładką jak nazywali to sympatycznie. Trzaskało w zębach i powodowało mdłości. Przerzucili się, więc na dietetyczne sałatki a później do syta opychali się w pobliskim burger kingu. - Zmuś ją żeby z nami poszła do mieszkania. - An jak to An zapomniała mu powiedzieć, że dzisiaj pobiegłaby z nim po dobroci. Hmm całkiem wyleciało jej to z głowy. No cóż skleroza była powszechną chorobą całych narodów. Nie ona była pierwszą i nie ostatnią. Zabrała ze sobą nawet pogniecioną we wszystkie możliwe strony koszulkę Holdena, co by nie pałętać się po salonie na wpół nago. Wzruszyła beznamiętnie ramionami oczekując odzewu ze strony bruneta.
- Chcesz może... - Nie dała mu skończyć prawie krzycząc 'TAK'. Nadpobudliwość? Dziwnie z tym wyszło, ale nie w jej stylu leżało to całe przejmowanie się faktem 'co kto sobie o mnie pomyśli' żyła własnym życiem i podejmowała takie decyzje, z którymi było jej dobrze, a że czasami za dużo w nie wkładała emocji? Zdarza się nawet najlepszym mistrzom. Ktoś klasnął w dłonie i nie był to z całą pewnością Niall. Odwróciła się w stronę dodatkowego dźwięku czekając na coś, co w gruncie rzeczy nastąpić wcale nie musiało. Nowe wonie wypełniły jej nozdrza. Trawa cytrynowa i mięta pieprzowa. Całkiem przyjemne. Orzeźwiające. Rozbudzające. Dodające energii na dalsze szaleńcze eskapady. Uniosła brwi starając się przybrać jak najbardziej naturalnie neutralną postawę 'obserwatora'.
- Romanse! BEZE MNIE?!?! - Tak bez niego. Chociaż w zasadzie nawet nie romanse, bo rozmowa nawet się nie rozkręciła do tego stopnia by nazwać to bogatą wymianą zdań. Pochyliła się chcąc zabrać z posadzki swoją torebkę. Bezapelacyjnie wszyscy tutaj mieli zapotrzebowanie na wymienianie się czułościami. Znów ktoś ją wyściskał, wyprzytulał, wycmokał w policzki. Wyprostowała się, a jej twarz nabrała pytającego wyrazu. Już nie czuła się dziwnie, teraz owo uczucie przeszło w totalny szok i zaskoczenie. No, bo czy wchodzenie w aż tak bliskie kontakty z obcymi nie było czasami pogwałceniem jego intymnej przestrzeni? Wyminęła Stylesa prawie na niego wpadając, uwiesiła się na ramieniu kuzyna wracając do bezpiecznej pozycji. Ramiona niczym dom.
- ZAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAYN ŁAJZO! - Cholera prawie ogłuchła od tego wrzasku. Czy nikt absolutnie nikt, nie zwrócił wagi na to, że tracąc jeden zmysł wyostrzały się wszystkie inne, a tym samym próg bólu ulegał zmniejszeniu. Klepnęła blondyna otwartą dłonią w potylicę. Stłumiony śmiech wypełnił przestrzeń. Ktoś o mało się nie udusił. Inny ktoś poszedł na całość wcale nie ukrywając, że rozbawiła go ta sytuacja. Niall jedynie zajęczał zawstydzony 'no co?'. Lubiła go w tej stylizacji niewinnego chłopca gdzie to ona odgrywała rolę złej królowej. Jak ogień i woda.
- ŁAAAAAAAAAAAA KIBLOWA IMPRE... - Wrzasnęło. Stuknęło. Wpadło razem z drzwiami i zatrzymało się w połowie zdania. - O cześć. - Teraz to ona nie dała rady udawać obojętnej. Pomału zaczynało ją zastanawiać czy oni tak normalnie się zachowywali czy dzisiaj tuż przed jej pojawieniem się w hali mieli jakieś bliskie spotkanie z toksycznymi oparami niszczącymi ostatnie pokłady szarych komórek. Było ich trzech. Brakowało jeszcze jednego do pełnego kompletu. Na wszelki wypadek odsunęła się nawet od drzwi, żeby nie zostać nimi zmaltretowaną po raz enty tego wieczora. Wyczekiwała? Łudziła się, że ktoś tam jeszcze chce zrobić jej niespodziankę. W myślach mówiła: "A może po prostu powinnam z nim porozmawiać?" Na nic się jednak nie odważyła, obezwładniała ją obawa przed niepowodzeniem. Głupiutka jeszcze była i taka nieostrożna. A może niewiele mogła zrobić, gdy w pamięci wciąż pozostawały słowa starej miłości? 'Żegnałem się z Tobą tak wiele razy. Szeptem, krzykiem, listami, w mojej głowie. Nawet w sercu. I chyba nie jestem w stanie pożegnać Cię tak do końca.' Przyzwyczajała do siebie ludzi. Pozwalała im się poznać, a gdy nabierali ochoty na każde słowo i czuły gest prosiła o zapomnienie.
- Powinniśmy iść. - Rzuciła w przestrzeń nie chcąc im przeszkadzać. Zagryzała wargi, nie chciała po raz kolejny czuć słonego posmaku swej słabości. Szeptali coś między sobą, a ona jako ten wykluczony z rozmowy członek wrogiej drużyny udawała, że nic nie słyszy, niczego nie jest świadkiem, a przede wszystkim starała się udawać, że to nie o niej toczy się cała dysputa. Nie była ani niedorozwinięta ani głupia. Znała na pamięć wszystkie te szeptane konwersacje mające oszczędzić jej wszelkiego zdenerwowania czy wytrącenia z równowagi. Jej kuzyn też nie był samobójcą by zapomnieć o tym jak bardzo potrafiła wyżywać się na tych, którzy to za punkt honoru chyba przyjęli sobie ułatwienie jej żywota. Momentami miało się wrażenie, że gdyby istniała taka możliwość, to nawet oddychaliby za nią gdyby to miało ją kiedyś zaboleć. Oparła się o ścianę wyciągając z torebki czarną cegiełkę. Numer poczty głosowej na szybkim wybieraniu kusił całym trzy cyfrowym skrótem. Pomimo całego tego wojennego klimatu tęskniła za Holdenem. Był jej bliski, witała z nim dzień i kończyła z nim noc, a cała walka pozostawała w cieniu. Za silnie zareagowała, pozwoliła podświadomości wpłynąć na swoje decyzje, dała nieme przyzwolenie na całe wypływające z jej duszy zło. Nacisnęła odpowiedni klawisz. Cisza. Pustka. Żałość. Nie zadzwonił. Nie zostawił dla niej ani jednej marnej wiadomości. Chciała zrobić to za niego i nie mogła. Musiała przeprosić? Nie chciała być zależna. Czy kochanie podlega jakimkolwiek restrykcjom? Hej, Holden. Zawahała się zamierając na kilka sekund. Skrzynka pracowała w tle odbierając jej cenny czas. Chciałam Cię tylko przeprosić i powiedzieć Ci, że ze mną wszystko dobrze. Nieprawda, było źle, było tragicznie i było koszmarnie. Staczała się po równi pochyłej i za cholerę nie mogła się złapać żadnego wystającego z gleby korzenia by, choć na minut kilka zawisnąć w pozycji horyzontalnej. Zostanę dzisiaj u Nialla, nie zrobię nic głupiego. Nie podetnie sobie żył, nie skoczy z mostu, nie zje całego słoika farmaceutyków wykupowanych jedynie na receptę. Jeszcze raz przepraszam. Bippp dzień dobry bardzo, powinni jej nadać tytuł miss ugody i kretynizmu. Oczekuje zmian, walczy o nie, prawie wydrapuje im ślepia, a później łasi się jak zagłodzona kotka, gdy jej pan wraca do domu po szesnastu godzinach ciężkiej pracy. Podejście numer nieskończoność zostało przegrane. A może by tak poddać się temu, co szykuje przeznaczenie? Oblizała wargi wsłuchując się w przytłumione głosy.

- Lee daj mi do cholery po prostu do niej zadzwonić, dobrze? - Słyszał ten upierdliwy dzwonek dokładnie cztery razy. Za każdym kolejnym jego wściekłość rozpływała się w przestrzeni, a jego myśli dobijane były wizją nagłego wypadku dziewczyny. Annie była gwałtowna, ale nigdy nie odzywała się pierwsza mając pewność, że jej złe samopoczucie i wszelkie pretensje są słuszne. Potraktował ją jak małą nieporadną dziewczynkę a radziła sobie przecież. Była w tym wszystkim bardziej zorganizowana niż on sam. To on się bał. Ona go jedynie uspokajała twierdząc, że jest jej dobrze, że to nie ważne, że zniknęły obrazy skoro zapamiętała najpiękniejszy z możliwych. Dotykała jego twarzy opisując każdy grymas, każdą mimiczną zmarszczkę i bliznę, której dorobił się w dzieciństwie. Wodziła palcami po bruzdach twierdząc, że uczy się najwspanialszej ze stworzonych historii. Był zbyt płytki by to pojąć. Zbyt ograniczony by zrozumieć. Bawił się nią, wodził za nos przez tak długi czas, poczuł się zbyt pewnie, poczuł że ją ma, a prawda była taka, że Annie była niedostępna, wiecznie niedostępna. Ona kochała uciekać. Nie powinien był zapamiętywać jej słów szepczących miłosne wyznania. Boże. Wkraczał w życie dwudziestolatka z czysta kartką. Gdzieniegdzie pozostały jedynie szare ślady po zamazanych wspomnieniach. Ona posiadała gumkę, on wyrywał się i szarpał by nie dopuścić do zapomnienia, a jego ukochana podejmowała dramatyczne kroki. Tęsknił za nią aż do bólu wstydząc się jednocześnie własnej miłości. 
- Wdzięczny mi powinieneś być idioto. Ile razy? No ile razy mam Ci powtarzać, że ona Cię nie chce? Czeka na tego swojego jasnego księcia, co to szczerozłotym mieczem zabije wszystkie jej chore potwory, porwie w ramiona i zaniesie do swojej sypialni by lubieżnie pozbawić ją cnoty? Annabelle to pieprzona księżniczka, nie ceni Cię za to, co możesz jej dać to ona uważa się za Twój największy klejnot. Obudź się do kurwy, to manipulatorka. - Nic z tego, co mówiła prawdą nie było. Nie chciał by nią było. Przecież nic takiego paskudnego się nie wydarzyło. Nie było żadnych parszywych obietnic, przez które człowiek traci całe lata łudząc się i oszukując na zapas. To była jego mała An. Radosna wariatka biegająca boso w deszczu po mokrej trawie. Słodka blondyneczka rezygnująca z najważniejszego egzaminu w szkole by odwieźć do weterynarza znalezionego przy drodze kociaka. Można było jej wiele zarzucić, ale nie można było określić ją mianem wyrafinowanej manipulatorki. Odwrócił się od siostry odkładając gitarę. Wszyscy wyszli. Dali im kilka minut na rozmowę, której nie dało się odwlec w czasie. Zielone szpony przejechały po jego barku. Zaszczypały rozorane miejsca, wypełniły się błyszczącą krwią. Zerknął na nią nieprzytomnie. - Patrz na mnie debilu jak do Ciebie mówię. - Rozwrzeszczał się anioł ciemności. - Dasz jej spokój, powiesz jej w końcu, że to skończone i zaczniesz żyć na własny rachunek, rozumiesz? Nie dzisiaj, nie przez telefon, pójdziesz do niej jutro, spojrzysz w te jej wielkie niebieskie ślepia i powiesz, że chciałeś ją tylko zaliczyć. To nie jest miłość do kurwy Holden. Opanuj się.
Jeśli to nie była miłość to, co nią było? Leeann potrafiła jedynie stawiać warunki. Musiała i chciała dociekać własnych indywidualnych korzyści. Z Annie nigdy nie było jej po drodze. Z początku uroczy potajemny romansik przeszedł na tory związku partnerskiego a w dniu, w którym postanowił przedstawić siostrze swoją ukochaną skończył się świat szczęśliwych zakończeń, a rozpoczął tryptyk katastrof, zniszczeń i spustoszeń. Lee nienawidziła się dzielić, to co było jej, nie należało już do nikogo więcej a on, Holden miał czelność wyjść spomiędzy jej macek by odnaleźć swoją syrenkę.
- Pieprzy mnie to, co sobie uknułaś w swojej ciemnej mózgownicy siostrzyczko, jebie mnie to permanentnie, bo wiesz co? - Roześmiał się w głos przyciskając ją do ściany. - Nie masz nade mną żadnej władzy, czegokolwiek nie powiesz, cokolwiek nie zrobisz ja wiem, co mam wybrać, jestem tego świadomy. - Dłoń zacisnęła się na gładkiej twarzy dziewczyny. Docisnął ją mocniej by zmusić ją do podniesienia wzroku. - Możesz grać jak długo masz na to ochotę, ale nie ze mną i nie z nią, bo jeśli przesadzisz to obiecuje Ci i Bóg jest mi świadkiem zabije Cię i nie będę tego żałował...

Dała za wygraną udając, że błoga nieświadomość jest czymś czysto oczyszczającym. Tak, skłamała i co z tego? Nie chciała im psuć wieczoru rzucając się po wszystkich możliwych pomieszczeniach z wysuniętymi pazurami tylko i wyłącznie dla zasady. 'Ktoś mnie dzisiaj zdenerwował, nie mam go pod ręką, mogę, więc przyłożyć tobie? Obiecuje, że nie będzie bolało a nawet, jeśli to postaram się zrobić to szybko'. Z metra, z taksówki, z supermarketu czynnego całą dobę, z baru szybkiej obsługi i chińskiej knajpki w końcu jakimś cudem przedostali się do domku stojącego na obrzeżach. Prywatne mieszkanie pana czwartego jak się okazało. Poszukiwany listem gończym w końcu łaskawie dał znak życia oznajmiając wszem i wobec, że wrócił na własne śmieci z zamiarem wcześniejszego położenia się spać. Oj coś mu chyba nie wyszło, bo gdy otwierał drzwi, gdy wpuszczał do środka całą pięcioosobową ekipę jego mina mówiła wszystko, ale nie to, że jest zadowolony. A później zobaczył ją i skończyły mu się resztki dobrego humoru zarezerwowanego na ten wieczór. Ubrał się nawet, zarzucił szalik na szyję, buty uwięził w trampkach i wyszedł na podwórko chcąc zniknąć, rozpłynąć się w powietrzu.
- Hej. - Rzuciło do niego coś z boku. Delikatny dziewczęcy głos rozniósł się w powietrzu lotem błyskawicy. Nie było tu ich więcej oprócz tej jednej. Dobra, zaczynał martwić się o swoje zdrowie psychiczne, zaczynał martwić się o zdrowie innych, bo może ta mała była jakąś psychiczną morderczynią, która wkupiła się w ich łaski, a teraz chce wszystkich wykończyć kilkoma zapamiętanymi ciosami karate z dodatkowym udziałem tasaka ze stali nierdzewnej? Odwrócił się do niej w zwolnionym tempie. Na raz-dwa-trzy, wypuścił z płuc powietrze docierając wzrokiem do jej opatulonej czapą i chustą twarzyczki. Czerwone policzki niemalże prosiły o powrót do pomieszczenia, wielkie niebieskie oczy wyrażały coś, co trudnym było do określenia. - Wiem, że Ci przeszkadzamy. Mówiłam im, że to nie jest najlepszy pomysł, że skoro poszedłeś gdzieś to chcesz być sam i że pewnie dobrze jest Ci tak jak jest, ale oni się uparli. Mówili coś o depresji, o tym, że sam to możesz być ale na starość i że teraz oni Ci są potrzebni, a nie cokolwiek innego, więc jesteśmy tutaj. - Dziwnym było słuchanie jej, gdy mówiła o nim tak jakby wcale się dzisiaj nie spotkali, jakby on na nią nie wpadł z czystą premedytacją. - Pewnie jesteś wściekły, w zasadzie to nawet Ci się nie dziwie, gdybym to ja miała spartaczony humor też wolałabym posiedzieć sobie na kanapie, a za towarzysza mieć jedynie buczący telewizor. - To nie było takie proste, jemu przeszkadzało wszystko łącznie z tym, co było ciche i niezauważone. Nawet jego własny kot stał się wielce drażniący i wylądował wraz ze swoim posłaniem w garażu. - Może nie będzie tak źle? Jak myślisz? - Mówiła, mówiła i mówiła, a jemu całkiem przyjemne się to zdało. Ten eteryczny cichutki, melodyjny głosik uspokajał. Koił. - Na pewno z nami nie posiedzisz? - Wysunęła w jego kierunku dłoń. Zapraszająco wcale nie ponaglająco. Tak iście naturalnie. Minął ją osępiały kierując się w stronę drzwi. Ramię rozluźnione upadło wzdłuż ciała. Gdzieś w jej oczach przemknęło rozczarowanie. Cholera poczuł się parszywym ostatnim kretynem. Nic mu nie zrobiła. Była sympatyczna. Traktowała go jak kogoś normalnego, a on zdzielił jej przez twarz jej własnymi dobrymi chęciami. Drzwi zaszeleściły dziko dźwiękiem rozsuwanych nylonowych zasłon. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że zna skądś sposób jej myślenia. Widać za dużo się nad tym zastanawiał. Przemknął przez salon udając się w stronę kuchni a ona? Ona też weszła do środka zrzucając z siebie wierzchnie warstwy odzieży. Uśmiechnęła się tak, jakby nic się nie stało. Nie był nikim ważnym. To tylko ten zapach.

- Ile już z nim jesteś? - Zayn powtórzył zadane jej pytanie. Słyszała je za pierwszym i za drugim razem. Doskonale. Wcale nie zasnęła. Nie oddaliła się od nich nawet na metr. Była cały czas. Postukiwała palcami w poduszkę rozłożoną na udach kuzyna. Podciągnięty pod samą brodę koc przyjemnie ogrzewał jej zmarznięte ciało.
- Trzy lata. - Długo, stanowczo za długo patrząc na wszystkie niesnaski, kłamstwa, żale, rozterki i przygody niewiele mające wspólnego z wiernością. Były chwile, gdy Holden był wszystkim, co posiadała, co posiadać chciała, czego potrzebowała i czemu mogłaby się poświęcić. Gonili się po mapie życia. Raz on jej nie dopuszczał do siebie innym razem to ona miała wątpliwości, co do szczęśliwego finiszu. Za dużo mieli w sobie sprzeczności by zamknąć wszystkie rozpoczęte rozdziały. Posłała im blady uśmiech, kawa którą starała się wypić już dawno wystygła. Była gorzka, prawie tak gorzka jak jej wyobrażenie o następnych dniach.
- Chciałaś kiedyś odejść? - Każdego dnia, gdy przytłaczała ją szara rzeczywistość. Jednak uciekanie przed problemami nie było rzeczą godną powielania. Przełknęła gwałtownie ślinę nie mając pojęcia, dlaczego nurtują ich takie myśli, dlaczego zadają te wszystkie krzywdzące ją pytania. Nie chciała na nie odpowiadać, nie chciała się nad nimi nawet zastanawiać, ale nieuprzejmość całkiem odpadała w tej konwersacji. Ścisnęła dłoń brata jeszcze mocniej. Kostki jej poczerwieniały. Dłoń zasiniała.
- To jakiś quiz? Tysiąc możliwych pytań do Bell Horan? Wybaczcie, ale wolałabym to dla siebie zachować. - Bezsens totalny i wszędobylski dosięgnął jej duszy. Przytuliła usta do kubka wciągając w nozdrza znajomy, przyjemny zapach trawy. Miejsce tuż obok niej, do tej pory puste zajęte zostało przez Louisa. Doprawdy zadziwiał ją jego sposób myślenia. Gdyby była nim, zrobiłaby wszystko by nie przebywać w swoim towarzystwie dłużej niż wymagała tego średnia krajowa. Naprężyła się niczym zwierze oczekujące ataku, który zbyt długo nie nadchodził. Nagle jak zazwyczaj bywało w takich przypadkach traciło się czujność i boom odbierano nam życie.
- Ty go nie kochasz, to przyzwyczajenie. - Nie, to było coś więcej, to była potrzeba odzyskania starego życia. Marzenie wrócenia do przeszłości gdzie noc była gwieździsta, a dzień pełen słońca. Gdzie muzyka sącząca się z magnetofonu była najprzyjemniejszym afrodyzjakiem. Gdyby go nie kochała, nie lubiła czy choćby nie potrzebowała to przecież nie zmuszałaby się do tej cholernej aktorskiej gry. Z miesiąca na miesiąc było coraz prościej oszukać własne serce, rozum. Coraz szybciej odchodziły wyrzuty sumienia. Traktowali się zupełnie jak kiedyś, zanim ona wszystko spartaczyła.
- Dlaczego niby? - Dobre pytanie. Co w niej takiego było, co każdy mógł swobodnie odkryć? Czym się zdradzała? Gdzie gnieździło się to niewidzialne oznajmienie jej umierającej emocjonalności? Gdyby widziała, gdyby Bóg nie zabrał jej możliwości patrzenia byłoby o wiele wygodniej oceniać czyjeś reakcje, wypowiedziane kwestie czy rzucone oskarżenia. Zwykły grymas twarzy dawał wiele do myślenia.
- Szczerze? - Oczywistym było, że chciała ich kłamstw, chciała karmić się ułudnymi obietnicami dobrych zakończeń, w których księżniczka dostaje swojego boskiego księcia, gigantyczny posag, piękne wesele i wszystko to, od czego człowiek nie chce się oderwać. Prychnęła poirytowana ich podejściem do narzuconego tematu. Jeśli już rozmawiali i jeśli ona była przesłuchiwana to mogli mówić otwarcie, nic już by jej nie zdziwiło. O ile się myliła w tym momencie? Obca dłoń sięgnęła po kosmyk jej potarganych włosów. Z płuc uszedł zapas powietrza, a ciało najbardziej gwałtownie jak było to tylko możliwym odwróciło się w stronę zuchwałego osobnika. Krtań nie chciała wyrzucić opracowanych zdań. Umysł buntował się przed tą cała gierką-nie gierką.
- Zajęte, kochające dziewczyny są wierne swoim chłopakom. - Zajęci, kochający faceci zazwyczaj są mili dla otoczenia. Zresztą, co on plótł? Z kim niby tak ciężko zdradzała Holdena? Nie miała na to sposobności, nie miała do tego odpowiedniego kandydata i przede wszystkim nie posunęłaby się aż to takich rozwiązań. Owszem cierpiała, ale dziwki z siebie robić nie chciała. Nie zasłużyła na postrzeganie przez pryzmat jakichś staroświeckich uprzedzeń. Mogła dać mu w twarz i wyjść w pełni dumy i honoru. Tymczasem siedziała na tej kanapie z kubkiem uniesionym w połowie drogi do stolika. To Niall warknął jak oparzony zrywając się z miejsca. Wylała sobie na dłonie nieszczęsny napój, gdy siedzisko zmieniło lekko położenie. Czyjeś silne ręce w ułamku sekundy zdążyły ją odciągnąć. I wtedy to usłyszała. Syk, trzask, gruchot. Jedno głośniejsze od drugiego. Boże, dlaczego wszystkim musiała jedynie przynosić problemy? Jej za długie już paznokcie wbiły się w ramie nieznanego wybawiciela. Nieprzyjemny zapach rdzy i soli dosięgnął jej nozdrzy. Przydługie kosmyki chłopaka bez twarzy, posmyrały ją w policzek.
- Niall? - Zapiszczała ledwie dosłyszalnie, bo narodziło się w niej to paskudne uczucie chaosu i bezbronności. Rzadko się tak czuła. Zazwyczaj nachodziło ją to wszystko samotnymi wieczorami, gdy mogła swobodnie zakopać się pod stosem koców udając, że umarła już dawno temu. Nikt jej nie dotykał w sposób psychiczny czy fizyczny. Nikt o nic nie pytał. Czasami wpadała jedynie Lee, podrzucała jej butelkę podprowadzonego gdzieś Burbona i znikała ze swoim kolejnych kochasiem gotowym zaspokoić jej największe potrzeby. O co właściwie toczyła się cała wojna? Kolejny trzask. To było ponad jej siły. Blond główka wtuliła się w szyje nieznajomego.
- Zmywamy się stad. - Zakomunikował jej anielski głos. Poszłaby, naprawdę uciekłaby teraz i na koniec świata, ale... - Już. - Może faktycznie potrzebowała odetchnąć świeżym powietrzem. Skoro to ona wprowadzała napięcie wszystko powinno ustąpić, gdy tylko zeszłaby im z oczu. Uchwyciła ramię towarzysza. Ktoś zarzucił na jej plecy cieplutki pled. Otuliła się nim niemalże natychmiast. Poczerwieniała twarzyczka utonęła w materiale. Nie rozklejaj się Annie, nie teraz, nie możesz, nie przy wszystkich. Za późno, o wiele za późno. Dlaczego nie została u Holdena tak jak miała w zamiarze? Po nim wiedziała, czego może się spodziewać, znała doskonale wszystkie możliwe tory, jakimi pokierowałby kłótnie, a tutaj? Była zagubiona, stała na piekielnym rozdrożu i za nic w świecie nie potrafiła zrobić kroku w przód. - Bell, idziemy...
- Tak, idziemy. - Odpowiedziała mechanicznie nakazując ciału obranie jakiegokolwiek kierunku. Niech ją poprowadzi, niech zaciągnie ją gdziekolwiek byle z dala od wszelkich dziwnych zachowań wynikających niezaprzeczalnie z niezrozumienia. Wsunęła niewinnie dłoń w jego rękę. Nikt nie zadźga jej tutaj nożem, nie podetnie jej gardła czy nie zgwałci w najbardziej bestialski sposób. To przyjaciele Nialla, a jego przyjaciele... Odwróciła twarz słysząc swoje imię wycharczane prawie, że z obrzydzeniem. Dlaczego zasłonili jej uszy? Przecież i tak wszystko słyszała. 'Pieprzenie się z gwiazdą nie czyni Cię sławną maleńka'. Szklane drzwi werandy zatrzasnęły się za jej plecami z hukiem.

Holden? Wiem, że jestem ostatnią osobą, z którą chcesz się teraz widzieć, ale musisz mnie stąd odebrać, proszę, ten ostatni raz. Poplątało mi się to wszystko z lekka. Raz wydaje mi się, że jest dobrze, a zaraz w następnej chwili warczę na Ciebie niczym rasowy psychopata. Znasz mnie, nie zastanawiam się nad tym wszystkim, a powinnam bo nie jesteś i nie byłeś niczemu winny. Nie ty kazałeś mi wsiąść do tego cholernego samochodu, prosiłeś żebym została, wiem ze to zrobiłeś, bo twoje słowa są ostatnia rzeczą, jaką pamiętam z tamtego dnia. Wszystko inne zniknęło. Wszystkich innych zapominam. Znam na pamięć tylko Ciebie. Tylko z Tobą mogę o tym porozmawiać. Tylko przy tobie czuje się wciąż sobą. Ja... Bipppppppppppp

- Weźcie coś z nim zróbcie, bo osobiście skopię mu dupę, jeśli zajdzie taka potrzeba. Ogarniasz to Zayn? Łazi nadąsany i straszy wszystkich wokoło jakby naszą winą było, że coś mu nie wyszło. Ja rozumiem, stracił przyjaciela, którego znał od podlotka, z panną mu nie wyszło, starzy mają swoje indywidualne problemy, ale on to kurwa kumuluje. Rozumiesz? Kumuluje, a później wybucha w najmniej spodziewanych momentach. Nawet Niall już tego nie ogarnia, a ostatnio jest z nim najbliżej. Jezu trzymajcie mnie, bo mam dość. 
Nie odzywała się. Siedziała na wilgotnym plastikowym, ogrodowym krzesełku z kolanami podciągniętymi pod sama brodę. Zdawało się, że o niej zapomnieli. Najpierw Harry biegał od prawej do lewej owiewając jej twarz chłodnym wietrzykiem. Tłumaczył coś, gładził po głowie jakby była, co najmniej niedorozwinięta emocjonalnie. Później doszedł do niego Malik. Ukląkł przy jej bezpiecznej przystani dotykając jej kolan. Wiedziała, że patrzy. Zastanawiało ją jedynie, co chce ujrzeć w całej jej postaci.
- Liam chce to oddać w ręce menadżera, nie poradzimy sobie, jeśli nie wesprze nas ktoś z zewnątrz. - Myślała o wszystkim byle tylko ich nie słuchać. Nie musiała wiedzieć wszystkiego, przyszła tutaj żeby oderwać się od realności i zaznać trochę dawnego błogiego lenistwa, tymczasem natrafiła na małe szeregowe nieporozumienia. Jeśli można to było w ogóle określić takim mianem. Nawet ona nie była takim wrakiem jak oni właśnie. Ciepła dłoń przejechała po jej karku. Uśmiechnęła się leniwie niczym ta poczęstowana pieszczotą kotka.
- Nie ryzykowałbym z roznoszeniem tego poza naszą grupę. Ludzie to Louis nawet, jeśli coś mu się pokręciło pod kopułą to jest naszym bratem. Nie pójdę z tym do opiekunów. - Idealnie dopasowane do jej ręki palce nowo przybyłego wsunęły się w jej rozluźnioną już dłoń. - Nie pójdę ani teraz ani później i nie chce by ktokolwiek z was tam szedł. - Pomruk niezadowolenia rozniósł się echem. - Proszę...

_____________________________________________
Rozdział 4. Zdaje mi się, że jest lżejszy od poprzednich. Zresztą teraz wszystkie chyba takie będą, zważywszy na to, że wprowadzone zostają dodatkowe postaci, które mają nakreślić pewien schemat działania An. Nie będę się na ten temat rozpisywać, powiem jedynie tyle, że łatwo jest się do kogoś zrazić myląc swoją indywidualną niechęć do całego świata z trudnym charakterem osoby napotkanej. 
W ogóle z całego serca dziękuję tym, którzy czytają i tym, którzy mają siłę, chęć i może nawet potrzebę przekazania nam czegoś w oknie na dole. Możecie gdybać, analizować i przypuszczać. Zawsze to miło wiedzieć kto co o tym sądzi. 
xoxo Young

Ostatnimi czasy nie mogę wykrzesać z siebie czegoś sensownego. Zazwyczaj wychodzi z tego bełkot Yody chociaż w mojej głowie brzmi to dość sensownie, no ale cóż. Zdarza się. Chcę tylko wam powiedzieć, że cieszy mnie fakt pojawienia się coraz większej ilości ludków chętnych zagłębić się chociaż troszkę w historię. Dziękuję wam za to.
Death :*



7 komentarzy:

  1. Świetne :D Zresztą, jak zawsze.
    Czytałam to sobie w środku nocy w cieplutkim łóżeczku i wczuwałam się w twoich bohaterów. No cóż, nie skomentowałam, bo już nie miałam siły, ale komentarz zostawiam teraz.
    Podoba mi się to, że dodałaś coś od Holdena. Nie jestem może jakąś jego wielką fanką, ale mi się to podoba xD Rozjaśnia parę spraw, np jego relacje z siostrą i stosunek do Bell.
    A kto się bił? Uchylisz rąbka tajemnicy? Jestem strasznie ciekawa xD Louis i...nie tu moje przypuszczenia się kończą ;p
    Nie lubię tej całej Leeann, jest taka... rozpieszczona i zachłanna. Wredna i fałszywa. Denerwują mnie tacy ludzie.
    Hmmm.. ciekawe jak dalej potoczy się znajomość Bell z chłopakami, a w szczególności z Louisem. Ten Lou tutaj to jest jakiś taki biedny xD No, ale nic, ja się nie wypowiadam, bo też lubię robić krzywdę moim bohaterom. Nie może być za kolorowo.
    Czekam na nn! xxx

    OdpowiedzUsuń
  2. Długo zwlekałam z przeczytaniem tego, wiedziałam, że muszę mieć na to czas, by rozkoszować się każdym zdaniem. Wciąż nie mogę wyjść z podziwu, jak bawicie się słowami i ta metaforyka, porównania.. Po prostu urzekające.
    Ukazanie Louisa z takiej strony, gnębionego wewnętrznymi rozterkami, i nie bójmy się tego słowa, słabego jest inne, nietypowe i naprawdę jestem bardo, ale to bardzo ciekawa jak wam to wyjdzie. Widzę, że Lou ma wysoki próg bólu i zastanawiam się, czy jeszcze bardziej mu nie dowalicie. Kto nie lubi tego robić? Wtedy zawsze jest inaczej, niebanalnie. Mam nadzieję, że coś zrozumiałyście z mojego bełkotu, choć nie oczekuję za wiele, bo miejscami sama się gubię. Jak czytam mam wam tak wiele do powiedzenia,ale jak tylko skończę, to widzę tylko ten biały kwadracik i czuję jak wszystkie słowa uciekają, lub są po prostu zbyt banalne, by to opisać.
    Każda wasza scena jest tak mocna, że o ja pier*, przepraszam za niecenzuralne słownictwo. Ja jestem fanką dialogów, lubię mocne, dobrze skonstruowane, sensowne i nie serialowe, jeśli wiecie o co chodzi. U was nie ma ich za wiele, ale jak już jakiś jest to wbija w podłogę. Naprawdę mocny akcent. Kurcze, tu wszytko jest mocnym akcentem. Dziewczyny, nie wiem ile macie lat, ale jak mniej niż 18 to chylę czoła i biję pokłony.; )
    Przepraszam za ten bełkot, ale musiałam to z siebie wyrzucić, bo inaczej miałabym koszmary.
    Pozdrawiam i czekam na następny.; )

    OdpowiedzUsuń
  3. I znowu nie wiem co Ci napisać. Naprawdę nie mam bladego pojęcia. Może ciągle jeszcze jestem pod za dużym wrażeniem? Uwielbiam wszystkie Twoje rozdziały i doskonale o tym wiesz, ale ten... jest najlepszy z wszystkich, które dotąd przeczytałam. Choć w sumie to najlepszy to złe słowo, bo wszystkie były genialne. Jest najbardziej przejrzysty. Wreszcie zrozumiałam wszystko za pierwszym razem ;) Jestem bardzo ciekawa jak rozwinie się wątek Louisa. On u Ciebie jest taki inny. Z jednej strony uwielbiam Cię za to, że nadałaś mi takiej wielowymiarowości, ale z drugiej tak bardzo mi go szkoda. Napisałabym, że Cię nie rozumiem, bo to niby Twój faworyt, a tak go maltretujesz. Napisałabym, gdybym sama tak nie robiła. Coś mi się wydaje, że ten mój komentarz będzie krótszy niż zawsze (może takie złudzenie, nie wiem), ale zwalmy to na szok jakiego doznałam po przeczytaniu. Rzadko się spotyka takie talenty jak Ty. Jedyne co mogę jeszcze dodać to to, że nie mogę się doczekać następnego rozdziału i tekstu napisanego przez Death. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jak zwykle świetnie! ^^ Faktycznie, w tym odcinku jest nieco więcej akcji niż w poprzednich... co nie przeszkodziło mi się pogubić xD Ale już mniej więcej ogarniam ^^ Coraz ciekawiej się robi... Zastanawia mnie tylko jedno: chłopaki nie połapali się, że to Ann jest autorką tamtych listów?

    Czekam na dalej :)

    OdpowiedzUsuń
  5. dziś znalazłam twój blog i mi się spodobał
    naprawdę !
    świety , tak jak każdy :D
    informuj mnie o kolejnych :D @beautiful_body1

    zapraszam do mnie : zapamietaj-mnie-taka-jaka-bylam.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  6. I znowu nie mam bladego pojęcia co napisać. Może dlatego, że jestem delikatnie rzecz ujmują za tępa, żeby zrozumieć wszystko, co jest zawarte w tym rozdziale. Nie lubię tej siostry Holdena jest rozpieszczonym suczydłem (pierwszy raz w komentarzu użyłam wulgaryzmy xd).
    Rozdział naprawdę świetny i nie mogę się doczekać następnego, bo wciąga. Boże, powtarzam się, ale już nie mam pomysłów, co mogłabym jeszcze napisać w tym komentarzu.
    Bell wydaje mi się takim odległym światem, porównując ją np. do mnie. Ona jest spokojna i nieśmiała (tak mi się wydaję). Nie lubię takich postaci, tak jakoś już na początku jej charakter mnie odrzucał. Nie wiem, może coś źle wywnioskowałam i okaże się, że Bell będzie seryjnym mordercą albo coś w ten deseń. No nic, chyba czas kończyć moje wypociny, które i tak nie mają sensu.
    Kolejny raz się powtórzę i powiem, ze czekam z niecierpliwością na następny rozdział ;-) [directionstory-second-life]

    OdpowiedzUsuń
  7. Usiadłam sobie dzisiaj przy biurku, włączyłam mój poczciwy rzęch i wiedziałam co zrobię. Planowałam przeczytać wasz rozdział i napisać porządny komentarz. Taki wiecie, na poziomi z sensem i bez gadania o głupotach, jednak jak zwykle mi się pewnie nie uda. Może jestem jeszcze pod wpływem tego co napisałyście i boję się, że to co tutaj naklikam niczym nie dorówna waszym słowom. Ba obawiam się, że będzie to poniżej poziomu krajowego, który czasami mam wrażenie, jest dość, dość niski. Na szczęście istnieją takie perełki, talenty jak wy i wyciągają ja do góry. Co ja mam powiedzieć? „A Fajny rozdział, podoba mi się czekam na next?” nie, to jest takie oklepane i nieszczere. Wolałabym napisać coś z sensem więc ci… Sprężam pośladki i myślę…
    Czytałam i nadal czytam kilka blogów jednak ten znajduje się w mojej ulubionej trójce. Kocham go za te emocje i nutkę tajemnicy, ba nawet nie nutkę a cały utwór. Uwielbiam Bell, Annie czy inaczej może pannę Horan. Kocham jej postrzelony świat i czytanie jak idealnie opisujecie uczucia osoby niewidomej, chociaż wątpię żebyście kiedykolwiek tego doznały, gdyż musicie widzieć, żeby wiedzieć co piszecie. Na początku miałam mieszane uczucia, czasami nie wiedziałam o co chodzi, dlaczego ta czy inna osoba postępuje w ten sposób. Na początku wahałam się czy aby Annie jest na bank niewidoma, czy Horan jest jej kuzynem, bratem a może kimś jeszcze innym chociaż to nazwisko wskazywało, że muszą posiadać wspólne geny, no chyba, że jakaś adopcja to wtedy tylko nazwisko i niektóre dane w dokumentach. Chociaż uwielbiam na co dzień Lou tego naszego prosto z zespołu to ten tutaj, jakoś mnie irytuje. Co się z nim dzieje? Wiem, że ma jakieś stany depresyjne, wahania nastroju może chłopak nie jest wyładowany emocjonalnie jednak nie rozumiem niektórych jego zachowań, o co mu tak właściwie chodzi? Tu ją przytula a chwilę dalej traktuje jak wroga potencjalnego numer 1? Dziwny przypadek, jednak co najważniejsze w całości jest wasz. Od początku do końca a ja mam nadzieję, że za jakiś czas go zrozumiem i może nawet się do niego przekonam. Poznam tak jak poznałam Annie chociaż wiem, że ona jeszcze mnie zaskoczy.
    Dziękuję wam za ten kawał dobrej roboty i gratuluję geniuszu oraz talentu, ponieważ bez niego byłoby to oklepane tak jak wiele innych opowiadań w blogosferze.
    Pozdrawiam.
    PS Jeżeli to co napisałam nie ma sensu to przepraszam ;d

    OdpowiedzUsuń