Rozdziały będą pojawiać się średnio co 10 dni ;)

Czy to takie trudne poświęcić pięć minut i napisać komentarz? Myślę, że nie.
Wiedz, że twoja opinia motywuje nas do działania ^^
Boli mnie... nas fakt, że według ankiety czyta nas 10 osób (przynajmniej tyle się deklarowało)
a gdy przychodzi co do czego, to tylko 4 osoby potrafią wyrazić swoją opinię.


14.08.2012

[xx9] It Was You




24 lipiec 2009
Annabelle Horan wzywana jest do sekretariatu dyżurnego opiekuna kolonii. Obecność obowiązkowa, zignorowanie komunikatu zostanie surowo ukarane. Możliwe jest odesłanie do domu w trybie natychmiastowym. Powtarzamy Annabelle Horan wzywana jest do sekretariatu dyżurnego opiekuna kolonii. Annabelle Horan...

Uśmiechnęła się szelmowsko ściągając z siebie spoconą sportową koszulkę. Krótkie ubłocone spodenki niemalże natychmiast powędrowały jej śladem. Nie słyszała nawoływania starej sekretarki, nie widziała wywieszonej w korytarzu gigantycznej ulotki głoszącej rozpoczęcie jej poszukiwań. Miała dużo ciekawsze rzeczy do roboty. Na przykład tracenie dziewictwa, zapoznawanie się ze sztuką Kamasutry i sprawianie przyjemności komuś, kogo może nie kochała, ale lubiła dostatecznie bardzo by być wstanie iść z nim do łóżka. Roześmiała się po raz kolejny wyciskając nadmiar wody z wilgotnych kasztanowych włosów.
- Czemu je farbujesz Annie? - Rzucił do niej poszukując w odmętach szafy ostatniej czystej koszulki jaką mogłaby na siebie wciągnąć. Wolał nie kusić swoich współlokatorów jej kształtami. Ustne umowy mają to do siebie, że nigdy nie zostały zapisane, a to czyni je tak nienaturalnie prostymi do złamania.
- A dlaczego nie? Lubię je takie, lubię gdy ludzie nie patrzą na mnie jak na blondynkę niespełna rozumu, stereotypy Li, platynowe włosy kojarzą się z pustakami lub plastikami, a mi jeszcze daleko do takich światopoglądów. - W zasadzie nie lubiła się tłumaczyć, ale przy nim traciła ten dziwaczny syczący na wszystkich hart ducha. To przecież tylko zwyczajne pytanie, na które powinno się odpowiedzieć nie szukając w nim drugiego dna.
- Wolę naturalne, choć nigdy ich nie widziałem. - Kąciki ust uniosły się w zawadiackim grymasie. Słodki był, taki naturalnie niewinny. Wybrała go sobie z tłumu nawiedzonych uczniaków licząc na to, że te wakacje nie muszą być wcale doszczętnie straconymi.
- Kiedyś je zobaczysz moja gwiazdo. – Wybuchnęła śmiechem, doskonale zdawała sobie sprawę z tego jak bardzo nienawidził, gdy ktoś wypominał mu przegrany udział w x factor. Dla niej to było coś wielkiego, dla niego rozpoczęty rozdział, z którego ktoś powyrywał kartki w połowie drogi. Nie drażniła go celowo. Sądziła, że czasem przywyknie do tego, że nie wszystko od razu staje się rzeczywistością, walka jest ciężka, a przegranie bitwy nie oznacza porażki w wojnie.
- Za tydzień wracasz do Irlandii panno idealna. - To on tak myślał, ona miała przed sobą kilka niedokończonych spraw, z którymi musiała się uporać. W domu nikt za nią nie tęsknił. Wszyscy do granic obrzygania podniecali się nowym członkiem rodziny. Ją jakoś ten mały smród nie fascynował, był prawie, że wrzodem na jej spokojnej jedynaczej egzystencji. Odebrała to niejako zdradę w stosunku do Molly. Co by pomyślała jej matka gdyby dożyła czasu, w których Victor obracał dziesięć lat młodsze wielbicielki drogich samochodów? Tak, tatuś postradał zmysły, a żeby zamknąć jej buzię wysłał ją wprost w morską bryzę opłacając podwójny kurs nurkowania i żeglugi. Nic jej tak wewnętrznie nie przejęło jak jego oznajmienie, że nie czuje się winny.
- Zostaje z Tobą głupolu, już ci powiedziałam, że tak szybko mnie się nie pozbędziesz. - Rzuciła w niego koszmarnie śmierdzącym czymś, co kiedyś najprawdopodobniej spełniało rolę skarpetki. - Zbieramy zabawki i jedziemy Francji, mam klucze, mam dobry humor i przede wszystkim mam aktywną kartę kredytową. - Kto mógł ją zatrzymać? Teraz czy później? Czuła się panią nieba i ziemi, wybraną boginką wszelkich ziemskich dobrobytów. 'Ej Li jak z nią nie pojedziesz to ja jestem wolny i chętny' tubalny głos poszybował z wejścia wprost do ich uszu. Odwróciła się niespiesznie, a jej błękitnym oczom ukazał się obraz małego grubaska wtaczającego się do pomieszczenia wraz z eskortą połowy drużyny rugby. Uniosła teatralnie brwi poruszając nimi kokieteryjnie.
- Słyszałeś Li? Cas jest chętny żeby zastąpić Cię w kilku ciekawych aspektach pożycia partnerskiego. - Wysunęła język w jego kierunku zarzucając na ramiona prawie przezroczystą zieloną koszulę. Zawsze lubiła ten kolor, pełen nadziei i pierwotnego żywota. Wszystko sprowadzało się do pierwszych oznak egzystencji. Trawa kiełkowała, wypuszczała pędy ku słońcu, przebijała się przez grząskie terytoria. Wspinała się po szczeblach surowego żywota.
- Jakaś ty durna Annie. - Przyciągnął jej twarz do swojej spijając z ust ostatnie wilgotne kropelki. Nie dało się nie lubić jej beztroskiego, radosnego podejścia do całego wszechświata. Patrzyła na ludzi przez zakupione dawno temu różowe okulary, sięgała po coś i dostawała to nawet, jeśli musiałaby walczyć o nagrodę do ostatniej kropli krwi.
- Ty wcale nie mądrzejszy Li. - Zmierzwiła palcami jego przydługą grzywkę. Jeszcze nie wiedziała, że dobra zabawa z zasady mija zbyt szybko by czerpać z niej satysfakcję na dłuższą metę. Oddała pocałunek raz drugi, a gdy w końcu dopięła ostatni guzik męskiego odzienia na swej piersi wyszła na korytarz starając się nie narobić wokół siebie zbyt wielu szkód.

25 lipiec 2009. 5:45 Skrzydło damskie
- Nie możesz mi tego robić, co cię tak właściwie obchodzi, z kim sypiam i dlaczego nie ma mnie w pokoju, gdy powinnam tam być. Nagle obudziły się w tobie rodzicielskie instynkty? Victor no chyba nie mówisz tak całkiem poważnie. Nie odbudujesz tych relacji, bo nagle Ci się przypomniało, ze oprócz cycatej żony i synalka, fajdającego tuzin pampersów dziennie masz jeszcze córkę.
Ona nie wybaczała, nie potrafiła zapomnieć, choć starała się jak mogła najmocniej. Gapiła się całymi nocami w sufit zastanawiając się, co jest z nią nie tak, że własny ojciec nie potrafi na nią spojrzeć przychylnym wzrokiem. Łudziła się, że może zrobi w końcu coś, co go zadowoli. Jakże się myliła. Grała na tej cholernej harfie rzewne sonaty, wygrywała pieprzone konkursy recytatorskie, a on nie był w stanie poklepać ją po ramieniu, mówiąc, że jest z niej dumny. Zaparła się resztkami sił dosięgając ramionami klamki pokojowych drzwi.
- Przestań przynosić mi wstyd przy ludziach, co by do cholery powiedziała na to Twoja matka. - Ta dłoń na jego policzku nie była przypadkiem. Uderzyła go, nie pierwszy i nie ostatni raz. Wrzeszczała godzinami, żeby nie traktował Molly jak tarczy, jak miecza, jak bezpiecznego argumentu uspokajającego rozwścieczone zwierze żyjące w jego córce. Nie dawała mu do tego prawa. W dniu, w którym przysiągł wierność Morgan stracił dawne, ustalone w urzędach przywileje. Czekała na cios z jego strony, o dziwo roztarł jedynie zaczerwienione miejsce i wpatrując się w nią z niepokojem wyszeptał to swoje 'nie ujdzie Ci to płazem'. Co jej mógł zrobić? Szkoła z internatem? Wyjazd na drugi koniec świata? I tak nie miała przyjaciół, nie miała się czego trzymać, nie miała do czego wracać i za czym tęsknić.
- Nie masz mnie tatusiu, nigdy mnie nie miałeś - wysyczała na wpół przytomnie. Wczesna pora, zarwana noc robiły jednak swoje. Znajomy taksówkarz z postoju w Londynie zebrał z pokoju wszystkie jej walizki. Odkleił z makaty przypięte pocztówki, sprawdził dwa razy każdą jedną szufladę, zajrzał pod łóżko odkrywając we wnęce turkusowego troskliwego misia. Tak, jego też zabrał, choć nie wyraziła na to przyzwolenia. Zrezygnowała jednak z walki. Ludzie tacy jak on zazwyczaj nie chcieli niczego złego, ale też z braku skali porównawczej nie mieli pojęcia, że usiłują zadowolić kogoś na siłę.
- Bierz torebkę i do samochodu, NIE BĘDĘ POWTARZAŁ TEGO DWA RAZY - pomyślała, że mógłby tak krzyczeć całe wieki, a jej nawet by to nie wzruszyło. Może jego podwładni lękali się mocy pana przedsiębiorcy, ale ona? Zneutralizowana wieczornym wypitym piwem miała w głębokim poważaniu wszelkie jego prawdziwe i nie prawdziwe uczucia. On stanowił jedynie dodatkowy element wyposażenia wnętrza, jego środki płatnicze mogły podarować jej trochę szczęścia, ale sama osoba? Marny z niego był pożytek jako z człowieka.
- CHCE SIĘ Z KIMŚ POŻEGNAĆ I NIE MOŻESZ MI TEGO ZABRONIĆ - zawarczała wściekle wciskając stopy w czarne martensy. Była wredna, cyniczna, egoistyczną mendą, ale przyzwyczajała się do ludzi i kochała ich swoją indywidualną, pokręconą wersja miłości. - NIE MOŻESZ MI ZABRONIĆ DO JASNEJ CHOLERY! - Im głośniej wrzeszczała tym bardziej żałosne zaczynało się to wydawać. Victor stał niewzruszony wciąż trzymając dłoń na włączniku światła. Oczekując jej rozsądnego działania. Miał ją za szaleńca? Za zwariowaną dziewczynkę, której przydałoby się porządne lanie? Nie, on wciąż i nieustannie winił się za jej trudny charakter, za samotność, jaka stanowiła dla niej codzienność, za każdy pojedynczy grymas niezadowolenia na jej twarzy. Za jej prywatne życiowe nieszczęście.
- Pięć minut Annabelle, masz swoje ostatnie pięć minut.

5:56 Skrzydło męskie
Ciemna wstęga linoleum wiła się pod jej stopami niczym ośmiorniczka przepowiadająca nieszczęście. W takich chwilach przypominasz sobie o tych wszystkich niedojedzonych chińskich ciasteczkach z pieprzonymi wróżbami rodem z mydlanych oper 'miej oczy otwarte, to co widzisz nie jest tym, co istnieje', 'szanuj czas, godziny choć długie mijają niczym sekundy gdy nadchodzi pora rozstania', 'powiedz te słowa zanim ugrzęzną ci w gardle wieczną ciszą'. Kpiła z nich, szydziła i wyśmiewała, bo niby jak podstarzała Azjatka o włosach lejących się niczym makaron mogła decydować o jej najbliższej przyszłości? Wszystko było sumą jakichś wydarzeń. Przechodząc dzisiaj na czerwonym świetle mogłeś zdążyć na wyczekiwany spektakl. Oczekując bezpiecznej zieleni mogło cię minąć kilka cennych minut, które stracone zostałyby bezpowrotnie. Wsunęła się do pokoju najciszej jak tylko potrafiła. Łóżko przy drzwiach trzeszczko niemiłosiernie wyładowane po brzegi cielskiem, Caspiana. W dali za woalką stworzoną przypadkiem przez wiatr z delikatnej zasłonki, mruczał coś spokojnie Li. Nigdy nie uwierzył jej, że mówi przez sen. Tak dowiedziała się o jego pierwszej miłości, o ulubionym rodzaju deseru, o książce, którą kupił zeszłej zimy, a która wciąż zalegała na jego półce czekając na bardziej twórcze czasy.
- Moja gwiazdo? – jęknęła, a głos się jej załamywał. Nigdy nie potrafiła się żegnać, każde słowo wydawało się zbyt płytkie i kłamliwe by móc nim zaspokoić całe wewnętrzne rozedrganie, desperacje rodzącą się w gardle, kołatanie serca słyszalne w samym środku czaszki. W uszach jej szumiało i w ustach wyschło. Nie spał mocno. Wielokrotnie śmiała się z tego, że on nocami jedynie czuwa. Pilnuje spokoju wszystkich wokół nie mając w pamięci własnego zmęczenia. Zerknął kątem oka na zegarek robiąc jej gram dodatkowego miejsca.
- Annabelle? Jezu jest szósta rano, możemy zepchnąć twoją potrzebę porannego biegania i zająć się czymś bardziej rekreacyjnym? - Wcale nie świntuszył, nie miał nawet tego na myśli. - Możemy pospać godzinę dłużej? - To tylko ona zawsze nadawała słowom dziwny wydźwięk, dodawała do prostego przekazu całkiem skomplikowane rozwiązania wcale niesplątanych myśli. Lubiła sobie utrudniać życie, ale o tym wiedziała doskonale bez zbędnego przypominania. Przytuliła się nieporadnie do jego boku poprawiając wygniecioną poduszkę.
- Hej, wiesz, że to były najlepsze wakacje w moim popieprzonym życiu? - Gdzieś spod koca dało się słyszeć przytłumione 'yhym' uśmiechnęła się pod nosem przypominając sobie jak pierwszy raz nabiła mu guza nie trafiając w golfową piłkę, jak on zrzucił ją z konia, gdy dopiero starała się na nim utrzymać. - Będę za Tobą tęsknić, gdy to wszystko już się skończy. - Nachyliła się nad nim by złożyć pocałunek na jego czole. Nie chciała go męczyć własnym wyjazdem, nie chciała mu zawracać sobą głowy. Odwrócił się natrafiając na jej usta.
- Nie skończy, śpij już marudo. - Przygryzł jej dolną wargę. Chyba zaszczepiła w nim ziarenko wiary we wszystkie niemożliwe do zrealizowania rzeczy. Dała mu jakiś ukryty powód do walki o własne nieraz gigantyczne marzenia. Boże, jak ona była z siebie cholernie dumna. Pan pesymista nagle okazał się większym optymistą niż ona sama. Może nagle zapragnęła by ktoś przejął na siebie połowę odpowiedzialności? Bo gdyby coś się nie udało zawsze można by było płakać we dwójkę. Ukołysała go do snu własnym oddechem. Rozstania bywają ciężkie, rozrywają duszę by jakiś jej fragment pozostał przy opuszczanej osobie. Zamknęła za sobą drzwi oddychając spazmatycznie.

'Li powinnam była Ci powiedzieć o tym, że wszystko zmieniło tory. Wiesz, że cokolwiek robiłam i cokolwiek mówiłam wtedy było wszystkim, na czym mi zależało. Nigdy nie zamieniłabym tego na nic innego. Pamiętaj o tym.
Annabelle'

14 październik 2009
- Wciąż za nim tęsknisz, co? - Przesłodzony głos dobywające się ze słuchawki telefony wyrwał ją z zamyślenia wywołanego przedłużającym się zmęczeniem. Za dużo kofeiny w organizmie sprawnie odganiało nawet najmniejsze symptomy snu. Kręciła się w łóżku z boku na bok starając się przyjąć jak najbardziej wygodną pozycję. Każdy mięsień wołał o litość, każda tkanka dosięgnięta nieprzyjemnym skurczem pulsowała intensywnie. Tęsknić można było za czymś, do czego się przywykło, co stanowiło codzienność pełną radości i pasji. Li był jedynie majakiem tamtych prostych dni, które odpłynęły. Opasłe tomiszcze biologicznej encyklopedii spadło z hukiem na podłogę. Odrzucona na bok filiżanka zakołysała się denkiem do spodu. Jej jasne, zamglone oczy podziwiały obraz eterycznego tańca martwej sztuki.
- Było minęło Cleo, nie ma się, nad czym rozczulać. - Tylu innych chłopców zabiegało o jej zainteresowanie. Tyle miała planów nieobejmujących żadnych miłości, czym wiec się przejmowała? Co niepokoiło jej do tej pory stabilnie oziębłą duszę? Westchnęła ciężko przeciągając się w łóżku. Gdzieś tam, przypięte magnesem do metalowej tablicy, upstrzone serią uciekających kolibrów istniało sobie zdjęcie wysokiego bruneta. Powstrzymała uśmiech sięgający nawet źrenic. Podniosła się z posłania wciskając stopy w gigantyczne bambosze. - Przeszłość niech pozostanie przeszłością. - To takie proste, zero zmartwień, zero pytań bez odpowiedzi, zero żalu i zastanawiania się, co mógł o niej pomyśleć. W jej głowie był jasnym rycerzem z uśmiechem godnym anioła, w jej wspomnieniach nie miał wad, nie drażnił niepokojąco ludzkimi przywarami. Takim chciała go zapamiętać.
- Holden Mitchell szuka dziewczyny na bal szkolny i wiesz, kogo chce zabrać ze sobą? - Zasmucone tony przeszły w podniecone dźwięki. Dłoń blondynki oderwała fotografię wrzucając ją w głębinę bieliźniarskiej szuflady. Mitchell, to nazwisko mówiło jej niewiele. Niezbyt orientowała się w danych tych wszystkich szkolnych podrywaczy, którzy szczycili się pokaźną listą zaliczonych dziewczynek. - Brat szalonej LeeAnn? - O tak teraz obraz stal się bardziej wyrazisty. Ile to razy dochodziło między nimi do rękoczynów? Ile razy walczyły ze sobą dla czystej zasady pozostania paniami królestwa, którym umownie władały?
- Wokalista Bridges I Burn? - Podsłuchały kilka razy jak przy akompaniamencie kumpli wypróbowywał nowe dopiero, co spisane kawałki. Czasami powiedziała mu cześć, od czasu do czasu odpowiedziała na jakieś rzucone w jej kierunku pytanie, nigdy nie wchodziła w szersze dyskusje, nie ciągnęło ją do pana sławnego, a i życiowy spokój był dla niej silnym priorytetem. - Czy oni przypadkiem nie chodzą wszędzie razem? To jakiś kazirodczy związek, przynajmniej tak to wygląda - roześmiała się, bo zawsze miała to za wariactwo, za czystą komedie omyłek, w której ona miała nieprzyjemność uczestniczyć. Jaki normalny chłopak w jego wieku włóczył się z młodszą, nadpobudliwą, zrzędliwą siostrzyczką, bo opuszczonych barakach szukając inspiracji?
- Głupia! Holden jest adoptowany, nie ma kompletnie nic z nią wspólnego. - Cóż nie czuła pokusy zgłębiania historii tego osobnika, nie kręciło ją to dostatecznie bardzo by chciała zsyłać na siebie gniew czarnuli. Wolała żyć w swoim malm królestwie kolorowych jednorożców kupkających motylkami. - On chce Ciebie zabrać, Ciebie Ann, Holden Mitchell powiedział publicznie, że idzie z Annabelle Horan na najbliższą imprezę, a to czyni was prawie parę, Holden Mitchell sobie Ciebie wybrał...

23 grudzień 2009
Czarna sukienka lśniła cekinami, światło podwieszonych od sufitem girland majaczyło w plastikowych kryształkach tworząc złudne na dla oczu wzory i barwy. Stała tuż przy scenie trzymając w dłoni jednorazowy kubeczek pełen ponczu doprawionego tatkową wódką. Był bukiecik przymocowany do jej nadgarstka, był ten sam kwiat przyczepiony do klapy jego marynarki. Była limuzyna, spokojne melodie przetańczone w przytuleniu, standardowe 'jak pięknie dzisiaj wyglądasz' było wszystko to, o czym marzy prosta nastolatka. Czekała na ten dzień wycięty rodem z amerykańskiego filmu gdzie w końcowej scenie w blasku księżyca piękny kawaler całuje wybrankę swojego serca. Po tym nie byłoby już miejsca na niepokój, smutek, niedocenianie, zaprzeczanie i bronienie się z wszystkich możliwych sił. Upiła kolejną porcję napoju zerkając przelotem na wyświetlacz srebrnego telefonu. Osiem nieodebranych połączeń od nieznanego numeru, trzy wiadomości tekstowe, dwie głosowe. Czy była aż tak szaleńczo ważna, że nawet tej nocy nie można było dać jej odetchnąć? Popularność ma swoją cenę, przystawiła rozleniwionym gestem telefon do ucha wybierając numer automatycznej sekretarki.
'Annabelle? Naprawdę liczę, że to ty, mam już powoli dość pomyłek, nieaktywnych numerów, złych danych, przekłamanych nazwisk i niedopowiedzianych nazw dzięki, którym mógłbym Cię znaleźć. Nie ułatwiasz mi tego. Gdy mówiłaś, że kochasz uciekać wydawało mi się, że to tylko kokieteria, byłaś w tym dobra Annie. Pozwalałaś mi oderwać się od rzeczywistości i uwierzyć we wszystko to, co dawniej było niemalże nieosiągalne. Wiedziałem, co chce ci powiedzieć. Układałem to sobie w głowie od tamtego poranka, gdy Cas zakomunikował mi, że Twój pokój stoi pusty. Wiesz, co wtedy poczułem? Mój najlepszy kumpel wiedział, że moja dziewczyna zapada się pod ziemie, a ja nie miałem nawet delikatnych podejrzeń. Oszukałaś mnie Annie. Ta historia nie tak miała się skończyć, nie pozwoliłem na to, to ty się obudziłaś, to ty nie pozwoliłaś mi dalej śnić. Co jest z Tobą nie tak Annabelle? Zawsze wmawiałaś mi, że chcieć to móc, a teraz? Teraz zaczyna mi się wydawać, że każde słowo, każdy gest i każde spojrzenie było kłamstwem. Bo jedynie kłamcy uciekają, a ty mi uciekłaś Annie, uciekłaś jak złodziejka tuż nad ranem. Boże nawet nie wiem jak mam to zacząć, nieważne, przecież ty i tak wybrałaś.'
Trzask rozłączanego telefonu. Wpatrywała się przed siebie jakby miała nadzieje na znalezienie rozwiązania. Piętnastoletnie dziewczynki powinny mieć inne problemy, powinny nie wiedzieć jak dobrać bluzkę do spódnicy, jaki odcień błyszczyka będzie najlepszy do różowych trampek. Ona tymczasem burzyła tą dawno temu ustaloną hierarchie problematyczności. Za dorosła wewnętrznie była na to wszystko. Taka stara mała uwięziona w młodocianym ciele. Nie odstawiła cegiełki od ucha wybierając płynne przejście do drugiej nagranej wypowiedzi. Chyba chciała żeby to był on, a może bardziej się tego bała niż tego pragnęła?
'Hej królowo. Pamiętasz już swego zacnego rycerza? Stoimy na balkonie widokowym Big Bena. Li jest wściekły, ale on zawsze tak reaguje, gdy zależy mu na czymś za bardzo by mógł sobie z tym poradzić. Straciłem kieszonkowe z ostatnich dwóch lat by moc tu go przywieźć, więc proszę Cię jak starego przyjaciela, nie zawiedź mnie teraz. Wiesz gdzie powinnaś być, prawda Annie? On nie poprosi, za dumny jest na to, złamałaś go, złamałaś go w tak wielu miejscach, że sam go nie poskładam, nie jestem w stanie, to Twoja historia i mój najlepszy kumpel. Powiedz mu to prosto w twarz on tego potrzebuje.'
Gdyby potrafiła być tak cholernie bezpośrednia w łamaniu mu serca zrobiłaby to już dawno temu. Dlaczego nie mogli dostrzec, że robi to wszystko dla jego dobra? Nie powinna była otwierać ust tamtego popołudnia, gdy zaczęła na niego wrzeszczeć bez żadnej konstruktywnej przyczyny. Miała podły humor, kolejny raz pokłóciła się z ojcem, a on stał na tamtej plaży gapiąc się na nią bezczelnie i szczerząc rząd idealnie prostych zębów w śnieżnobiałym uśmiechu. Odebrała to jako zaczepkę. Tak, szalona była i niewiele myślała zastanawiając się nad tym, dlaczego właściwie miałby ją denerwować skoro nawet jej nie znał? Przepraszała go milion razy, a za każde ckliwe, przesłodzone słowo otrzymywała uścisk zrozumienia. Może właśnie wtedy ją zdobył. W zasadzie nawet nie musiał się wysilać, potrzebowała zmian, a on był do tego idealnym kandydatem. Suchość w ustach zaspokoiła drinkiem. Holden gdzieś w tle pobrzękiwał na gitarze starając się dostroić ją do odpowiednich dźwięków. Mozolnie to wszystko szło do przodu. Spoceni, nieznani jej ludzie przysłaniali widok, na co lepsze sytuacje. Ktoś z kimś kłócił się zawzięcie o niestosowny dobór dodatków, inny ktoś usiłował przekonać kumpla, że dzisiejszego wieczoru straci dziewictwo, a ona? Ona uniosła sukienkę w dłoniach wycofując się instynktownie ku tylnym wyjściom.

Prószył śnieg. Gdy unosiła głowę ku górze widziała jedynie lewitujący, anielski puch strząsany z granatowych pierzastych chmur. Mróz szczypał w rumiane już policzki. Dłonie ukryła w ciemnych, ciepłych rękawiczkach, te zaś dodatkowo wsunęła w obszerne kieszenie szarego płaszcza. Brokat wieńczący fryzurę migotał dopieszczany latarnianym blaskiem. Zamszowe pantofelki ślizgały się raz po raz po oblodzonych deptakach. Nie zadzwoniła po taksówkę. Musiała pomyśleć, życie tu i życie tam różniły się diametralnie. Ona była inna. Owszem chciała być normalna, ale czy na to zasłużyła? Czy podołała wszystkim wyznaczonym przez los zadaniom? Przystanęła po drugiej stronie ulicy zerkając w stronę wysuniętego do przodu balkonu turystycznego. Nigdy tam nie była, zawsze chciała tam wejść i wiecznie czas wydawał się nieodpowiedni, towarzystwo niezgrane, a humor zbyt podły by cieszyć się ekscytującymi widokami. Zawsze jest ten pierwszy raz. Niektóre zapamiętuje się do końca życia z czystą przyjemnością. Inne, choć usiłujesz je wyskrobać żyletką z podświadomości żyją wciąż własnym parszywym życiem dręcząc i tak zmęczoną duszę. Sądziła, że poradzi sobie ze zwykłym zauroczeniem, że pójdzie tam i rzuci z pozoru nic nieznaczące 'daj sobie ze mną spokój'. Wydawało się jej tak wiele, a gdy stanęła na tej cholernej ruchliwej ulicy, gdy usiłowała przejść na drugą stronę poczuła się niemalże naga w swojej bezbronności.
- Na co my tu czekamy stary? Przecież ona nie przyjdzie chyba nie zaczęliśmy wierzyć w cuda? - Ściągnęła buty by obcasy nie zakłóciły szumu szalejącego wiatru. Zatrzymała się w pół kroku. Jak bardzo poznał ją w ciągu tych dwóch tygodni? Owszem, miała nie przyjść, bo za nic miała uczucia obcych. Miała tańczyć z Holdenem do upadłego, miała się śmiać i wierzyć w nową sposobność przygody. Tymczasem stała jak głupia naiwna na ostatnim schodku, przy otwartych drzwiach słuchając czegoś, czego tak naprawdę usłyszeć nie chciała. I nagle okazało się, że ją także może coś boleć, że jeszcze ma w sobie zlepek uczuć obklejających serce, wnętrzności, szarpiących za krtań, gdy chce się wrzasnąć, żeby przestał pieprzyć wszystkie te brednie.
- Nie wierzę w cuda Li, wierze w nią, wierze w Annabelle. - Poczciwy Cas ostatkiem tchu ratujący jej dupsko z wiecznej opresji. Nigdy go nie doceniała, bo czy docenia się szare eminencje stojące za naszymi zasługami, gdy lud oczekuje tylko nas jako swoich bohaterów? Uśmiechnęła się gorzko tracąc wigor minionych dni. Zakpiła z niego jak kpił z niej ojciec, nauczyła go nadziei i nadzieje mu zabrała. To tak jakby obiecać skazanemu, że cofnie się jego wyrok, a później samemu zaprowadzić go na szafot z czystą ironią szepcząc, że się żartowało.
- Czego Ty od niej wymagasz? Nie potrafiła powiedzieć tego za pierwszym razem nie powie i za drugim nawet gdybyś przywlókł ją tutaj końmi tylko i wyłącznie dla mojego lepszego samopoczucia. - Aż takim była tchórzem? Za taką była odbierana? Kiedy to się stało? Pamiętała jeszcze dziewczynę odważną, stojącą na szczycie, machającą z niego do wszystkich tych, którzy nie dali rady. Krok w przód. Co powiedzieć? Za co przeprosić? Czego trzymać się by nie zatonąć, by egzystować na powierzchni. Zrobiła chyba najgłupszą rzecz, do jakiej była zdolna, nie odezwała się, nie poruszyła wargami, nie dała znać, że jest, że przyszła, że oto stawi czoło wszelkim jego pretensjom. Ona zwyczajnie, jakby czas się zatrzymał, a przeszłość się nie wydarzyła, przytuliła się do jego pleców wciskając dłonie w przestrzeń jego ramion. I zapachniało w jej umyśle morską bryzą i świeżo skoszoną trawą i słońcem i solą i watą cukrową kupioną na straganie przy molo. I nawet przestało być zimno, gdy jej twarz utonęła w jego włosach.
- Mówiłem Ci, że w nią wierzę, mówiłem Ci. - Rozdźwięczał w przestrzeni radosny krzyk Caspiana. Lodowata dłoń bruneta wsunęła się w jej wełnianą rękawiczkę, choć nie powiedział jeszcze ni słowa. Czuła się tak nienaturalnie spokojna, tyle w nim było niezakłamanej swobody, odprężającej naturalności. Milczenie przy nim wydawało się być czymś uroczystym i przepięknym. Liczyła na to cholerne ułaskawienie, na odpokutowanie, na oswobodzenie z oczekiwania. Fiołkowa wiązanka wisiała nad jej głowa niczym topór kata. Kwiatowa bransoletka przynależności do innej rzeczywistości. Chyba pomyśleli o tym samym w jednym momencie. Jego palec przemknął po zlodowaciałych płatkach ułamując jeden samotny i nawet Caspian przestał się cieszyć zaskoczony tym całym napięciem. Odsunęła się. Suknia zalśniła błyskotkowym magicznym cieniem.
- Nie chciałem tu być Ann, nie chciałem słyszeć tego 'żegnaj’, bo po to tu przyszłaś prawda? - Nie, właśnie, że nie. Przyszła, bo chciała powiedzieć mu jak wiele w niej zmienił, jak przyczynił się do odkrycia w niej emocji, o których nie miała pojęcia. Jak wyciągnął ją na powierzchnie mając do dyspozycji jedynie uśmiech i spokojne słowo. Chciała tu stać jak ta ostatnia wariatka i wspominać wszystko po kolei, pierwszy pocałunek, pierwszy spacer i nawet pierwszą potężną awanturę. Wiecznie się nie zgadzali, warczeli na siebie jak te zwierzaki wypłoszone z klatek, a w ostateczności lgnęli do siebie tak słodko pieszczotliwi. Chciała tu przyjść i z łzami w oczach powiedzieć mu, że tęskniła, że to Victor jej nie pozwolił, że nawet, jeśli mówi jak bardzo go nienawidzi to on wciąż jest jej ojcem i ona musi go słuchać. Pragnęła tego momentu od chwili, w której zmęczona płaczem zasnęła uspokajana jego głosem odtworzonym z telefonicznego nagrania. Pędziła na tą pieprzoną wieżę w tej jebanej sukni balowej w tych cholernych pantofelkach kopciuszka żeby mu powiedzieć, że chyba się zauroczyła tak pechowo, że nie jest w stanie sobie poradzić z tym uczuciem.
- Powinnam była to powiedzieć już dawno temu, wybacz Li. - Okłamała go, w tym przecież była najlepsza. Wypowiedziała to pożegnanie, a jej uszach zabrzmiało ono niczym wyrok ostateczny, po którym nic nie miało już nastąpić. Zero nowych świtów, zero przyjemnych snów, zero księżycowych nocy. Ona miała w zwyczaju przynosić ludziom pecha, a on był ponad to. Uhonorowała go, dała mu możliwość prowadzenia życia bez zbędnych płaczliwych, dziewczęcych problemów, bez wizyt w klinikach, bez których nie potrafiła się obejść, bez uzależnień spychających jej talenty na boczne tory. Dała mu to po przejściu, czego mógł poczuć się szczęśliwym, wolnym i spełnionym nawet, jeśli ją samą miałoby to boleć całymi wiekami. Zasługiwał na wygrane marzenia i ona jakkolwiek wielką egoistka była nie mogła mu tego zabrać. Ciemna noc zasłoniła ją przed ciekawskim wzrokiem gapiów, gdy rodem wyrwana z bajki przebiegała przez oświetlone lodowisko. Zakołysała się chwiejnie w szpileczkach. Upadła na kolana. Nawet nie płakała. Być może zabrakło jej łez, a może w końcu doszła do tego, że i tak niczego nie może zmienić?

- Pokaż tą dłoń, Boże w życiu nie widziałem nikogo bardziej upartego od Ciebie. Tak, wiem, że na to się nie umiera, ale wolałbym mieć małą pewność, co do tego czy nie zaczniesz pluć krwią czy toczyć piany z ust. Po co w ogóle byłaś na zewnątrz? Sama? Bez opieki? Mogłaś na mnie poczekać, zostawiłbym ich w cholerę, poradziliby sobie beze mnie. - Troszczył się o nią, naprawdę się o nią troszczył i nie miał pretensji i nie dopytywał całymi godzinami, dlaczego jej dłoń przecięła się w tak nietypowym miejscu, a suknia cała mokra od śniegu zwijała się śmiesznie wydając nieprzyjemne trzeszczące dźwięki. Nie interesowało go, dlaczego bukiecik zahibernowany zyskawszy trochę ciepła przywiądł zbyt wcześnie patrząc na godzinę, która właśnie wybiła. Pytał tylko o jedno, czy czuje się dobrze, czy chce już jechać do domu i czy czegoś nie potrzebuje prócz tego, o czym mówiła. Nie był księciem z bajki, miał swoje wady, całą serię wad i bała się nawet, że może ją zostawić, gdy trafi się ładniejsza, mądrzejsza, zabawniejsza. Lękała się przy nim samej siebie i tego, do czego była zdolna. Li powiedziałby pewnie, że bez ryzyka nie ma nagród. Uniosła delikatnie kąciki ust w uśmiechu. Czuła jeszcze na sobie jego zapach. Nie tak intensywny jakby tego potrzebowała.
- Powiedziałeś kiedyś, że chciałbyś mieć takiego kogoś jak ja przy sobie. - Żartowali, grali w idiotyczne gry, prawda czy wyzwanie. Powiedział jej tyle rzeczy, od których bolała ją głowa. Nie podejrzewałaby go o jakiekolwiek uczucia względem własnej osoby, nawet by tego nie wymyślała na potrzeby jakiejkolwiek bzdurnej intrygi. Pochlebiło jej to i jednocześnie napawało dziwnym rodzajem strachu. Jakby obawiała się zapomnieć o tych, którzy aktualnie żyli w jej małym rozkołatanym serduszku. Złapał jej nadgarstki przyciągając do siebie. Zerknęła, więc w te duże piwne oczy, które przypominały mu wszystkie te rysunkowe postacie pełne nadpobudliwości i potrzeby zdobywania. Opuszki jego palców przemykały po rozgrzanych splotach żył. Musiała wydostać się z tej pułapki własnych emocji. Chciała się wydostać i nie wiedziała na dobrą sprawę jak ma tego dokonać.
- Nie powiedziałem, że chciałbym mieć kogoś takiego, powiedziałem, że chciałbym przy kimś takim być. - Wstrzymała powietrze, małe przezroczyste kropelki wypełniły jej oczy. Tak właśnie tak to ujął. Wszystko pomieszała. On nigdy nie był płytki. Zaskakiwał. Potrafił rozróżnić negatywy ubrane w srebrzyste szaty pokusy. Nie wstydził się wyrażać opinie i stać w miejscu, które wydało mu się najistotniejsze. To tylko ona liczyła na to, że gdy będzie zwykłym skurwysynem wszystko wyda się zbyt skomplikowane i dramatyczne by o to walczyć. Podwinęła stopy pod uda przysuwając się do niego minimalnie. Zawsze lubiła wielowarstwowość zapachów. Nadawały uroku nawet najbardziej parszywym chwilom. Neutralizowały niepokój błąkający się w zakamarkach mózgu. Jak łatwo i prosto potrafiła oszukać samą siebie, że wcale nikogo nie potrzebuje.
- Holden? - Pierwszy raz tego wieczoru wypowiedziała jego imię na głos i choć te usta nie miały tak przyjemnego smaku i choć nie sądziła, że mogłaby oddać się mu od stóp do głów, chociaż czuła, że igra z własnym sercem musiała dać sobie szansę, musiała chcieć, chociaż spróbować. Był dobry, nie idealny, wady rodziły wady. Będąc zwyczajna nie możesz wymagać cudów. Nie możesz błagać o nieosiągalne.
- Wiem Annie, ja wszystko wiem, nie musisz mi nic tłumaczyć. - Przełknęła ślinę, gdy granica pomiędzy dwoma ciałami zmniejszyła się tak niebezpiecznie bardzo. Skroń pulsowała w tańcu przebrzydłego mordercy. Raz po raz, coraz silniej, coraz bardziej dogłębnie. Wwiercało się bólem w jej mózg uczucie oszustwa. Panie i panowie ile jesteście w stanie zrobić dla siebie samych? Od jednych możecie odejść by byli szczęśliwi innych przywiążecie do siebie niewidzialną pępowiną. Kurwa. To takie proste określenie. Tatuś tak wiele razy powtarzał by nie stawiać innych ponad wszelki priorytet, nie kochała go przecież, on ją tak, ale co to znaczyło? Sam tego chciał, zaoferował się, wyciągnął dłoń i pozwolił ją złapać.
- Ja nigdy nie będę dostatecznie naprawiona Holden byś mógł być ze mną szczęśliwy. - Kazał zostawić to sobie, poprosił jedynie o czas, miała go przecież pod dostatkiem, miała go tak wiele, że aż nim wymiotowała. Noce i dnie. Zmierzchy i świty. Ostatni wolny taniec. Pierwsza godzina reszty całego jej życia. Niespełnione uczucia rodzą nowe miłości. Przywiązanie stwarza kochanie. On jej chciał. Ona potrzebowała zapomnieć, gdzieś po drodze pocałowali się w alejce pełnej bzów. Darowany los jest lepszy od wiecznego nieszczęścia. Sztuka kochania to gra oddawania samych siebie w zamian za radość bliskich.

Fiołkowy bukiecik zasuszony słońcem letnich dni spoczął w kryształowym pucharku pełnym plażowych bursztynów. Kępka skoszonej w pełnym słońcu trawy nie pachniała już tak jak dawniej. Morski odświeżacz powietrza był jedynie karykaturą. Twarz we wspomnieniach wyblakła. Głos ucichł. Silne uczucia odeszły, te słabe ewoluowały w gorące i prawdziwe. Trzy lata to nie całe życie. Trzy lata to dopiero początek.


01.08.2012

[xx8] Flames of the Past



- Jesteś pijana!! - Owszem była upita, życiem, nim, sobą samą, marzeniami jakie plotła z nici ułudnych fascynacji. Była odurzona całym światem, każdym pojedynczym jego elementem. Mokrą od rosy ziemią, wilgnym powietrzem, chropowatym budynkiem, na którym się znalazła. Była otumaniona swoimi potrzebami. Nie potrafiła przestać się uśmiechać. Przypominała go sobie. Mimiczne zmarszczki świadczące o zdenerwowaniu, błysk niepokoju w oczach, gdy zastanawiał się, co doprowadziło ją do takiego stanu. Wracała myślami do jego dumnej postawy. Zachwiała się na nogach łapiąc się oburącz piorunochronu. Chichot z jej ust przeszedł w pełnowymiarowy śmiech. Nawet śmierć wydawała się być tutaj zabawną. Ileż to razy można jej uciec spod ostrej kosy? Wypadek, jeden zero dla niej. Pierwsza samobójcza próba. Dwa zero. Druga próba. Trzy zero. Może nawet na tamten świat nie była wystarczająco dobra?
- A ty jesteś trzeźwy. - Oczywista oczywistość. Dołeczki w jej policzkach już dawno nie tworzyły tak idealnie zarysowanych punkcików. Przecież nie chciała się wybitnie smucić. Chciała pofrunąć przed siebie, rozłożyć ramiona niczym skrzydła i szybować głową w dół po sam krawężnik. Po co była im ta gra, przecież i tak oboje, jedną zgodną myślą chcieli ze sobą być. Pragnęli się, choć to nawet za mało powiedziane. W głowie wciąż słyszała to jednorazowe 'kochanie' nigdy nie lubiła być misiaczkiem, rybką, żabką, każdym innym płazem, gadem czy ssakiem, a nawet słodkością. Chciała być sercem, miłością życia, największym pragnieniem i spełnieniem wszelkich marzeń. Przytuliła twarz do lodowatego metalu śmierdzącego rdzą i lakierem. Oplotła ramionami cienki pal wystający z zabudowy.
- Złaź stamtąd idiotko! - Wrzasnął, choć wiedziała przecież, że wcale ją za taką nie uważa. Gdyby tylko mogła zobaczyć go, choć przez sekundę zerknęłaby w te jego piwne oczy chłonąc każdy gram ich intensywnego koloru. A gdyby czasu starczyło i na więcej, przeniosłaby spojrzenie w dół wprost na idealnie wykrojone usta. Czyż faktem nie jest, że mając wszystko nie doceniamy tak wielu rzeczy? Chyba dopiero teraz to zrozumiała, doszło to do niej po dziesiątym odrzuconym połączeniu, gdy on wciąż zawzięcie wybierał ten sam numer. Uderzyło to w nią ze zdwojoną siłą, gdy uzmysłowiła sobie, że pomimo tych spływających po policzkach łez, wciąż chce przy nim trwać. Kiedy budzisz się w środku nocy, a jedyną sensowną myślą jest ta, że go kochasz to to nie może być zwykła zachcianka. To musi być prawda.
- A gdybym chciała, żebyś mnie dzisiaj złapał? Żebyś już nie pytał czy możesz, czy to wypada. Żebyś nie zastanawiał się milion niepotrzebnych razy jak na to wszystko zareaguje. Gdybyś wiedział, że chce i że pozwalam Ci i nie chce słuchać wahań, tłumaczeń i innych rozwiązań? Złapałbyś mnie Holden? Powiedz mi, że tak, bo tylko to chce dzisiaj usłyszeć nic innego, nic poza to. - O ile bardziej wolałaby tulić się do jego osoby? O ile intensywniej potrzebowała to odczuwać? Trzy lata temu najgorszym koszmarem był jego brak. Dziś wszystko wróciło. Wymieszało się z rzeczywistością tworząc orientalny koktajl upodobań. Wtedy, gdy świat wydawał się mieć jeszcze jakiś sens napisał jej, że nie szuka dziewczyny. Była tak nienaturalnie dumna i honorowa. Pomyślała, że znalazł kogoś, że ona nie podołała, że z kretesem przegrała. Miała rację. Zapytała jedynie o to, jaka jest jego wybranka. Inteligentna. Wiecznie uśmiechnięta. Momentami szalona. Niepoprawna marzycielka mająca nadzieję zmienić cały świat na lepsze. Opowiadał bez zająknięcia o tym jak bardzo ją kocha, jak poświęciłby dla niej plany, które snuł pokątnie. Wrzało w niej. Pękały bariery. Krew bulgotała. Nigdy później i nigdy wcześniej nie była o nikogo tak zazdrosna. Tak bardzo chciała poznać tą, którą miała obdarzyć największymi pokładami nienawiści. Nie zdradził jej imienia. Może wiedział jak to wszystko się zakończy? Przynajmniej wtedy tak sądziła. O dziesiątej trzydzieści trzy stanął pod jej domem z małym bukiecikiem fiołków. Tydzień wcześniej kłócili się o to, które z kwiatów są najpiękniejsze, które najbardziej przereklamowane, które podarowałby osobie ze swoich snów. Stała sparaliżowana za wielką kotarą balkonowej szyby. Nie mogła oddychać, nie mogła się ruszać i przede wszystkim nie mogła myśleć. Słuchała jedynie tego, co mówił. 'Annie? Jedyną rzeczą, której naprawdę się obawiam w tym wszystkim jest to, że możesz powiedzieć, że mnie nie chcesz. Liczę się z tym. Naprawdę liczę się z tym, ale gdy nie ma Cię blisko mnie czuje tak ogromny fizyczny ból, że już nie potrafię sobie z tym poradzić. Nie proszę Cię o to żebyś mnie kochała, proszę Cię byś pozwoliła mi kochać siebie nawet, jeśli miałbym zrobić to po cichu.' Zesztywniała na tym zimnym gzymsie, dotykając stopami kamieni budowli. Krok do przodu, gwałtowny, pozbawiony gracji.
- Holden? Od momentu, w którym powiedziałam, że pomiędzy nami wszystko skończone najbardziej przeraża mnie ta myśl, że możesz przestać kochać mnie szeptem. - Tym razem to on zamarł. Pamiętała. Jego mała, słodka Annie ukryta gdzieś w środku odtrącającej go dziewczyny pamiętała każde pojedyncze słowo, jakie wypowiedział w jej kierunku. Przygryzł w zdenerwowaniu wargę czując niepokojący słonawy smak krwi. Czasem myślał, co by było gdyby. Gdyby wtedy się nie spotkali zapewne nie byłoby tylu wylanych przez nią łez, tylu nieprzespanych nocy i tylu wyimaginowanych w jego głowie historii. Pewnie byliby teraz weseli, być może przytulaliby zupełnie inne osoby. Ale z drugiej strony nie mogliby teraz wspominać najpiękniejszych wspólnych momentów. On nie mógłby zachwycać się jej wielkimi sarnimi oczyma. Nie żałował, że ją spotkał, a tym bardziej nie mógł żałować tego, że ją pokochał.
- ZŁAŹ STAMTĄD ANNIE! - Jak on miał z nią rozmawiać, gdy wciąż i nieustannie obserwował jej akrobacyjne poczynania? Nie chciał ryzykować, że podchodząc dostatecznie blisko by ją złapać wystraszy ją do tego stopnia, że zanim zareaguje ona już dawno będzie martwa. Już raz to przerabiali. Nie miał ochoty znów najeść się tyle strachu. Uśmiechnęła się leciutko obracając głowę tuż nad wolną przestrzeń. Wraz ze wzrokiem wyparował lęk wysokości. Nie możesz bać się czegoś, co nie istnieje a to, czego nie widać zwyczajnie nie ma. Coś przemknęło pomiędzy jej stopami. Instynktownie puściła tą nieszczęsną rurkę.
- ANNIE!! - Wrzask w jej głowie rozprzestrzeniał się wraz z echem. Głupiutka, Annabelle co to chciała całym światem zawładnąć. To już? To ten spektakularny koniec? Ten, który sobie wymarzyła? Nie tak miało to wszystko wyglądać. Silne ramiona złapały ją za barki przyciągając do siebie. Ciepło promieniało od niego. Przytuliła głowę do jego ciała wsłuchując się w miarowe uderzenia serca. Bum. Bum. Bum. Bum bum. Bum bum. - Annie? - To tak jakby słońce wybuchło jej tuż przed oczami, jakby ktoś rzucił na nią zaklęcie o jego imieniu. Te dłonie na jej twarzy odgarniające splątane od deszczu kosmyki. Kiedy w ogóle zaczęło padać? Nie miała pojęcia. Palce błądzące po szyi skupiające się na pulsującym placu aorty. Oddech przesiąknięty tytoniowym dymem zmieszany z jej miętową gumą do życia.
- Hej - Zaszczebiotała błogo przywierając do niego jeszcze mocniej. Zmarznięte ręce wsunęła pod jego koszulkę. Tak było o wiele lepiej, bezpieczniej.
- Tęskniłem za tobą Annie. - Nie było tajemnicą, że i ona to czuła. Jak ten szaleniec snuła się po mapie życia usiłując zapomnieć, ale im bardziej nie chciała pamiętać tym częściej przestrzeń, słowa i glosy w głowie przypominały jej o jego istnieniu. Jego usta przemykające po odsłoniętym fragmencie jej ramienia. Odchyliła głowę kojąc rozpalony organizm płaczącym niebem. Wciąż czuła, że coś jej umyka. O czymś nie może sobie przypomnieć. Coś do niej nie dociera, a przecież tak cholernie jej się należało. Było już tak blisko. Wystarczyło wyciągnąć dłoń i chwycić z całych sił. Wspięła się na palce opierając dłonie na jego torsie. Milimetry. Wargi przylgnęły do ust. Wilgotne. Miękkie. Słodkie. Zadrżała, gdy uplótł ją ramieniem unosząc lekko ku górze. Tak jak dawniej, uda bezproblemowo zawinęły się wokół jego miednicy. Lodowata metalowa płyta za jej plecami nie była straszna. Pierś unosiła się i opadała łapiąc z trudem powietrze. Jak mogła zapomnieć o wszystkim, co z nim dzieliła, jak mogła tak otwarcie odrzucić to na rzecz życia w ciężkiej pokucie.
- Nigdy. Więcej. Mnie. Nie. Zostawiaj. - Wydyszała tak jakby każde ze słów było oddzielny zdaniem. Przecież już nic złego nie mogło ją spotkać. Wszystko zostało opanowane. Absolutnie wszystko.
- BELL?!?!?!

- Bell? To jest ostatni raz, gdy proszę Cię, żebyś stamtąd zeszła, czy ty w ogóle mnie słyszysz? Mówię do Ciebie! - Nikt nie nazywał jej, Bellą. Nikt z tych, którzy znali ją przed wypadkiem. Nigdy przecież tak się nie przedstawiała. Nawet tego nie lubiła. Nie była śliczna, eteryczna i zwiewna, a to imię podkreślało wszystkie cechy, którymi nie mogła operować. Uśmiechnęła się resztką sił do ukochanego. Nagle w tej całej orgii uczuć dotarła do niej przecedzona przez sito niepokoju myśl o tym, że ona go widzi. Widzi go tak dokładnie jakby jej oczy wcale nie były chore. Jakby nie pałętała się w mroku w nadziei na ujrzenie światła. Przejechała grzbietem dłoni po jego gładkim policzku. Kąciki warg chłopaka uniosły się ku górze, a z ust dobył się cichy szept 'tak bardzo Cię potrzebowałem Annie’. Co to oznaczało? Czy przeszłość nie mogła wrócić do rzeczywistości? Czy spalone mosty nie posiadały tych głęboko utkwionych w ziemi pali, na których można było osadzać całkiem nowe? Silniejsze i doskonalsze?
- Bell ja Cię proszę. - Z odmętów nieznanych lądów wyłoniło się coś, czego poprzednio tam nie dostrzegała. Nie miała nawet pewności, co do tego, czy żyło tam wcześniej czy dopiero zostało stworzone. Męska dłoń zacisnęła się gwałtownie na jej przedramieniu. Otworzyła przymknięte powieki. Nikogo nie było. Tylko ona, zimny piorunochron i ten dźwięk w przestrzeni dolatujący do jej uszu. Znała go przecież, słyszała go już któryś tam raz z kolei, wbił się w jej umysł melodyjnym wiertłem. Gdzieś tam w dali zegar kościelnej wieży wybił trzecią. Deszcz moczył jej letnią sukienkę. Spływał po jej odsłoniętych barkach. Burza jasnych loków przylgnęła kaskadą do policzków. Gdzie był jej anioł? Gdzie podziała się jej wiara? Czyżby strącony z gigantycznej skarpy spadł w dół z jej lękami?
- Holden? - Jęknęła zawiedziona nie rozróżniając fikcji od realności. Butelka paskudnego alkoholu świeciła pustką zachęcając do kupna następnej. Dlaczego zatem nie mogła iść za ciosem? Uniosła twarz ku niebu. Tęsknota przewiercała na wskroś jej ciało. Ciepły płaszcz spoczął materiałem na jej ramionach. To ta jesienna depresja. Wszystko jej się pomyliło, pory roku, uczucia, osoby, wspomnienia, potrzeby i nawet czas. Chwyciła, więc wystawione ku niej dłonie łudząc się, że może jeszcze nastanie ten cud, że może on gdzieś tam się chowa pośród całego nieporządku.
- Kto? Nikogo tutaj nie ma Bell, jestem tylko ja, Boże dziewczyno jak ty wyglądasz. - Jak zwykle? Połamana na tysiące części, krwawiąca z każdej wyrwy w ciele, żyjąca w niepokoju, niepoukładana, bezradna dziewczynka? Nigdy nie wyglądała inaczej, w przerażającej większości grała kogoś, kim nie była, chciała tylko być akceptowana, chciała się dopasować. - Ty masz gorączkę! - Może i miała? Kto normalny w deszczową, jesienną noc, boso, w marnej przewiewnej sukience stoi na gzymsie wieżowca wierząc w to, że świeci dla niej całe słońce? I milion gwiazd i planet i innych ciał niebieskich, których nigdy nie potrafiła zliczyć, spamiętać.
- Louis?! - Dlaczego akurat jego potrzebowała, gdy zabrakło ciepłego ciała największej miłości jej życia? Bała mu się zaufać i ufać jednocześnie mu chciała. Nikt nie był tutaj dostatecznie przerażony by dotrzeć do jej głębi. Im bliżej byli tym silniej zatrzaskiwała drzwi. Zataczała koło wokół dobrych manier. Dziękowała za zainteresowanie i szła dalej swoją prywatną ścieżką. Miesiąc i dwadzieścia siedem dni. To niezbyt długo by pokonać wszystkie zassane z rzeczywistości lęki. To mogło ją uratować lub zniszczyć jeszcze bardziej. Rozmawiała o tym z Morgan. Żaliła się jak mocno w tym wszystkim się pogubiła, jak powtórnie nie potrafi wrócić na przeznaczony tor. Było pole A w którym istniała jako roześmiany, cieszący się nowym świtem byt i było pole B, w którym nie potrafiła nawet opisać własnych poczynań. Kochała tych, którzy sprawiali jej ból. Odchodziła od nich, bo tego oczekiwało społeczeństwo, a później niespodziewanie się okazywało, że bez nich nie ma dostatecznie dużo samozaparcia by walczyć, by chcieć podjąć walkę.
- Zostaje na noc w klinice. Nic mu nie jest, ale dla pewności chcą wykluczyć wstrząs. - Tak, przecież o tym wiedziała. Dlaczego więc pomyślała, że to on? Głowa ją rozbolała od tych wszystkich myśli bez większego sensu. Dłonie naciągnęły na pierś drapiący materiał. Nogi się pod nią ugięły. Zatoczyła się gwałtownie opadając wprost w nadstawione ramiona. Westchnęła zauroczona wonią męskich perfum. Nie wyłapała tego wcześniej. Zmysły otępiałe, odurzone, znarkotyzowane nie pracowały tak jakby na to liczyła.
- Myślałam, że on do mnie przyszedł Zayn myślałam, że między nami wszystko już będzie w porządku, sądziłam, że może mnie kochać ponad to, pomimo wszystko dla mnie samej, dla siebie. Ale on mnie już nie chce i nawet, jeśli tego nie mówi to przecież nie zabiega o to bym była, a gdyby chciał mógłby to zrobić, prawda Zayn? Mógłby mnie mieć. - Ramię przesunęło się z torsu na bark. Główka białogłowej zawisła swobodnie tuż przy szyi. Język poruszał się w przyspieszonym tempie, choć umysł nie rejestrował wypowiadanych słów. Jakby odłączony od pełnej osoby pozbywał się uczuć nagromadzonych w różnych zakamarkach. Stare historie pokryte toną kurzu, zakopane pod pokładami uwitych z kłamstw zaprzeczeń nagle odżywały na nowo. Wyskakiwały jedna po drugiej i śmiejąc się w głos uciekały wprost pod niebo. - Mógłby mnie mieć, to takie proste powiedzieć 'chce, potrzebuje, pragnę' to takie proste Zayn. - Para spomiędzy jej warg pokrywała delikatna mgiełką jego policzek. Nie miał pojęcia, o czym mogła mówić, nie mógł nawet domyślać się, co było powodem tej jej mowy. Bał się choćby przypuszczać. - Gdyby tylko zapytał zrobiłabym wszystko by być jego.

Szukali ją od dobrych czterech godzin. Przetrząsnęli cały gmach łącznie z podziemnym parkingiem. Zadzwonili nawet do Nialla wywołując trzecią wojnę światową. Spuścił ją z oczu tylko na kilka minut, skąd miał wiedzieć, że ona w zwyczaju miała zapadanie się pod ziemię? Niemalże doskonała w tym była. Zero śladów. Jakaś pielęgniarka zmyliła ich informacją o podobnej dziewczynie opuszczającej budynek. Zaczęło się, więc najgorsze. Milion pytań bez odpowiedzi. Jak, gdzie, z kim i przede wszystkim, po co. Horan wpadł w szał, gdy Harry zaproponował nawiązanie współpracy z szanownym staruszkiem. On osobiście tak by zrobił no, bo kto zna lepiej człowieka niż własny rodzic? Myśl jednak odpadła zaraz w przedbiegach w towarzystwie wrzasków, przeklinań i proponowanych innych opcji. Dał sobie spokój. Zrezygnował z wszelkiego rozpoczynania tematu. Już nawet Bell przy działaniu Nialla wydawała się całkiem normalna i nieszkodliwa nie tak zdeterminowana by zniszczyć wszystkie dobre chęci ludzi wokół. Polubił ją. Jako jedna z nielicznych nie starała się na siłę udawać wielce rozrywkowej, szalonej pannicy nieznającej żadnych przeszkód do działania. Miała już to za sobą, albo dopiero czekała na odpowiedni moment by ujawnić ukrytą, prawdziwą naturę. Chodził od pomieszczenia do pomieszczenia zaglądając do środka w nadziei, że może przypadkiem, jakimś zrządzeniem lasu odkryje jej tajemną kryjówkę. Płaszcz znalazł na portierni, sweter przy schodach przeciwpożarowych. Liam wysłał mu wiadomość o trampkach, które odkryli na chodniku przed szpitalem. Usiadł, więc na pierwszym lepszym krześle mając tą paskudną świadomość, że schrzanił coś po raz enty tego dnia. Siedział tak i wpatrywał się w drzwi prowadzące na dach. Gdyby to on miał kiepski humor, gdyby pokłócił się z chłopakami to właśnie tam starałby się rozładować wszelkie napięcie. Zaryzykował. Nie sądził by miał cokolwiek do stracenia.
Była tam, stała na niskiej półce dobudowanej do dachowej konstrukcji. Stała w samej fiołkowej sukience szarpanej przez wiatr. Stała cała mokra trzęsąc się z zimna. W takich warunkach już dawno powinna była wpaść w hipotermię. Przeraziła go. Zawołała raz i drugi. Zero odpowiedzi Chyba nawet nie zdawała sobie sprawy z jego obecności. Wciąż i na nowo powtarzała nieznane mu męskie imię. Zaznajomienie się z nią nie gwarantowało rozwikłania wszystkich rodzinnych sekretów. Wstyd było mu pytać o to kumpla, bo na dobrą sprawę wkładanie nosa nie w swoje interesy nie leżało w jego naturze. Szczególnie, że tutaj w tym pustym miejscu niejako odciętym od wszelkiego zgiełku zaczął się zastanawiać czy aby przypadkiem jej wizyty w klinice psychiatrycznej nie są takie niewinne jak to opisywał Niall. Kapował, trudno jest się przyznać do problemów zdrowotnych łączących się z dziedzinami psychologii. Nikt z własnej, nieprzymuszonej woli nie chce być odbierany jako wariat. Liczył na to, że to jedynie jedno z tych całkiem neutralnych załamań, które przychodzą nagle, ale i równie szybko odchodzą. Żałował jej? Nie, to nie było to. Załaskotało go coś w okolicach serca. Coś na miarę troski i lekkiego współczucia Za dużo chyba już przeszła. Pomyśleć, że jedni dostają więcej niż potrzebują, a reszta walczyć musi, co dzień o odrobinę szczęścia, spokoju czy chwilowej radości. Zdołał złapać ją w pół, gdy osuwała się nieprzytomnie w jego ramionach. Wciąż mówiła, a w jego głowie pojawiał się tylko jeden obraz. Znajomy. Całkiem namacalny. Tylko, że to nie mogło być to. To nie miało prawa bytu. Nie zaobserwował żadnych przejściowych sygnałów, dlaczego więc wszystko układało się w jedną spójną całość? Awantura w domu, kłótnia wczorajszego wieczora, dzisiejsza poranna sprzeczka, multum pretensji, których nikt nie mógł połączyć w logiczną całość. Bell kochała Lou? Lou kochał Bell? Nie, nie mógł przyjąć tego do świadomości. To było tak kolosalnie dalekie, że aż zaczynało przypominać bajkę, historyjkę zapisaną niewprawną rączką dziecka. Lekka była niczym piórko, gdy znosił ją schodami w dół licząc na cięte riposty i przedłużające się wrzaski przyjaciela. Drgnęła minimalnie wsuwając dłoń w jego wilgotne włosy. Punkty nie łączyły się w odcinki. Słowa nie zaspokajały pierwszych nasuwających się na myśl pytań. Gdzie się spotkali? Co między nimi zaszło? Dlaczego traktowali się zupełnie tak jakby nie mogli wyjść poza schemat wrogów? Kopnął z impetem niedomykające się drzwi. Światło jarzeniówek oślepiło go z lekka. Zmrużył, więc powieki starając się przywrócić sobie ostrość widzenia. Cisza przed burzą jakby to ocenił Liam.
- Zabierzesz mnie do niego? Chce mu to wszystko powiedzieć. - Nie, nie mógł tego dla niej zrobić. Dla niego zresztą tez nie. Lepszym wyjściem było zapakowanie ją w taksówkę i wysłanie do domu, tam gdzie mogłaby wszystko przemyśleć i odpocząć, choć minimalnie. Im wszystkim przydałaby się godzina wytchnienia.
- Jasne, przecież wiesz, że nie mógłbym Ci odmówić. - Te kłamstwa przychodzące coraz łatwiej, coraz szybciej. Nawet się nie zawahał, nie zastanowił się, nie przeanalizował tego. Wszystko nagle zatoczyło pełne koło i zaczęło się obracać w całkiem innym kierunku niż dotychczas. Louis w szpitalnej sali, ona tutaj z nim w jego ramionach i Niall stojący w wejściu. Nawet nie musieli rozmawiać. Przejął ją naturalnie mechanicznie. Spocone dłonie Zayna wcisnęły się w wąskie kieszenie. Wycofał się mimochodem. Lou patrzył tak jakby nagle stanął przed nim wybawca całego wszechświata. Odetchnął z ulgą? A więc wiedział, że to była jego wina? Dlaczego tylko on dowiadywał się o wszystkim ostatni?
- Zasnęła, ktoś musi ją odwieźć. - Powinien był w to włożyć więcej uczucia. Tymczasem sztywno zabarwione przejęciem słowa uderzyły w zgromadzonych z impetem bilardowej kuli. Posypały się pytania. Czy czuł się czymś urażony? Nie, skądże. Czy coś się stało? Jasne, że nie. Dlaczego był tak markotny? Boże doprawdy czy tak trudno było im wszystkim otworzyć oczy i zobaczyć to, co działo się naprawdę? Szczytu dopełniło, ‘Dlaczego to zrobiła?' Obrócił głowę w stronę Tomlinsona patrząc na niego z uwagą. Śmiać mu się chciało i warczeć też, bo oto ktoś pogrywał sobie z jego wnioskami - Musimy pogadać Niall. - Rzucił w stronę przyjaciela. - Musimy pogadać na osobności.

- Dziwnie to wszystko wygląda Niall, serio i wcale nie przesadzam. - Przysiadł na kanapie oddzielonej od reszty baru brunatną kotarą. Miejsce dla palących. Nawet, gdy nie oddajesz się właśnie zgubnemu nałogowi narażony jesteś na rakotwórcze substancje wydobywające się z papierosów podobnych tobie uzależnionych fanatyków. - Jakim cudem po dwóch dniach ktoś może w kimś innym wywoływać tak skrajne emocje? Przecież on jej nie toleruje, a ona jego. - Westchnął ciężko. - Ona jego momentami się boi, przeraża ją dosłownie i w przenośni, a pomimo wszystko ciągle do niego wraca jakby nie mogła znieść faktu jego osamotnienia.
Dało się to jakkolwiek inaczej opisać? Nawet, gdy Liam starał się delikatnie ułożyć ją na tylnym siedzeniu samochodu majaczyła coś podświadomie o tym wszystkim, co musi powiedzieć ukochanemu, a co on przyjął z tak ciężkim sercem. Uniósł ręce w geście wszelkiej rezygnacji poddając się bezpośrednio temu, co mógł przynieść im czas. Szalony kuzyn nagle stał się prawie skłonny do złożenia jej w ofierze. Siedział spokojnie popijając kawę, trąc skroń, obracając w dłoni zieloną kopertę... Zamrugał niedowierzając. Pistacjowe koperty pochodziły tylko z jednego źródła, ale... Wyrwał ją z jego uścisku bez zbędnych ceregieli. Akurat przy tej historii miał swój czynny udział. Mógł coś o niej powiedzieć. Doradzić. Zmienić bieg wydarzeń tak by wszyscy byli równo zadowoleni. Nie była otwarta. Narażając się na gniew pierwszego zainteresowanego rozerwał ją w tej samej sekundzie, w której Horan usiłował mu ją odebrać.
- Boże czekaj no. - Jęknął podrywając się z miejsca unosząc nad głową zwitek pergaminu. Brednie, brednie, jeszcze większe brednie. Oczy powiększyły mu się dwukrotnie. Głos uwiązł w gardle. Zimno, ciepło, kolorowo przed oczy. - O w mordę jeżozwierza. - Tak to był odpowiedni komentarz wyrażający więcej niż milion, a nawet bilion słów. Panna nieśmiała, nieistniejąca, tajemnicza, przyczajona i ukryta postanowiła się spotkać? Baa ona wyraziła gigantyczną chęć poznania tego, do którego przemawiała przez te wszystkie tygodnie? To było hmm wyleciała mu z głowy sprawa, Bell. Czyż nie po to właśnie tu się znalazł? Miał dokończyć rozpoczętą sprawę tymczasem wrócił na tor starej, która wydawała się być zakończoną. O podły losie. Jak on kochał z nich wszystkich drwić. Utrudniać i tak wystarczająco skomplikowane już relacje.
- Twoja siostra Niall, ona potrzebuje pomocy. - Nie musiał mu tego przypominać. Blondyn jakkolwiek silnie starał się zamknąć tą wiedzę w najciemniejszym zakamarku podświadomości tak nie mógł tego dokonać. Nie potrafił. Zerkał na dziewczynę i przypominał sobie wszystkie przepłakane noce, każdy pojedynczy żal wypadający z jej ust. Kiedyś była silna, potrafiła walczyć za wszystkich tych, którzy zwątpili gdzieś po drodze. Dnia dzisiejszego plątała się we własnych potrzebach.
- Myślisz, że nie wiem? To, że o tym nie mówię nie oznacza, że tego nie dostrzegam. Dlatego nie chciałem by rozmawiała z Louisem, nie potrzebowałem tego by ktokolwiek mącił jej jeszcze bardziej w głowie. Bell ma w sobie coś takiego, co odgradza ją od walki o własne istnienie, ale jednocześnie przy tym wszystkim uwielbia wyciągać tonących na powierzchnie. Podkłada się za nich, daje im swoje miejsce. Odsuwa się na bok. Jest z tego zadowolona, bo przecież nikt nie może jej wtedy powiedzieć w twarz, że nie walczy. Ona robi to każdego dnia tak doskonale jakby chciała udowodnić sobie, mi, wszystkim dookoła, że jeszcze jest jakaś nadzieja. Tylko, że jej nie ma Zayn. Victor zapisał ją na terapie. Więcej prochów, mniej siły, minimalna ilość duszy w pustym ciele. A ja nic nie mogę. I nawet się nie staram.
Wciąż uważał, że Bell schowała się na dnie gigantycznej szafy z dwuznacznym napisem 'nie warto było'. Wielokrotnie toczyli boje o kolejne dni. Ona ich nie chciała i nie potrzebowała, a on tłumaczył jej do znudzenia, dlaczego musi w tym trwać. Zgadzała się na to wszystko, ale czym była jej zgoda, jeśli uśmiech nie przychodził tak naturalnie jak powinien. A potrafiła to robić. Uśmiechać się oczami. Nawet, jeśli te były przed chwilą pełne łez. Bo jak sama mówiła, ludzie nie potrzebują jej smutku, im potrzebna jej nadzieja.

- Jak się czujesz? - Otworzyła oczy przesuwając się w stronę środka pojazdu. Jeszcze lokalizowała własne położenie. Zastanawiała się nad tym gdzie aktualnie może się znajdować. Zdrętwiała dłoń zebrała włosy z twarzy spychając je w tył głowy. Delikatny pęd powietrza dobywający się zza szyby koił rozgrzane paskudnie czoło. Nabroiła. Oj tak, nikt nie musiał jej tego mówić. W głowie zlepki wspomnień tworzyły obrazy nakładając się na siebie, mijając, zespalając i podmieniając. Za dużo whisky, za dużo pigułek szczęścia, za mało spożytego pokarmu.
- Skłamałabym gdybym powiedziała, ze czuje się dobrze. - Przecież widział. Życie momentami było łatwiejsze, niż się wydawało. Wystarczyło godzić się z tym, co jest nie do przyjęcia, Obywać się bez tego, co niezbędne i znosić rzeczy nie do zniesienia. Dopięła ostatni guzik tuż pod szyją. Samochód zatrzymał się powoli zwalniając. Z dali doleciały do jej nozdrzy znajome nuty maciejki sąsiada, który w wielkich donicach hodował letnie kwiecie w nadziei przedłużenia tych błogich słonecznych chwil.
- Powiesz mi? - Dłoń położona na klamce spłynęła w dół ciała. Czyżby zaczęła jakąś rozmowę, o której zapomniała w trakcie zapijania własnych smutków? Aż tak bardzo stoczyła się w swoim amoku? - Skąd znasz Louisa? - Nie znała i właściwie będąc szczerą wobec siebie samej musiała powiedzieć, że nie chce go poznać bardziej niż miała nieprzyjemność dokonać tego w trakcie ostatnich dni. Przeniosła się na przedni fotel uderzając przy okazji głową w wyścielany sufit. Roztarła miejsce bólu. Wyciągnęła spod siebie zaplątany płaszcz. Otworzyła szerzej okno dając naturze sposobność zneutralizowania jej wypieków. Zdania czy nawet słowa nie przychodziły. Znanie kogoś nie opiera się na kilku nic niewnoszących do historii rozmowach. Usiłowała go ignorować. Zbywać prostymi formułkami wyuczonymi prawie na pamięć. Starała się grać niezainteresowaną, obojętną, odległą od zaciekawienia. Wskazujący palec uruchomił radio auta. Ciche basy tchnęły drgania w powietrze. Obróciła głową rozluźniając napięte mięśnie.
- Nie znam go Liam, nigdy nie miałam okazji go poznać. To może głupie, ale ktoś kiedyś powiedział mi, że na świecie są tacy ludzie, których nie tolerujemy od pierwszego spojrzenia i pierwszego wypowiedzianego słowa. Może ja i on właśnie to potwierdzamy? Nie chce dopisywać do tego wszystkiego niestworzonych bajek, ale trudno mi to nawet określić. - Beznamiętny ruch obojczyka. Taka piękna noc zmarnowana na zastanawianie się nad niemożliwym do rozwikłania. - Nie staraj się zrozumieć czegoś, co jest ponad wszelkie rozumienie Liam. - Pogładziła jego ramie wysuwając się w objęcia mroźnej pogody. Buty dosięgnęły wilgotnego, grząskiego podłoża. Charakterystyczny dźwięk zamykanego wejścia od strony kierowcy uspokoił ją na tyle bardzo by mogła się rozluźnić.
- Kiedyś zrobiłabyś wszystko by dowiedzieć się, o co w tym chodzi Bell. - Rzucił całkiem neutralnie, choć zabawienie jego słów sięgnęło niemalże gniewu wywołanego zawiedzeniem.
- Kiedyś mnie nie znałeś Liam. - Rzuciła zirytowana jego zbyt pewną postawą. Nie ocenia się czegoś, co wciąż pozostaje tajemnicą - Nie masz pojęcia, jaka byłam dawniej...

- Co Ty tutaj robisz? Nie powinieneś jej odwieźć do domu? - Pretensje, pretensje, PRETENSJE.
- Liam sobie poradzi, nie trzeba jej dziesięcioosobowej eskorty. - Nic wielkiego się nie stało przecież.
- A jeśli potrzebuje. - Martwił się o nią, naprawdę się o nią martwił.
- Czy ty na siłę usiłujesz mi wmówić Louis, że nie znam własnej siostry? - Kto jeśli nie on dotarł najbliżej jej ochronnego muru.
- Twierdze jedynie, że... - Nie powinien był zaczynać tej rozmowy.
- PAYNE SOBIE PORADZI!! - Musiał sobie poradzić.

Niebo znów zapłakało rzewnym deszczem. Z twarzy kropelka po kropelce spływały strumykami wodniste wstęgi. Stali przy drzwiach może minutę, a może i dwie? Niedługo. On opowiedział jakiś żart, ona zachichotała w odpowiedzi. Było zupełnie jak wtedy, gdy dziadek dzielił się z nią życiową maksymą 'Idź i walcz. Nie wierz obietnicom, złam wszystkie zasady. A kiedy będzie ci ciężko, a będzie, nie poddawaj się.' Zaproponowała mu żeby wszedł do środka, ciepła kawa, kakao, misa pełna ciastek. Prawda była śmieszniejsza niż kulturalne zachowanie. Nie chciała zostać sama. Jeszcze nie teraz. Za wiele miała w sobie siły by nie zrobić niczego idiotycznego.
- W siódmej klasie byłaś na obozie żeglarskim, oberwałaś w głowę tak mocno, że na chwilę straciłaś przytomność wypadając za burtę. Wystraszyłaś cały pokład, a później tak naturalnie wynurzyłaś się z drugiej strony plując morską wodą i niecenzuralnym słownictwem wyrażałaś swoją opinie na temat za dużych i mało gustownych kapoków ratowniczych. - Co? CO? COOOOOOOO?!?! Wypuściła z dłoni dzbanek pełen ciepłego napoju. Rozbił się o drewnianą posadzkę. Dźwięk lekko zagłuszony puchatym dywanem nie postawił na nogi całego domu. - Założyli Ci trzy szwy, chociaż uparcie twierdziłaś, że zagoi się samo i że nie ma, po co wzywać lekarzy, sanitariuszy, karetek, które mogą przydać się gdzieś indziej, komuś innemu. Zawsze stawiałaś resztę ponad samą siebie, prawda? - Nie dał jej czasu na odpowiedz, nie pozwolił jej nawet wtrącić się w całą tą opowieść. Usiadła na ostatnim stopniu marmurowych schodów. Tamto lato było ostatnim, jakie zapamiętała, reszta nie była tego warta. Zjawiła się Morgan, a ojciec przerzucił na nią całe zainteresowanie. Coroczne kursy, zloty i obozowiska zamienione zostały na całonocne zakrapiane alkoholem imprezy z towarzystwem spod ciemnej gwiazdy. Chciała mu zrobić na złość i chciała siebie wynieść na jakieś groteskowe piedestały. Wydawała się taka fajna, taka niezniszczalna, taka nieprzeciętnie rozrywkowa. Dłoń przesunęła po ledwie widocznej bliźnie tuż przy linii włosów. Będąc pod wodą sadziła, że umiera. Ogarnął ją ten wszędobylski spokój, gdy starała się zdobyć ostatni upragniony łyk powietrza. Walczyła. Było jej błogo, a potrzebowała czegoś więcej, nie poddała się. Nie odpuściła. Skopała dupę mrocznej wizji końca.
- A później przyszłaś do pokoju chłopaków i z anielską miną stwierdziłaś, że jesteś super bohaterką skoro nawet śmierci potrafiłaś uciec. I miałaś w oczach te szalone ogniki mówiące, że nie poddasz się już nigdy, że ocalejesz nawet gdyby waliło się i paliło. Miałaś być silna Bell, co się do cholery z Tobą stało?
Nigdy, nikomu tego nie obiecywała, nawet sobie samej. Bała się nie dotrzymywać słów. Bała się, że karma kiedyś upomni się o swoje. - Byłem w Ciebie wpatrzony niczym w obrazek, wiesz? Czasami, długo długo po tym wydarzeniu pytałem siebie, co byś zrobiła na moim miejscu. Co zrobiłaby dziewczyna, która nie bała się absolutnie niczego? Która kochała walczyć o własne marzenia? Nie przypuszczałem, że kiedyś jeszcze Cię spotkam, i że Cię nie poznam, bo to nie było proste. Wszystko się zmieniło. - Wstrzymała oddech, brakowało jej tchu, a ona siedziała sztywno niczym na szpilkach wyłapując literkę po literce, układając je w słowa. Cienie przeszłości miały zostać spalone, miały na zawsze pozostać w ukryciu.
- Pocałowałam Cię w palmiarni, a we włosy wplatał mi się gigantyczny chrabąszcz. - To było bardziej pytanie niż twierdzenie. Pewności nie miała żadnej. Gdzieś tam z szufladki miłych chwil wyciągnęła obraz wesołego chłopaka.
- Uciekałaś przez pół deptaku nie pozwalając mi się dogonić. - To musiał być on nie było innej możliwości. Opuściła głowę na ramiona przymykając powieki. Wciąż nie pamiętała jego nazwiska, może wtedy wcale o nie nie zapytała? Byli dzieciakami nastawionymi na dobrą zabawę, a że gdzieś tam po drodze zdążył się jakiś pocałunek...
- Li? - Wiecznie skracała wszystkim imiona. Wydaje się nam, że przeszłość jest naszą własnością. Otóż przeciwnie to my jesteśmy jej własnością, ponieważ nie jesteśmy w stanie dokonać w niej zmian, ona natomiast wypełnia całość naszego istnienia.
- Annabelle?