Rozdziały będą pojawiać się średnio co 10 dni ;)

Czy to takie trudne poświęcić pięć minut i napisać komentarz? Myślę, że nie.
Wiedz, że twoja opinia motywuje nas do działania ^^
Boli mnie... nas fakt, że według ankiety czyta nas 10 osób (przynajmniej tyle się deklarowało)
a gdy przychodzi co do czego, to tylko 4 osoby potrafią wyrazić swoją opinię.


27.04.2012

[xx3] Little Blonde - Innocent and Dead



Idealność ma różne formaty. Możesz cieszyć się z nowego samochodu kupionego na osiemnaste urodziny, możesz skakać pod słońce ściskając w dłoni plik stu dolarówek, możesz delektować się smakiem ulubionej mocnej kawy lub tak jak ona właśnie, mógłbyś połykać łapczywie każde słowo ukochanego człowieka. Był najlepszym tym, co jej pozostało w całej tej rodzinie. Był wszystkim, co zatraciła w sobie. Stał na straży jej człowieczeństwa. Bez końca podnosił ją z ziemi, otrzepywał piach gnieżdżący się na jej ubraniach. Tulił ciałem i słowem, a nawet myślą. Pomagał i w przeciwieństwie do innych nie mówił, że będzie dobrze skoro być nie miało. Powtarzał, że nawet, jeśli schrzani się jeszcze bardziej to oni razem dadzą radę, bo są wystarczająco silni by przeskakiwać góry, przepływać jeziora i dryfować do obrzydzenia po otwartym oceanie. Z nim u boku mogłaby nawet tkwić w martwym punkcie bez perspektyw, marzeń, planów czy przyrzeczeń oczekujących spełnienia. Usiadła na płytach podłogi pomieszczenia. Pozwoliła mu się do siebie przysunąć najbardziej jak tylko się dało. Jej chude nogi oplotły jego biodra wciskając się w to bezpieczne wgłębienie pomiędzy ich przestrzeniami. Cisza. Nieskalana niczym. Niezanieczyszczona dźwiękiem. Cisza perfekcyjna gdzie w tle słychać było jedynie miarowe oddechy. Przesunął dłonią po jej policzku. Jak to małe dziecko przylgnęła skórą do jego zimnej ręki. Dreszcz przeszył jej ciało. Odetchnęła pełną piersią. Bruzdy rozoranej duszy zasklepiły się na chwil kilka dając jej możliwość odpoczynku. Pragnęła tego świętego spokoju. Tego słodkiego zapachu zwykłej, wyrywającej się z głębi piersi, nieoczkującej rewanżu miłości. Tego bezwarunkowego oddania nieczerpiącego zysków czy nieodnoszącego strat. Tutaj nie musiała udawać. Nie musiała być 'ą' i 'ę' idealną panienką z dobrego domu. Mogła płakać, narzekać, modlić się. Mogła wzdychać nad wczorajszym dniem i podniecać się tym kolejnym. Mogła nie uważać na słowa, mogła sypać przekleństwami z rękawa, jeść czekoladowe lody razem z popcornem, jeśli naszła ją taka ochota. Mogła to wszystko właśnie przy nim. Nikt nie czaił się w zakamarkach hali by wyskoczyć nagle i wrzasnąć z całych sił jak jest beznadziejna, nieodpowiedzialna, jak rozczarowuje tych, którzy pokładają w niej nadzieję. Co z jej wiarą? Co z jej potrzebą posiadania zawierzonych person? Czuła się momentami jak transakcja z opóźnionym rozwiązaniem, jak podpisana umowa, której z jakichś ukrytych powodów nie da się dotrzymać. Jak wygnaniec z raju w trakcie wiekowej tułaczki. Osiemnaście lat i tak wiele bolączek. Naście wiosen i tak wiele strachu w oczach, w sercu, w podświadomości.
- Tęsknie za Tobą Niall. Tęsknie tak cholernie bardzo, że momentami mam ochotę wrzeszczeć na cały głos. I jest mi źle i jest mi niedobrze i mam taką okropną ochotę walnąć kogoś czymś przez łeb, żeby się aż zatoczył z tego bólu, który ja mam w sobie. Rozumiesz prawda? Nie potrafię dłużej, nie umiem choćbym chciała. Za dużo się dzieje, za wiele spaliłam mostów. Pozamykałam wszystkie możliwe drzwi. Tęsknie za tobą bardziej niż jest to nawet możliwe. - Potrzebowała tyle powiedzieć, tyle wyrzucić z siebie słów by nie zabrakło czasu, by nie zabrakło chwili. Wszystko od samego początku. Od A do Z. Dla wyjaśnienia wszystkich możliwych niespójności. Dla dopełniania niedopowiedzeń, które kiedyś z braku prawdy wibrowały w powietrzu ze wzmożoną aktywnością. Kiedy przeżywasz coś strasznego zaczynasz powoli dostrzegać jak wielu rzeczy możesz nie zrobić. Jak wiele słów może zostać niewypowiedzianych czy przemilczanych? Nie chciała obudzić się pewnego poranka ze świadomością, że kogoś pominęła w swoim popapranym życiorysie. Chciała być przekonana, że zatrzymała przy sobie tych, których kochała. Lekarze nazywali to potrzebą pożegnania tuż przed odejściem. Chaotycznie wybieramy tych, którzy stali u naszego boku, przewijali się przez nasze ścieżki, dodawali naszym dniom kolorytu lub szarości. Ona nazywała to empatią. Czuła. I czuć dalej potrzebowała. Nawet, jeśli chichot zawiści mieszał jej w podświadomości. Przytuliła dłoń do jego wilgotnej koszulki.
- Przecież jestem Bell, nic się nie dzieje, wszystko jest jak dawniej. - Złapał jej zmarzniętą dłoń pocierając ją o swoją własną. Nie odszedł, zgubił jej się jedynie gdzieś w podróży przez świat. Zatrzymał się jeden przystanek wcześniej, a ona odkrywając jego brak musiała zawrócić i do niego dojechać. Minęli się kilka razy na obskurnej stacji rzeczywistości szukając swoich twarzy w tłumie. Gonitwy. Pogonie. Przegrane walki. Wygrane wojny. Uśmiechnęła się delikatnie nie dając rady odgonić od siebie tego pozytywnego grymasu. Jej radosny skrzat, chochlik owiał ją gorzkim zapachem czekolady. Znał ją jak nikt inny. Nawet Lee bywała zazdrosna o ich ociekające słodyczą relacje pełne harmonii i wszędobylskiej zgody. Czy kiedykolwiek zdarzyło Ci się budzić w nocy, a potem godzinami myśleć o tym, że to był tylko piękny sen? Czy zdarzyło Ci się płakać po usłyszeniu jakiejś piosenki? Czy miałaś tak, że każde miejsce przypominało Ci niespełnione marzenia i przysparzało wielki ból? Niall potrafił to zneutralizować. Otwierał usta, z jego gardła wydobywał się wodospad słów, a ona odnajdowała oazę. Ziemię obiecaną płynącą mlekiem i miodem. Motyle trzepotały w przestrzeni całymi watahami. Wzbijały się pod niebo nadając promieniom słońca błyszczącego pastelowego kolorytu. Wielokrotnie pęczniało w niej to subtelne wrażenie bajkowości i magiczności każdej chwili z nim spędzonej. Jak Jaś i Małgosia, Kaj i Gerda, Tomcio Paluszek i Calineczka. Uniosła lekko głowę słysząc jego wykrzyczane w tłumie imię. Przygarnął palcami jej twarz, obrócił w swoją stronę jakby cokolwiek mogło to zmienić w jej postrzeganiu. Zawahała się. Dotyk, który nie boli, który nie razi dogłębnie każdego neuronu spopielając go żywym ogniem. Taki, o który można by żebrać i z którym można by utożsamiać najpiękniejsze przeżycia. Czy to było złe? Czy samobójstwem było składanie w jego dłonie własnego jestestwa? Czy nie powinna była dorosnąć dla samej siebie? Walczyć z wymyślonymi potworami wyskakującymi spod łóżka? Głupie uczucie, gdy nagle zdajesz sobie sprawę z tego, że wszystko, czego się bałeś znajduje się w Twoim wnętrzu. Nikt tego nie buduje. To ty wznosisz fundamenty. Dokładasz cegiełkę do cegiełki. Roztaczasz niewidzialny wachlarz nad kamienną twierdzą swojego lęku.
- Chyba oboje mamy świadomość tego, że nie jest normalnie. - Powiedziała to, wyrzuciła to z siebie z prędkością serii wypuszczanej z karabinu maszynowego. Cichutko, ciszej niż zazwyczaj, tak jakby nie chciała by dosłyszał. Jakby miała nadzieje, że słowa popłyną z wiatrem nie zatrzymując się przy nich na dłuższą chwilę. Mówienie prawdy mogło być pożyteczne, ale więcej w tym było bólu niż każdej innej emocji. Zacisnęła dłoń w pięść. Materiał wypłowiałego dżinsu zgniótł się w kilku miejscach tworząc małe, nieestetyczne wklęśnięcia. Mogła wyglądać jeszcze gorzej? Nieszczęście. Słowo najlepiej oddające jej obecną postawę. Na raz postanowiła wziąć się w garść, na trzy zamierzała opanować chaos, na sześć mogłaby się uśmiechnąć bez przyczyny gdyby tylko potrafiła. Masz tak czasami? Gubisz się we własnym życiu, a oczekujesz lepszego od innych. Sama nie potrafisz bronić tego, co dla ciebie jest najważniejsze, uświadamiasz sobie, że na wszystko w życiu przyjdzie czas, ale sama robisz to szybciej - próbujesz być idealna. Ojciec wszył ten wzór pod jej skórę. Żelazna nić uwypuklała się na przegubach ramion. Swędziała. Drażniła. Wżynała się w mięśnie. Przypominała wrednie o swoim istnieniu. Hasło dnia, miesiąca, całego życia? Nie masz być sobą, masz być taka, by inni przy tobie wydawali się mniejsi i gorsi. Nie spełniła oczekiwań. Zawisła głową w dół z trzepaka sąsiadki spadając na betonowy podest. Rozbiła sobie czoło o kamień zakrwawiając kępki nieprzystrzyżonej trawy. Wciąż miała blizny. Bladoróżowe, półprzezroczyste. Małe, większe i te całkiem gigantyczne. Na całym ciele. Pod sercem najwięcej. Dbała o nie. Pielęgnowała je nieprzyjemnymi wspomnieniami, raniącymi uwagami, zawistnymi spojrzeniami, a wystarczyło jedynie zamknąć umysł. Pomyśleć. Oduczyć się traktowania ludzi na jednakowym poziomie. Nie wszyscy zasługiwali na pierwsze szanse. Była słaba, miała chorą duszę, nie czuła serca i nie kontrolowała myśli rozwalających jej korę mózgową. Zawiodła się już tak wiele razy. Nawet w trakcie pewności gdzieś tam w strzępkach samoobrony czaił się lęk przed odrzuceniem. Syczał, szumiał, napotykał ciągłe zakłócenia. Potrzebowała dobrego fachowca, który sprawiłby, że znowu zagrałaby w niej ta sama radosna piosenka, którą nuciła pod nosem będąc jeszcze podlotkiem. Oparła brodę na jego barku, ramiona zaplotła na plecach. Potrzebowała tego. Jednego cennego zapewnienia, że gdzieś tam pośrodku niczego czeka na nią nagroda. Dojdzie do niej, choć ścieżki usłane cierniami wić się będą wstęgami, całymi kilometrami. Dziwne. Nawet w jego milczeniu odnajdywała kilogramy wsparcia. Jedna z tych wielkich fanek, co to przychodzą na każdy koncert ze zdziwieniem nazwała ją - jego dziewczyną. Puste oczy zalśniły błyskiem rozbawienia. Gdyby nie te wszystkie rodzinne więzi mogłaby nią być. Chciałaby nią być. Nie poddałaby się gdyby miała szanse nią być. Niall był specyficzny. Powierzchowny lekkoduch we wnętrzu skrywający miliardy dobrych rad i hektary nieogarniętej potrzeby pomocy innym.
- Pokaż mi się Bell - Nie. Nie mogła. Nie w tym momencie. Pozwoliła sobie na czasowy przypływ uczuć. Końcem szalika otarła niesforną łzę spływającą po jej zaróżowionym policzku. Mogła się powstrzymać. Nie dość, że zmuszała go do przesiadywania z własną osobą to jeszcze przynosiła mu jawny i oczywisty wstyd, urządzając jakieś sceny rodem z mydlanych oper. Nie potrzebował tego. Płakać należało w samotności, bo tylko to przynosiło ukojenie - Bell głuptasie, pokaż mi się. - Uparty był. Prawie tak jak ona. Gdy coś sobie postanowił z trudem rezygnował z rozpoczętych działań. Nie było rzeczy, której nie dało się zdobyć, byli jedynie ludzie nie wystarczająco zdeterminowani w walce o swoje cele. Czarna panna plotąca sieć rozpaczy wyprostowała swe wątłe ciało. Iskierki elektryczności przeszły od ramienia po szyje aż do twarzy. Obróciła głowę dwa razy. Trzasnął kręgosłup. Uciekło ukryte napięcie. Zamknęła na klucz całą niezgodę. Jeśli chce - niech ma. To tylko jedno nic nieznaczące zerknięcie. Nie mógł się domyślić. A nawet, jeśli podejrzewał, ona chciała milczeć. Przecież powiedział jej kiedyś, że zmuszanie nie leży w jego naturze, że ma czas, poczeka na wszystkie słowa, które uwięzione w gardle zaczynają drapać i świerzbić. Ceniła tą jego słowną postawę, wiedziała, czego może się spodziewać i sprytnie wymijała te terytoria, które zaprowadzić mogły ich nad skraj przepaści. Poddała się. Co było w tym wszystkim najśmieszniejsze? Pomimo tego mozolnego trzymania się życia, gdyby teraz do hali wpadło stado uzbrojonych osiłków. Gdyby kazali paść na podłogę i się nie ruszać. Gdyby zagroziliby wszystkim śmiercią, ona wstałaby, podeszłaby do nich jak najbliżej i nakazałaby im strzelać. Wyświadczyliby jej gigantyczną przysługę. Pociągnęliby za nią za spust. Zmarszczyła gniewnie brwi uzmysławiając sobie o czym właśnie myśli. Zmarszczyła je, gdy przed oczyma wyobraźni pojawiła się jej sylwetka w swetrze zabarwionym krwią. Miękka wełna pochłaniała płyn rozprzestrzeniający się w dół niczym woda spływająca z urwiska, kierowana pędem natury. Kap. Kap. Kap. Do ostatniej wyimaginowanej kropli. A później upadała. Wiła się w konwulsjach, ktoś ją wołał, a ona dalej nie widziała, nie czuła, nie obcowała, nie rozumiała i przede wszystkim nie żyła. Była oddalona od zmartwień, problemów, boleści, gniewu i od miłości też. Wszystko zanikło w przestworzach.
- Może masz rację, jest jak dawniej, tylko ja się zmieniłam Niall. To mnie przeraża. Nie pozwala mi spokojnie zasnąć. Czuje się tak jakbym stąpała po cienkiej linii, a pode mną jedynie ocean martwych ciał. Nie boisz się tego? Nie przyszło Ci do głowy, że ja zwyczajnie sobie z tym nie poradzę? - Trzeba umieć zauważyć, kiedy jakiś etap życia dobiega końca. Zakończyć cykl, zatrzasnąć drzwi, zamknąć rozdział. Nieważne, jak to nazwiemy, ważne, żeby zostawić za sobą to, co już minęło. Tak? To wmówmy to sobie. Wszyscy razem udajmy, że nawet, jeśli dobrze nie jest to tak być musi. Oszukajmy siebie samych, że w końcu z nieba spadnie złoty deszcz. To ten czas, w którym należałoby uporządkować swoje życie, wyrzucić niepotrzebnych ludzi i iść do przodu. Zawsze do przodu. Mógłbyś dać mi autograf? A mógłbyś mi obiecać, że pewnego jasnego dnia, gdy otworze oczy będziesz pierwszą osobą, którą zobaczę? I zdjęcie. I będę mogła Ci powiedzieć, że właśnie tak to wszystko sobie wyobrażałam bez tej zbędnej otoczki plam i cieni? Dla mnie i dla przyjaciółki. I stanie się jakiś cud, w którym zrozumiem, że nie wszystko jest takie popieprzone jak mogłoby mi się wydawać?
- Czas spełniania marzeń się zaczął, zrób im tą przyjemność. - Coś na nią fuknęło niezadowolonym wibratem. Zignorowała bezczelny przejaw wyższości kilku płaszczyznowej. Suche wargi dotknęły delikatnie policzka chłopaka. Wstała wolno, niespiesznie. - Zaraz wrócę. - Marzyła jej się sekunda w zamkniętym pomieszczeniu z wodą cieknącą z kranu, zagłuszającą jej wewnętrzny szloch. Zostawiła wszystkie niepotrzebne rzeczy, bezsensem byłoby noszenie ich w jedną i w drugą stronę. Nie lubiła bawić się w siłacza, tragarza czy hobbistyczną kulturystykę. Obrała odpowiedni kierunek. Dobrze było znać na pamięć rozkład całego budynku. Pomyśleć, że kiedyś Lee śmiała się z jej zamiłowania do pozbawiania wszystkich ukrytych zakamarków nowych nabytków ojca. We wrzaskach ludzi zdołała jedynie dosłyszeć charakterystyczny akcent kuzyna. Mówił coś do niej czy raczej do innych? Nieważne, przecież zaraz wróci. Do niego zawsze wracała.

Wiecie jak to jest być żywym trupem? Oddychasz jeszcze, widzisz, egzystujesz, choć tłum wziął Cię za umarłego. Może i nie rzucasz uśmiechów na lewo i prawo. Nie udajesz idioty jak to miałeś w zwyczaju robić przez cały ten miniony czas. Nie jest Cię wszędzie pełno a ludzie pytają, ‘jaki masz problem?'. Nie masz ochoty wchodzić z nimi w dyskusje, bo cokolwiek byś nie odpowiedział uznają, że przesadzasz. Może i tak było, ale kto potrafiłby mu zabronić? Kto dałby mu zakaz na okazywanie wszystkich tych emocji, które zebrały się w jego wnętrzu a teraz nagle, niespodziewanie nawet dla niego samego wybuchnęły ze zdwojoną siłą? Fakt, nie potrzebował użalać się nad własną osobą. Baa nie chciał by inni to czynili, ale w obecnej sytuacji pomyślał sobie, że jeśli znów zacznie udawać to najzwyczajniej w świecie zwariuje. Zacznie latać z siekierą po swoim osiedlu oczekując zemsty za krzywdy wszechświata. Cholera. Ile można było? Granice się przesuwały, ale odporności i wytrzymałości nie przybywało. Wciąż trzymał stary poziom. Siedział na scenie bezczelnie wlepiając spojrzenie w dziewczynę Nialla. Momentami wydawało mu się, że jej jasno niebieskie oczy także go widzą, choć jej twarz pozostawała beznamiętnie chłodna. Byli tam, on opierał dłonie na jej udach, a ona tak zwyczajnie wsparła brodę na jego barku. Bezwstydnie, choć niewinnie zarazem. Wszystko zależało od obserwatora. Nie odzywał się, nie miał zamiaru ani potrzeby przerywania tego spektaklu. Myślał. Zastanawiał się, jakim cudem on jeden nie może czegokolwiek doprowadzić do samego końca. Dlaczego tylko on tkwi w tym sam? Roześmiała się. Jej dźwięczny głos niczym trzepot setek skrzydeł kolibrów dotarł do jego uszu. Delikatny, melodyjny, przesiąknięty smutnymi nutami rozżalenia i niespełnionych marzeń. Skąd to wiedział? On sam śmiał się w podobny sposób, gdy nie chciał urazić tych, którym zależało na jego dobrym nastroju. Grał głupca odzianego w szczerozłote szaty zadowolenia. Skakał pomiędzy emocjami. Od rozpaczy do euforii zagranej na miarę Oscara. Patrzenie na nią stanowiło swego rodzaju odskocznie od zwykłych, przyziemnych, aktualnych wydarzeń. Nie znał jej, nie mógł jej oceniać, mógł jedynie wstać i powiedzieć, że w życiu nie widział tak przerażająco smutnych ślepi zranionej sarny. Ludzie z czasem schną, więdną i wygasają jak gwiazdy. Brudzą się, głupieją, powtarzają utarte schematy dla poczucia bezpieczeństwa. Udają wszystko, co lepsze od rzeczywistości. Oszukują innych, ale przede wszystkim oszukują siebie samych. Podobno kłamstwo powtórzone setkę razy staje się prawdą. Ile razy on z tego skorzystał? ' Nic mi nie jest, to tylko przemęczenie' Drodzy państwo? Gówno prawda. Mógł być zmęczony, ale teraz czuł się szaleńcem niezdolnym do podejmowania własnych, dalekosiężnych decyzji. Brakowało mu czegoś i kogoś. Tak to w życiu bywa, że ludzie przychodzą i odchodzą, mydląc oczy, że ważni jesteśmy, że nasze zdanie ma znaczenie, że to, że tamto, że sramto. A potem pyk. I ich nie ma... Komu ona zrobiła taki 'Pyk'? Albo odwrotnie, kto zrobił to jej?
- Wciąż tam siedzą? - Harry zjawił się tak nagle jakby jedynie czekał na odpowiedni moment do zmaterializowania swojego ciała tuż obok osoby Lou. Czy to było chore, że wszyscy niezdrowo interesowali się tą małą? Jakby była tu jedyną atrakcją. Jakby występowała w skromnym ludzkim Zoo. Przerzucili na nią wszystkie własne doświadczenia związane z życiem pod kloszem. Czyż ich właśnie nie tak traktowano? Jak żywe atrakcje bezsensownego świata? Jak ludzki wyznacznik dobrej zabawy? Wzruszył beznamiętnie ramionami przesuwając się na swoich pudłach by zrobić mu, choć odrobinę miejsca. Przynajmniej nie zlecieli się całą grupą by prowadzić ścisłe obserwacje zdobyczy przyjaciela. Swoją drogą nie widział jej nigdy wcześniej. Nie kręciła się obsesyjnie w okolicy jak panna Liama, nie podszeptywała po kątach wszystkim by pilnowali jej ukochanego. Nie wyskakiwała z ciemnych przyczep wołając 'ha ha, nakryłam Cię'. Wyszczerzył się sam do siebie uświadamiając sobie jak bardzo komiczny miałoby to wydźwięk. Poruszyła się. Na niebagatelnie długą minutę wyprostowała się pozwalając Niallowi sięgnąć swojej twarzy. Nie mógł oderwać od niej oczu. Nie była pięknością. Nie wyglądała jak miss wybiegu i nie prezentowała się najkorzystniej we wszystkich tych powyciąganych koszulkach, ale pomimo to, miała w sobie coś takiego, co nakazywało się zatrzymać, co przywoływało, co hipnotyzowało i magnetyzowało.
- Rozmawiają dobre pół godziny. - odpowiedział na pytanie Stylesa czując, że nie powinien go ignorować tylko dlatego, że sam nie potrafi sobie poradzić z własnymi problemami. Chcieli mu pomóc, a nie ich winą była cała ta jego krzywa duma odrzucająca każde przyjazne dłonie. Może był głupi, a może życiowa mądrość nakazywała mu przez to przejść w samotności? Jedno z dwojga. Zerknął na młodego zastanawiając się czy może on nie zna głębszej historii całej tej znajomości. Przeszło mu nawet przez myśl by zapytać się o poprzednie spotkania, by zainteresować się nagłym pojawieniem się dziewczyny, by w końcu dowiedzieć się czy z tym 'chodzeniem' to tak na serio czy może znów coś pokręcił przez nieuwagę. Chciał dla nich wszystkich jak najlepiej. Będąc najstarszym samoczynnie stajesz się odpowiedzialny za całą 'drużynę', ochraniasz ich, pocieszasz, rozśmieszasz, gdy tego potrzebują. Jesteś wsparciem. Bratem, trochę ojcem, najlepszym przyjacielem i kimś, kto ma odwagę zdzielić przez twarz, gdy sytuacja wymyka się spod kontroli. Trudno jest, więc ujarzmić podłe samopoczucie kogoś, kto z reguły powinien być pieprzonym słoneczkiem i wszelkim wybawcom. Nagle idziesz z wypalonymi dziurami w dłoni, kiedyś były na nich obietnice, ciało całe poranione, widać serce i wątrobę, prześwitują żyły i tętnice, kiedyś w nich płynęła miłość. Dziś tęsknota. Za czymś nieznanym. Czymś nieoczywistym i nieosiągalnym. Tęsknota za jakimś punktem na mapie, którego nikt jeszcze nie odnalazł i nie zaznaczył.
- Hmmm - westchnął Loczek zagłębiając się we własnych myślach. - Dziwna jest, nigdy nie chce tutaj podejść, Niall coś mówił, że nie ma ochoty zmuszać ją do czegoś, na co sama się nie zdecyduje. Lou no popatrz przecież my wcale nie jesteśmy tacy straszni. Nie zgwałcimy jej, jeśli nie poprosi. - Nie, on wcale nie mówił poważnie. To była jedna z tych wypowiedzi z serii 'mówię, co mi ślina na język przyniesie a później zastanawiam się nad całym sensem'. Tak było właśnie w tej sekundzie. Odwrócili się w swoją stronę dokładnie w tym samym momencie wybuchając gromkim śmiechem. Akurat to mu się udało. Lou poczuł się niemalże tak jak kilka tygodni temu. Czysto bezproblemowy. Nieprzytłoczony całym tym dziadowskim galaktycznym syfem. A zaraz w następnym momencie wszystko wróciło ze zdwojoną siłą, bo przecież rzucili na szalkę zabawy coś, co wcale nie było śmiesznym tematem. Wydoroślał niesamowicie przez te miesiące życia w trasie. Zostawił daleko w tyle naturę clowna. Teraz musiał się pozbierać. Nie był już tak perfekcyjny jak wcześniej. Nie potrafił już tak pięknie żyć. Nie potrafił szczerze się śmiać, ale był, istniał wciąż pomimo gwałtownych zawirowań. Wstawał z łóżka, żeby przeżyć kolejny cholernie pusty dzień. Nie chciał by ktokolwiek mu to utrudniał. Nie mógł na to pozwolić ani sobie ani im. Kątem oka dostrzegł zbliżającą się sylwetkę. Dziewczyna wstała podążając przed siebie z przymkniętymi powiekami. Ściągnęła z głowy wełnianą czapkę. Jasne pukle wysuwając się z uwięzi sięgnęły jej pleców podrywając się ku górze sprężystym lotem. Pochmurna, gradowa twarz nabrała całkiem innego wyrazu. Detale. Małe dodatki. Rzeczy podkreślające osobowość. Nie dostrzegł tego wcześniej. Zresztą on już od dłuższego czasu widział strasznie powierzchownie tych, którzy nic dla niego nie znaczyli. Harry odprowadził ją wzrokiem podnosząc się z miejsca. Było coś na rzeczy. Szykowało się głębsze posiedzenie z panem Horanem. Coś na zasadzie 'jak mogłeś nam nie powiedzieć o swojej nowej miłości' Został. Obserwował jak dobiegają do niego. Jak z czegoś się radują. Jak poklepują się wzajemnie po ramionach. Jak są zadowoleni z wszystkiego i niczego zarazem. Spuścił wzrok czując się niegodnym całego tego przedstawienia. Nic go to nie obchodziło przecież, prawda? To nie była jego sprawa. Grunt, że Niall był zadowolony. Jęk rozczarowania wydobył się z jego płuc. Pomyślała o Annie. I nawet teraz, pomimo całego rozbawienia wynikającego z zaistniałych wydarzeń zrobiło mu się tak nienaturalnie przykro, że to już koniec jakiegoś czarodziejskiego rozdziału. Bo można było to nazwać bajką, prawda? Opowieścią z książki braci Grimm. Była dziewczynka z zapałkami, roszpunka czy królowa śniegu - dlaczego zatem współczesna bajka nie mogła wydarzyć się w zimnym Londynie w miejskim parku? Ech zadławił się własnymi złudzeniami. Wiarą w to, że może kiedyś, jakoś, spotka ją całkiem przypadkiem. Może wtedy, gdy już przestanie się spodziewać kolejnego odzewu. Jak to było?
Hej, wiem że nie pisałaś do mnie. I wiem też, że może nie oczekiwałaś, że ktokolwiek zacznie Cię uważać za swoją bratnią duszę. Może robiłaś to dla zabicia chwili, a może podążyłaś za gwałtownym impulsem? Byłem tam dokładnie osiem razy. Dziewiąty, dziesiąty, jedenasty i dwunasty raz wymazałem mając nadzieję, że pomyliłem się w odliczaniu dat. Nie piszesz już do mnie, do kogoś. Zamilkłaś. Rozpłynęłaś się jakbym po prostu zapadł w głęboki sen, a teraz się z niego obudził. Poruszyłaś we mnie coś, o czego istnieniu nie miałem do tej pory nawet pojęcia. A teraz Cię nie ma i nagle tak cicho zrobiło się w moim świecie bez Ciebie. To chore, wiem. Psychozą jest zmuszanie Cię do czegoś, co miało być przyjemnością. Może zmieniłaś jedynie park? Może ten nie wydał się dostatecznie czarodziejski? Chce w to wierzyć. Bo lepsza jest myśl, że wciąż gdzieś tam żyjesz niż to, że odeszłaś na zawsze. Wybacz. 
Zostawił dla niej wiadomość, nie przyznał się do tego, nie puścił pary z ust. Owszem Niall radził mu by tak zrobić, ale po kilku godzinach jednogłośnie doszedł do wniosku z resztą, że to wszystko wydaje się zbyt dużym żartem by dalej bawić się w dziecięce podchody czy gonić tą myszkę będąc nadpobudliwym kotkiem. Roztarł skroń pulsującą coraz intensywniej. Bolało go wszystko łącznie z cebulkami włosów. Gdyby uwolnił się, chociaż na mikrosekundę od tych wszystkich pytań i rzeczy, które chciałby zrobić a nie mógł, poczułby się lekki i wolny jak piórko na wietrze. Wstał. Zrzucił z siebie bluzę zostając w samym podkoszulku. Czy tam było tak gorąco czy to cały ten stres? Nieistotne. Ta mała skręciła w stronę toalet. Na dobrą sprawę nie był nawet świadomy, po co obrał tą samą trasę. Po jaką cholerę chciał się przywitać skoro ona nie miała na to żadnej ochoty? Chyba nawet nie była świadoma, jaką robi furorę. Normalna ludzka istota wisiałaby na nich z wszystkich możliwych sił by tylko znaleźć się w centrum zainteresowania. A ona? Ignorowała to. Omijała ich szerokim łukiem jakby brzydziła się całej grupy, a akceptowała jedynie Nialla. Zeskoczył z podestu opierając się plecami o wejście. Przycisnął klamkę. Odczekał kilka sekund. Wsunął się do środka i nagle zamarł analizując to, że zachowuje się jak jakiś niespełna rozumu prześladowca. Oszalał. Liam miał rację. Zwariował i właśnie to odkrył.

Smukłe palce dotykały zimnej, krystalicznej powierzchni lustra. Woda spływając szemrała zbawiennie. Samotność. Najczulsza z kochanek, najbardziej wyrozumiała. Przytuliła twarz do pachnących świeżością kafelków ściany. Cytrynowa woń kwasku mieszała się z zapachem chemicznych detergentów. Zbyt złamana była na to wszystko. Obiecała sobie przeskoczyć problemy w kilku podejściach. Z dobrej wiary pozostały jedynie popioły. Wypalone korzenie jej własnej wczesnej egzystencji. Zanurzyła dłoń w lodowatym strumieniu, tą zaś przetarła twarz mając wiarę w to, że chociaż ten zabieg częściowo ukoi rozgrzaną skórę. To choroba ciała czy duszy? Zadawała sobie to odwieczne pytanie nie potrafiąc zlokalizować pierwszego, najważniejszego, najbardziej istotnego źródła wypełzających zarazków. Gnębiło to ją. Przyprawiało o mdłości. Rozrywało wnętrzności najbrutalniej jak było to tylko możliwe. Oparła się o umywalkę. Twarz podniesiona. Wpatrzona tuż przed siebie. Ciemność. Nic jej nie pokonywało. Nic jej nie odganiało. Była tam. Nieprzenikniona. Nieogarnięta. Wszędobylska. Piekielna. Spojówki zaszczypały nieprzyjemnie. Zaskrzypiały wejściowe drzwi. Obróciła się gwałtownie oczekując jakiegokolwiek odzewu. Był tam. Stał. Patrzył. Oddychał. Poruszał się delikatnie ledwie wyczuwalnie. Niall? Przebiegło jej przez myśl. Któż inny wiedziałby gdzie jest? Kto inny przyszedłby do niej tak po prostu by postać i pomilczeć? Lubili to. Taka umowna, ustanowiona dawno temu cisza z potrzeby wywrzeszczenia wszystkich wewnętrznych szeptów. Wróciła do wyjściowej pozycji. Smukła twarz odbijała się w lustrze, błękitne tęczówki pozostawały nieruchome. Blady uśmiech pałętał się gdzieś w zakamarkach jej warg. Obserwowała siebie, a nie widziała. Życie w ciemności z kolejnymi odznaczonymi tygodniami wydawało się łatwiejsze, prostsze do opanowania. Poruszała się bez problemu, reagowała na ludzi dokładnie tak jak robili to wszyscy dookoła niej z tym wyjątkiem, że nie rozpraszała jej wszelka gestykulacja. Mogła wywnioskować z tembru głosu, że ktoś kłamie, z dotyku czy ktoś jest zdenerwowany, ale wizje zostały wymazane. Zamknięte w szufladce pamięci. Zachomikowane daleko w podświadomości. Gdy odpowiednio się skupiła potrafiła przypomnieć sobie jak wyglądała twarz jej ojca, gdy był wściekły. To tylko rok. Trzysta sześćdziesiąt pięć dni w pustce. Niepokolorowanej szaro burej rzeczywistości miliarda dźwięków.
- Wiesz, ja chyba za bardzo dałam mu odczuć, że mi na nim zależy. Że bez niego nie umiem normalnie żyć i funkcjonować. On to wykorzystuje. Wie, że jak zrobi coś złego, to mu mimo wszystko wybaczę. Wie, że do niego wrócę. Jestem zbyt słaba. Wolę by mnie ranił i był ze mną. Niż miałabym radzić sobie z tym wszystkim sama. Nie mogę przecież cały czas wisieć Ci nad głową Niall.
Westchnęła, a jej głos niemalże się łamał. Przyznanie przed sama sobą, że jest się jedynie zabawką w dłoniach najwyższego nie należało do rzeczy, na które można by się zdecydować od tak po prostu. Jeszcze się łudzisz. Udajesz, że dasz radę, bo zbierasz wokół siebie przyjaciół, którzy chcą twojego szczęścia, twojego spokoju, twojego przetrwania. Po burzy zawsze wychodzi słońce, rodzi tęczę a w powietrzu unosi się cudowny zapach ozonu. To tak jakby zmartwychwstanie po wszystkich tych dniach gnicia w ciemnych pieczarach. Poczuła jak przesuwa się by stanąć za nią. Dłoń odgarnęła z jej szyi niesforne poskręcane fale. Coś się nie zgadzało. Nie mogła jeszcze dojść do tego, czym owo coś było, ale czuła to głęboko w sobie. Nie tak powinna na niego zareagować. Czyste niezakłócone niczym drżenie przeszło przez jej wymęczone ciało. Woń koszonej trawy ukryta w męskich perfumach niemalże hipnotyzowała. Zamknęła powieki. W jej wspomnieniach panowało lato pełne ciepłych słonecznych promieni. Tuż nad stawem dzieciaki z sąsiedztwa ustawiały namioty. Rolnik w sadzie zbierał soczyste owoce. Pachniało w koło suchym sianem. Zakręciło jej się w głowie od wszystkich tych emocji. Zamarła. Przestała choćby oddychać. Ktoś obcy przedarł się przez całą kamienną konstrukcję jej ochronnego kokonu. Czystym przypadkiem odkrył minimalną szparę. Wystarczyło pojawić się o odpowiednim czasie. Odwróciła się gwałtownie stając z nim twarzą w twarz.

- Gdzie ona jest? - Wrzasnął Horan w stronę jedynego ochroniarza, który pozostał jeszcze na bramce oddzielającej zejście na scenę a resztę trybun.
- Kto? - Zainteresował się Styles.
- Dziewczyna, z którą siedziałem. - Jęknął najbardziej żałośnie jak tylko był w stanie.
- Zgubiłeś pannę. - Tylko to zaświtało mu w głowie, no bo któż inny kręcił się tu przez dobrą godzinę?
- Kuzynkę. - Poprawił go w biegu. Tyle powinno mu chwilowo wystarczyć.

Pachniała malinami. Gdzieniegdzie dało się wyczuć słodkawe nuty cytrusów dojrzewających w popołudniowym słońcu. Przywarł do jej pleców opierając dłonie o mokrą umywalkę. Puste błękitne ślepia nie poruszyły się nawet o milimetr utkwione w jednym wybranym punkcie. Oddech zwolnił. Ciało zamarło. Nie tylko jej. On też nie potrafił się poruszyć. Nie potrafił powiedzieć sobie, dlaczego to robi. Dlaczego stoi tuż obok skoro nie ma do tego prawa, żadnego cholernego prawa. Przez całe życie szukasz kogoś, kto zawiąże Ci oczy opaską i zaprowadzi na plażę, byś mógł poczuć piasek pod stopami. Kogoś, kto obudzi Cię o świcie, bo nie mógł się doczekać, aby z Tobą porozmawiać. A jeśli ten ktoś nie istnieje? Lub co gorsza także czeka na owego kogoś a ty nim nie jesteś? Pomyślałeś o tym kiedykolwiek? Odgarnął z jej karku włosy. Przysunął twarz do jej twarzy. Tak patrzyła pięknie jak anioł. A mimo to jej skromność i powściągliwość zachwycała. Zamknęła oczy. Zadziwiające. Dopiero w tej toalecie rozwikłał jej tajemnice. Historię tych wszystkich pustych zerknięć, tych przedłużających się zimnych spojrzeń bez wyrazu. Nie była sarkastycznym tworem realności. Była po brzeg zagłębiona w nierzeczywistości. Widziała oczyma tylko to, co pamiętała, tylko to, co zdążyła poznać i zasmakować. Głupi był, jeśli myślał, że może to wszystko przeskoczyć. Jak małą nieszkodliwą kałużę. Jak kilka połamanych gałęzi zostawionych na szarym chodniku. Odskoczył w ostatnim momencie, gdy zdecydowała się odwrócić. Jej nos dotknął delikatnie jego policzka. Uśmiechnęła się subtelnie jakby czuła się rozbawiona tym aktem. I on odwzajemnił radosny grymas. A potem przytulił ją tak naturalnie jakby znali się od lat, od wieków całych przez wszystkie możliwe wcielenia. Jakby oprócz tej chwili nie było nic poza granicami świadomości. Zawstydził się tego nawet nie dłużej niż przez sekundę, a może zajęło mu to jeszcze mniej czasu? Chciał zrzucić ten ciężar z serca, który już tak długo go dręczył. Nigdy przedtem nie zachowywał się tak karygodnie. Tak szaleńczo i bezpośrednio. Jakby zatracił w sobie zdolność logicznego myślenia. Telefon zadźwięczał standardowym dźwiękiem wiadomości. Wyrwany ze świadomego letargu odsunął się o dwa kroki. Patrzył jeszcze na nią. Patrzył i nie dowierzał. Pomylił się. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Dziewczyna przemknęła spojrzeniem po jego osobie. Nienaturalnie ciemna chmura zawisła nad jego sylwetką. Chciał tylko krzyczeć, wrzeszczeć i wyzywać samego siebie za te dziwne niekontrolowane niczym odruchy. Drugi sygnał podbudowany elektronicznym głosem sekretarki 'Niall Dzwoni'. Blondynka wypuściła całe zgromadzone powietrze jednym głośnym świstem. Wzdrygnął się. Pojął. Zrozumiał. Ona nie wiedziała. Nie miała świadomości jego obcości. Zaufała mu, a on to wykorzystał. Głuchy huk poszybował echem do jej uszu, gdy zatrzasnął za sobą nieszczęsne drzwi. Nikt go nie zawrócił. Nikt nie krzyknął prosząc o powrót. I nie stało się zupełnie nic.

Annie w samotności uroniła jedną niewidzialną łzę...


_______________________________________________
Witajcie. 
Od tygodnia siedzę nad marnym jedno-akapitowym plikiem następnego rozdziału. Nic się nie zmienia, kartka świeci pustką a ja wpadam w coraz większe wątpliwości... czy to ma sens? Bo jeśli go nie ma to po co ja to robię? Co mnie przy tym trzyma? Kiedy zmęczę się na tyle bardzo by zrezygnować? A gdy już to zrobię czy nie będę mieć wyrzutów, że coś zaczęłam? komuś coś obiecałam i tak bez walki z tego zrezygnowałam?
Pomieszało mi się w głowie chyba. Nieistotne. Może z czasem mi to przyjdzie? Mam nadzieję - liczę na was. 
Historia się rozpoczyna, już wiecie co z Annie jest nie tak, o ile wcześniej na to nie wpadliście. A wierzę w to, że jednak ktoś wiedział xD
Pozdrawiam was ciepło i całuje. 
xoxo Young

17.04.2012

[xx2] Are You Ok, Annie?




- Głupio było ufać w to, że cokolwiek uda nam się zmienić, gdy świat sam w sobie pełen jest pesymistów niegodnych współpracy. Gdy wiesz, że gdzieś tam istnieje ktoś godny zainteresowania, wszystko, absolutnie każda rzecz staje się prostsza do wykonania. I my chcieliśmy coś zmienić. Chcieliśmy pokazać światu, a przede wszystkim nam samym, że mamy w sobie moc naprawy, jeśli nie wszechświata to, chociaż naszej zielonej planety. To takie proste uwierzyć, nie wypierać się, że coś nas interesuje, inne coś wzbudza emocje. Jesteśmy ludźmi i właśnie to wyróżnia nas na szczeblu ewolucji. Możemy czuć i działać i nie wstydzić się tego jakby było to naszym najgorszym koszmarem.
Ospale przerzucał kanały. Informacje, teleturnieje, muzyczne listy, płytkie komedie - zlewały się w jedną migoczącą całość. Było lepiej, choć nie przyjemniej. Czuł się mentalnie wycieńczony, a im bardziej był bierny tym mniejszy stawał się ból jakby czekając jedynie na odpowiedni moment do ataku. Stracił nawet wiekową ochotę na wstanie i ucieczkę na drugi koniec świata. Podobno pech zawsze przychodzi w parze z inną tragedią. Tak, chyba było to prawdą patrząc na wielki nagłówek zamieszczony na pierwszej stronie dziennika, który kupowali w kiosku po drugiej stronie ulicy. 'Śmiertelny wypadek pochłonął jedną ofiarę' odwrócił wzrok. Wodniste kropelki migotały blaskiem na jego źrenicach. Każdy kiedyś będzie musiał umrzeć. Tyle mu o tym opowiadali, przygotowywali go na najgorsze i pocieszali, że przyjdzie taki dzień, w którym jeszcze raz zobaczy wszystkich swoich bliskich. Skłamałby gdyby nie wyznał, że stało się lepiej niż przypuszczał ogół. Matt jego najlepszy kumpel chorował na białaczkę. Szereg chemioterapii i eksperymentalne leczenie nie przyczyniło się do poprawy jego zdrowia, a tym bardziej humoru. Bóg nie przedłużył z nim kontraktu i nawet, jeśli nie mówiło się o tym głośno, wiadomym było, że wkrótce wybije jego ostatnia godzina. Do tego dziwne napady epilepsji wyłączające na kilka chwil jego podświadomość. Jakby ktoś kliknął przycisk restartu. Właśnie to przytrafiło mu się na tej drodze. Padał deszcz. Zza szyb ledwie było widać świat, a jego mózg wyłączył zasilanie. Nie dłużej niż na minutę, ale i to wystarczyło by zasnął snem sprawiedliwych. Nawet tego nie poczuł, nie miał świadomości przegranej walki. Bitwy bywają ciężkie. Dają złudne nadzieje, że potrafimy sobie poradzić z najgorszymi koszmarami, a gdy jesteśmy przy samej linii mety spada na nas wielki tonowy odważnik trosk i bezradności. Londyn o poranku nie zachęcał do pozostania w dobrym nastroju. Wrony krakały zawzięcie zwiastując dramatyczne wydarzenia. Czytał kiedyś o nich, jako o symbolu zbliżających się żniw śmierci. Zwiastunki piekieł uwięzione w skrzydlatych karłach, płaczące nad swym marnym losem. Świst wiatru podrywający do lotu ułożone w precyzyjne kupy liście. Parada głupców, co to w ludzkim zgiełku wciąż szukają bratniej sobie duszy, by stanąć, by popatrzeć, by uśmiechnąć się smutno i pójść dalej. Nic się nie zmieniło. Tylko jego nie było i ona też zamilkła tak jakby nigdy nie istniała. Jakby tylko mu się przyśniła w dziwnym realistycznym śnie. Siedzieli nad zimną pizzą starając się stworzyć cokolwiek, co chociaż w zarysie przypominałoby piosenkę. Niall brzdąkał nieśmiało na swojej gitarze tuż przy otwartych balkonowych drzwiach. Wszystko zamarło. Zapanowała cisza bardziej przerażająca niż zwykle. Wcisnął na uszy słuchawki chcąc odgonić całą szarość wrednych, napierających na podświadomość myśli. Chciał siedzieć jedynie w fotelu, nieruchomo, nie istniejąc, prawie nie oddychając. Westchnął ciężko obserwując jak pierwsze gigantyczne krople uderzają o parapet. Książka, którą właśnie starał się przeczytać spoczęła spokojnie na jego kolanach. Gdzieś tam pomiędzy kolejnymi kartkami istniał wciąż oderwany od spójnej całości fragment dziesiątego listu. 

Wczoraj w nocy pomyślałam, że czas najwyższy otworzyć oczy, dać coś z siebie. W większości przypadków nie zasługuje, bowiem na ludzi, którzy pojawiają się w moim życiu. Mogę im powiedzieć dziękuje, mogę ich przytulić czy nawet zerwać kwiatek z ogródka sąsiadki, ale czy to wystarczy? Poświęcają się dla mnie. Zmieniają swoje plany, przekształcają grafiki. Budzę się przy nich i zasypiam. To chore. Powinni mieć swoje życie. Wiem, że to jest jeszcze ten czas, w którym boją się mnie zostawić samą. Cóż, stało się. Nie cofnę zegara. Ale nie chce przecież się zabijać. Nie rozmawiam z żyletkami jak niektórzy desperaci. Gdybym stanęła przed Tobą i gdybym ci powiedziała otwarcie, że po tym wszystkim najważniejszym dla mnie celem jest żyć zwykłym, prostym życiem, uwierzyłbyś mi? Tak, ja sobie samej też bym nie uwierzyła. Wybacz, że zawracam Ci głowę.

Dłoń przeczesała jasną grzywkę. Nie zawracała mu głowy, wręcz przeciwnie oderwała od jakże monotonnej przyziemnej problematyki zdarzeń. Nuty w jego wnętrzu tworzyły nowe brzmienia. Hałasowały uparcie jak małe kolibry zbierające odżywcze nektary. Jak bardzo mogli być do siebie podobni? Raz zachorował na tyle mocno by przestać postrzegać wszystko dookoła w pastelowych odcieniach. Zachorował na tyle bardzo by rozmawiać z metalowymi ostrzami. Każdego wieczora tuż przed dwudziestą drugą jak wieczorny pacierz, codzienna modlitwa o nowe pokłady siły. Uratował się. Zrobił krok do przodu. Nie rozczulał się i nie opowiadał o tym ludziom, bo nie chciał by ktokolwiek wiedział o nim rzeczy, których on sam się wstydził. 

Teoretycznie rzecz biorąc odkąd pomału zagłębiam się we własną przeszłość i tak naprawdę poznaję dziewczynę, którą byłam, to nagle zaczyna okazywać się, że osoba, która staje mi przed oczami - to nie ja. Potrzebuje czasu żeby zachować to, co zostało z tamtego człowieka, którym przez te wszystkie lata się stawałam. Zaczynam pomału zastanawiać się czy to, co starałam się zrobić dla siebie, dla innych ludzi miało najmniejszy sens? Każdy z nas dąży do tego by być człowiekiem, moje człowieczeństwo zaliczyło akt zgonu zanim je w sobie odkryłam. Kiedyś się zmienię, odkryje przed światem prawdziwą twarz, ukrytą pod maską niewinności i zapomnienia, ukrytą przed społeczeństwem, istniejącą tylko dla jednostek. Jestem, to się liczy. Nie myślę o tym, co będzie, kiedy rok ulegnie zmianie, kiedy na twarzy pojawią się pierwsze mimiczne zmarszczki, kiedy przyjdzie po mnie biała pani, kiedy umrę w zapomnieniu, kiedy nic już nie będzie takie samo. Będę sobą. Dziewczyną z rozwianymi włosami, z głową pełną wiary, pomagającą innym. Czy życie nie polega właśnie na tym? Na nieustannej walce o istnienie? O każdą najmniejszą sekundę bycia szczęśliwym? Czy będę właśnie taka? Radosna jak skowronek zwiastujący bezchmurne przedpołudnie? Przynajmniej takie jest moje postanowienie. Jednak - jak na razie - jestem jedynie wrakiem, ubezwłasnowolniona światem, tym wszystkim, co spotykam na swej drodze - bez żalu, bez goryczy znoszę swój los. To wszystko dla nich - hipokrytów i ostentacyjnych ludzi. Moich braci, złodziei mojej niewinności. Tak, dokładnie, bo przecież ja się taka nie urodziłam. Z kamienną twarzą i przekleństwem na ustach. To ich wina, to oni zerwali tą niewinną różę, która rosła gdzieś tam na przydrożnym parkingu, karmili ją nienawiścią i grzechem, poili strachem. A potem, kiedy jej jedwabiste płatki zwiędły i kolce tak nagle zaczęły ranić ich dłonie - wyrzucili ją, podeptali, a kiedy odchodzili splunęli na pożegnanie tak jakby nigdy się dla nich nie liczyła. Odeszła, taka mała, zmęczona własnymi uczuciami - z nową tęsknotą. Nieustannie staram się przedrzeć przez gęstą mgłę własnego szaleństwa by, choć przez chwilę spojrzeć na własną przyszłość. Nie pamiętać teraźniejszości. Za wszelką cenę nie szukać przyczyn, nie analizować powodów. Biegnę przed siebie, uciekam przed tym wszystkim, co stworzyłam. Odchodzę w ciemną nicość, w której śmiertelne sekundy odliczają klepsydry wypełnione ludzką krwią. Kradnę własne dni z kalendarza Boga gdzie wyraźnie nad moim nazwiskiem ktoś nakreślił czarny krzyż. To początek mojego końca. I nagle wydaje z siebie niemy krzyk, wiem, że nic nie mogę zrobić z przeszłością. Tylko gasnące światła latarni przypominają mi nadchodzący nowy świt. Z przymusu podnoszę głowę z poduszki, ciągnę to życie, sprawy, których nie mam szans rozwiązać. Żyje, bo nie mam odwagi ze sobą skończyć.To taki kredyt. Pan i władca wystawił mi czek bez pokrycia, czek na moje własne życie. Sama decyduje, kiedy przyjdzie czas na jego realizacje. Chociaż on wierzy w to, że sama potrafię o sobie decydować.

- Wszystko gra Annie ? Jesteś jakaś dziwna dzisiaj. 
Wcale nie była dziwna, była normalna, taka jaką się stawała, gdy zamykane były ostatnie drzwi jej ośmiopokojowego domu. Tam, między starymi szpargałami, a nikomu niepotrzebnymi gratami niegodnymi uwagi mogła być w końcu sobą. Siadała naprzeciwko okna i gapiąc się bezmyślnie na rażące promienie zachodzącego słońca modliła się w duszy o cud dla siebie i swoich bliskich. Nic się nie zmieniało. Podobno trawa wciąż była zielona, a niebo niebieskie. Hałaśliwi sąsiedzi z naprzeciwka puszczali dudniące dźwięki basów rockowych zespołów. Samotna matka z ich gościnnej szopy przychodziła na codzienne obiady a ona sama...? Ona sama wciąż grała rolę cudownej córki pokutującej za własne błędy. Była wzorem, którego nie powinno się naśladować. Mały Jo dotykał palcami jej twarzy i pytał tak naturalnie z troską 'bolało Cię?' Nie mniej niż teraz. Nawet, jeśli rany się zagoiły to dusza materializowała każdą rozoraną bruzdę, posypywała ją solą, zalewała alkoholem lub innym żrącym roztworem. 
- Wiesz doskonale jak bardzo nie lubię tutaj przychodzić.
Dawno przestała widzieć sens w przesiadywaniu z nimi wszystkimi w jednym pomieszczeniu. Cieszyli się, chichotali rozbawieni rzucając w eter coraz to pikantniejsze zasłyszane gdzieś przypadkiem dowcipy. Gdy przez te kilka tygodni była jego dziewczyną nie zauważała, do jakich płytkich spraw sprowadza się cała ta ich, co sobotnia gadanina. Jakby nagle wydoroślała. Jakby zmieniła poglądy w trybie natychmiastowym, tylko wspomnienia pozostawały nienaruszone. 

- Holden? Kochałbyś mnie gdybym była sobą, ale przytyłabym kilka kilo? Albo gdybym miała jakiś straszny wypadek, a moja twarz już nigdy nie wygadałaby tak jak dawniej? - Te jej głupiutkie pytania.
- Zawsze Annie, bez względu na wszystko. - I te jego dorosłe odpowiedzi.
- Mówisz to, żeby mnie uspokoić? - Ciekawość domeną nastoletnich dziewczynek. 
- Mówię to, bo tak jest. - Chyba nawet w to wierzył. Może nawet myślał, że mówił prawdę. Czy można komuś zarzucić kłamstwo, gdy twierdzi, że jest dzień a kilka godzin później zapada nagle zmierzch?

Przygryzła wargi spuszczając wzrok. Ciemność panowała wszędzie od dawien dawna. Dłoń chłopaka przesunęła po jej odsłoniętym nadgarstku. Lekkie drżenie kończyn obwieściło chłód.
- Zmieniłaś się. - To dziwne wibrato w jego glosie było żalem? Nie mogli tkwić w martwym punkcie, nie mogli udawać, że nic się nie stało, gdy wydarzyło się tak wiele. Mieli te swoje naście lat. Świat dopiero otwierał się na nich całych, a on jak ten stary osioł uparł się właśnie na nią. - Kiedyś byłaś szczęśliwsza. - Obróciła twarz w jego stronę. Kiedyś było pojęciem względnym, kiedy było to 'kiedyś’, bo jakoś nie potrafiła tego przywołać w pamięci. Wtedy, gdy żył jeszcze Dylan? A może wtedy, gdy z chorą podnietą unosiła się w powietrzu szalejąc na skateboard-owej rampie? Czy wtedy, gdy poznała Lee albo jego, Holdena, który miał być parszywym księciem, a okazał się jedynie tchórzem? 
- Byłam? Naprawdę byłam szczęśliwsza Holden? - W przeciwieństwie do jego szeptu, jej głos był dosyć doniosły. Wciąż nie pozbyła się nutki ukrytej dumy, jaka wylewała się z każdego słowa. Uszy wyłapały gdzieś tam w przestrzeni prosty zwrot 'Daj jej spokój, nie jest dzisiaj w nastroju' kolejne tłumaczenia. Zrzuć wszystko na chorobę, jesteś kaleką, masz swoje pieprzone cholerne prawo nienawidzić ludzi, a oni i tak wszystkim tym cię wytłumaczą. Jej nastrój nie miał tutaj nic do rzeczy. Była jedynie rozdrażniona własną bezradnością i spawami, które porzuciła w poprzednim życiu, a których teraz za nic nie mogłaby już skończyć. Wstała potrącając gigantyczny dzbanek z kawą. Gorąca ciecz spłynęła po jej łydce kończąc żywot na ciemnym materiale trampek. Zasyczała cicho. Pomieszczenie wypełniły pomruki irytującej troski. Doskoczył do niej prawie natychmiast. Cofnęła się o krok nie pozwalając na żaden kontakt. Zastanawiało ją, kiedy w końcu dotrze do jego umysłu, że to, co było kiedyś nie jest tym, co jest teraz. Nie mogła przywrócić w pamięci tych wszystkich uczuć, jakimi go darzyła. Ciepło w okolicach serca przerodziło się w czystą obojętność. Motylki pozjadane przez tłuste robale, przestały egzystować.
- Musisz to zostawić Annie, musisz! Wiem, co mi powiesz, na wszystko masz tą swoją odpowiedź, ale pomyśl tylko, nie wszystko jest jeszcze stracone. Powiedzieli Ci, że... - Nie dała mu dokończyć. Jej dłoń z impetem wylądowała na jego policzku. Płytki uprzednio oddech przeszedł w mozolne posapywanie. Przeraziła sama siebie. Nigdy nie pozwoliłaby sobie na tak krańcową reakcję. Mieli jedynie porozmawiać. Wytłumaczyć sobie wszystko od podstaw by pójść naprzód, każde swoją drogą. Cisza ją przerażała. Zwiastowała nie tylko burze, ale i nadciągające zmiany. Gdyby tylko potrafiła przeskoczyć te wszystkie kratery, które kopała tygodniami. Przystawiła dłoń do ust nie bardzo wiedząc, co powinna w tym momencie zrobić. Nie chciała przepraszać, bo w gruncie rzeczy nie czuła się winna, nie chciała się tłumaczyć, bo on zdawał sobie sprawę, w którym momencie przekroczył granicę, nie chciała rozdrapywać tych ran przy obcych, bo nie byli tutaj sami. Czy patrzył na nią? Tak, wbijał w nią spojrzenie jakby odkrył właśnie istnienie całkiem innej dziewczyny, o której nigdy nie wiedział. Było w niej coś uparcie samobójczego, jakby pociągała ją ta szalona walka z wiatrakami. Lee kiwnęła do niego głową. Znał wszystkie umowne znaki. Gdy Annie miała pozostać w niewiedzy prawie do siebie migali nie wykorzystując żadnych dźwięków. 
- Holden? - Przyznawanie się do winy nie należało do jej mocnych stron. Przecież nie zrobiła tego celowo. - Ja...- To nie miało sensu. Straciła całą zdolność przekonywania siebie i innych, że jakoś da się odbudować nadszarpnięte reakcje. Zarzuciła na plecy szary płaszcz, szyje obwiązała gigantyczną niemalże chustą. Sto lat temu, gdy wszystko układało się po jej myśli mogłaby to wszystko obrócić w żart. Mogłaby też nadąsać się i powiedzieć w oburzeniu, że nikt nie rozumie jej światopoglądu. Dzisiaj potrafiła jedynie usunąć się z pola walki. Dla nich nie dla siebie. 

- Jesteś pewny, że chcesz dzisiaj grać? Możemy to zrobić sami, nic wielkiego się nie stanie, wiesz o tym prawda? Lou? Ziemia do Louise'a jesteś wciąż z nami? Haaaaaaaalo? Tu mówię ja, Niall... - Uśmiechnął się pod nosem. Jasne, że ich słuchał. Zwyczajnie przeszedł w tryb pracy w tle. Zużywał jak najmniej energii. Ostatnio to było jedyną rzeczą, jaką mógł zrobić. Nie męczyło, nie drażniło ludzi wokoło. Pozwalało przetrwać wszystkie dziwactwa tłumu. Podpisał kolejny zwitek papieru podstawiony mu tuż pod nos przez małą czarnulę.
- Dla kogo? - Przynajmniej nie zatracił zdolności aktorskiego podejścia do fanów. Wciąż był milutkim, przyjaznym, radosnym chłopakiem z One Direction. Dla Annie. Uniósł spojrzenie niebieskich oczu na nieznajomą dziewczynę. Chyba oszalał. Tak definitywnie oszalał. Przecież nie jednemu psu mogło być na imię Burek. Czy on porównał ją do kundla? Nie tak w stu procentach, ale w pewnym stopniu. Spokojnie. Instynktownie czuł, że musi odstawić na jakiś czas wszystkie energetyki, jakie spożywa w ciągu dnia. Postawił na pergaminie pierwszą krzywą literę. Powinien był się nie odzywać. Powinien był milczeć z wszystkich możliwych sił. Harry zezował w jego stronę ustawiając się właśnie do zdjęć z kolejną grupką. Zayn chrząkał coś niezrozumiale, co jakiś czas.
- Lubisz gorącą czekoladę? - To on to powiedział? Ten głos wydobywający się z jego krtani był całkiem obcy, a przecież nie mógł należeć do nikogo innego. Horan o mało, co nie udusił się dopiero ugryzionym kęsem słodkiego batona. Co on robił? Dziewczątko zapiszczało radośnie czując się wyróżnione. I zaczęło się. Tak, lubiła. Tak, z cynamonowa posypką. W dużym kubku, a nie w kartonowym opakowaniu. Z łyżką cukru i laską wanilii. Tu i tam. Z tymi i z tamtymi. Z rana i z wieczora. Za dużo mówiła. Była jak katarynka nakręcona przez grajka. 
- Chciałabyś może... - Plastikowy długopis uderzył w jego skroń. Co do...?! Nie musiał nawet pytać. Liam stał w pozycji gotowej do działania sięgając właśnie po kolejną porcję amunicji. Bawił się w anioła stróża czy nudziło mu się na tyle bardzo by wyprowadzać z równowagi najlepszego kumpla? Dobra, fakt faktem Tomlinson posuwał się systematycznie do granicy totalnej głupoty, ale z drugiej strony to były jego błędy i działania. Za ich plecami z hukiem otworzyły się wejściowe drzwi. Jeszcze raz ogarnął tłum wzrokiem. Dziewczynka przysunęła się do niego dając mu subtelny znak, że wciąż tu jest, że wcale nie rozpłynęła się w powietrzu. Jęknął. Oprzytomniał nagle z transu wywołanego serią wspomnień. Nie mógł tak dalej. Igranie z samym sobą nie było dzisiaj w cenie. 
- Chciałabyś może darmowy kupon do Starbucksa? - To było idiotycznie, durne wręcz. Cztery męskie głosy gruchnęły śmiechem w idealnym synchronie. Czarnula fuknęła, tupnęła nóżką i tyle było jej widać. Spartaczył to. Jak wiele innych spraw. Przynajmniej o tym wiedział. Wycofał się w geście rezygnacji mijając menadżera przytulonego do futryny wejścia.
- Za czterdzieści pięć minut zaczynamy. - Zmrużył oczy dając mu znak pełnego zrozumienia. Jeszcze tylko cztery godziny i będzie mógł wylądować we własnym łóżku. Przeczyta kilka rozdziałów nowego kryminału. Wyje Zaynowi miodowe musli i zaśnie z nadzieją na lepsze jutro. 

Nawet nie starał się jej zrozumieć, nawet nie chciał, nawet nie próbował. Przecież miał miano przyjaciela, miał być "zawsze" nie licząc wszystkich świąt, sobót i niedziel, a do tego dni, kiedy lecą zasmarkane chusteczki, a krew się nie chce zatamować. Ufała. Wierzyła. Nie poddawała osądom. Pytania zostawiła na później. Zakręciła się piruetem wokół wspomnień. Gdyby tylko mogli mieć jeden dzień dłużej, co wtedy by powiedziała? Wyszła. Drzwi zaskrzypiały zamykane za jej osobą. Wchłonęła zimne powietrze. Potrafiła nie oddychać bardzo długo, bardzo długo wstrzymywała już to powietrze w swoich płucach. Nareszcie przyszedł czas na odetchnięcie, na długie zdanie bez wdechu. Na bycie dla samego siebie. Uprzejmy pan taksówkarz, który od lat bawił się w jej spowiednika pomógł jej wsiąść do auta. Głowa opadła na wezgłowie. Zapach leśnej choinki nie był jej ulubionym. Sztuczny, chemiczny, produkowany masowo. Nie ma odpowiedniego momentu na złamanie czyjegoś serca. Tasiemiec kłamstw zaplątał się wokół jej gardła, wbijając w nią toksyczne haczyki. Przetarła dłonią szczypiące oczy. Odgarnęła z czoła burzę kręconych włosów. Większość uwięziła pod popielatym kaszkietem. Torebka mocno przyciśnięta do piersi wibrowała dziko, co kilkanaście minut. Musiała wybrać miejsce podróży. Musiała gdzieś przeczekać do rana. Musiała tak dużo, a tak mało było w niej życiowej energii. 
- Maleńka? - Obudził ją nagle bez żadnego ostrzeżenia, tak po postu bez pytania o zgodę. Zatrzepotała zaskoczona powiekami. Przesunęła się na środek tylnego siedzenia. Wychyliła twarz do przodu pozwalając lekkiemu wiaterkowi na zabawę rozmierzwioną grzywką - Zmiana nie pojawi się, jeśli będziemy czekać, aż ktoś ją spowoduje lub aż nadejdzie odpowiedni czas. My jesteśmy tym, na kogo czekamy. My jesteśmy zmianą, której szukamy. - Zamarła. Zadrżała. Spochmurniała. Zlękła się jego prawdziwej mądrości. Słowa zawsze pozostaną tylko słowami dopóki nie tchniemy w nie życia. Były takie chwile, kiedy czuła, że spadają jej z oczu wszystkie zasłony. Jedna po drugiej, masywne, ciężkie, ciemne, niedostarczające ni grama światła. Rozpłakała się. Niczym to małe dziecko pozbawione bezpiecznej otoczki załkała przerażająco. Ta ciemność w jej duszy i w jej umyśle. Zatraciła się. Przestała racjonalnie myśleć. Istniały tylko noce. Bezgwiezdne. Duszne. Mroczne. Ciepła dłoń otarła z jej twarzy kilka kryształowych kropel. Nie dłużej niż dwa tygodnie temu powiedziała mu 'Bądź przy mnie, gdy będzie naprawdę źle. Gdy wszystko będzie się sypało. Gdy będziemy się nawzajem nienawidzić. Wtedy najmocniej będę cię potrzebowała.' Dzisiaj nie było już nic. Czasem, gdy człowiek chce zrobić coś ryzykownego, mówi sobie: 'I tak nie mam nic do stracenia'. A potem ku jego rozpaczy okazuje się, że jednak coś, czego się nie ma, też można stracić. I wtedy jest się na minusie - moralnym, emocjonalnym i psychicznym. Oto gorzka życiowa prawda - zawsze może być gorzej. Podparła brodę zmarzniętymi dłońmi. Ciągle gubiła rękawiczki. Miała ich milion par, milion pierwsza na wszelki wypadek.
- Chcesz do niego pojechać? - Staruszek znał ją zbyt dobrze by wmówić mu, że nic się nie stało, że to tylko hormony, że zaraz przejdzie, że każdemu może zdarzyć się gorszy okres, że jest dziewczynką, która czasami ma dramatyczne momenty. Pojechać do niego. Nie nie chciała. Nie przypuszczała by on chciał. Niech Lee najpierw go udobrucha. Niech mu wytłumaczy. Niech to odkręci, chociaż troszeczkę. - Maleńka? - Najgorzej jest wtedy, gdy ktoś cię kocha, a ty nie wiesz, co zrobić, żeby dyskretnie powiedzieć mu, że tego nie chcesz, bo twoja miłość już odeszła. Rozpłynęła się wraz z zachodem słońca.
- Do Holdena? Nie, nie chce, nie teraz. - Zaśmiał się rozbawiony. Najnormalniej w świecie wybuchnął tym swoim gardłowym zachrypniętym śmiechem. 
- Do Nialla głuptasku, od Holdena przecież Cię odbieram. - Miał rację o tym akurat nie pomyślała. Oddałaby wszystko by zabrał ją w tamto miejsce, gdzie ludzkie błędy są zapomniane. Gdzie godziny odliczane są uśmiechami i dźwiękiem chichotu. Pokiwała jedynie głową cofając się w mrok pojazdu. Szarpnęło. Ruszyli z gracją spłoszonego rumaka. Czas wyjechać, odpocząć od tego miejsca, od uczuć, które nie dają spokoju, od ludzi, przed którymi nie ma się już siły udawać, że wszystko jest w porządku. Czas wyjechać daleko stąd i pozwolić sobie na słodki odpoczynek i chwile zapomnienia.

- Ty tak serio chciałeś się z nią umówić? - Wrzasnął Zayn.
- Z tą karlicą? - Rzucił w przestrzeń pytaniem Harry.
- Tylko dlatego, że miała na imię tak jak ona? - Przeanalizował sytuację, Niall.
- Zwariowałeś. - Oszacował psychologicznie Liam.
- Nic przecież się nie stało. - Wzruszył beznamiętnie ramionami.
- Stało się, ZWARIOWAŁEŚ! - Rozłożyli ramiona w geście rezygnacji.

Wszystkie jej myśli stały się nieokreślone i jakby zamglone, stężały smutek opadł na dno jej serca, ale nie wywoływał ucisku. Było prawie, że przyjemnie bezpiecznie. Dwadzieścia trzy... dwadzieścia siedem... trzydzieści sześć. Schody zdawały się nie kończyć. Potrąciła kogoś. Przeprosiła. Poszła dalej. Minęła ochronę. Szatnię. Zejście do sali koncertowej. Windy towarowe. Zatrzymała się w pół kroku delektując się zapachem świeżej waty cukrowej. Tłum wrzeszczał dookoła zdyszany. Usunęła się z miejsca w nadziei, że nikt jej nie zabije, nikt nie stratuje. Była tu tyle razy. Jeszcze zanim zaczęła przychodzić tu dla niego. Zbłąkany uśmiech spoczął na jej malinowych ustach. Resztki błyszczyku zalśniły światłem reflektorów, odbitym ze sceny. Początek jego marzeń. Powód do całej gonitwy. Bycie córką współwłaściciela areny miało swoje ukryte plusy. Nikt nie pytał o pozwolenie, nikt nie pytał o bilet. Wystarczyła ta mała Vipowska wejściówka zgrabnie zapieczętowana plastikiem. Usiadła w ostatnim rzędzie trybun. Tym najsłabiej oświetlonym gdzie za jej plecami znajdował się jedynie zamknięty magazyn starych niewykorzystywanych już nigdzie sprzętów. Zarzuciła nogi na przednie oparcia. Echo podniesionych głosów dobiegało z dołu niczym zapowiedz czegoś niezwykłego. Odwiązała zapętlony szalik. Gorąco przebijające się przez wszystkie warstwy jej odzieży było uciążliwe. Jeszcze była smutna resztkami tej drażniącej tęsknoty za byciem zwykłym, prostym człowiekiem. Dobre dziewczynki nie pytają, są usatysfakcjonowane tym co mają, a ona? Ona szalała wewnętrznie na każdą wzmiankę o bracie, którego sprawa do tej pory nie została wyjaśniona. Popadała w odrętwienie, gdy ktoś miał czelność przytulić ją do siebie by powiedzieć, że to nie jej wina. Wpadała w dziwny rodzaj szaleńczego amoku, gdy sama starała się dociec prawdy. Cały potok myśli rozbijał się jej o tył głowy. Myśli straszliwych, myśli niechcianych. Usiłowała wyłączyć umysł na kilka krótkich chwil, by odpocząć, by zregenerować siły. Na próżno. Bóg robił jej na złość. Chciał ją ukarać, a skoro nie mógł jej zabrać na skraj piekieł to przynajmniej chciał ją doprowadzić do autodestrukcji.
- Tu nie można siedzieć, ma pani upoważnienie? - Tak posiadała je. Upoważnienie do płakania w miejscach publicznych. Do krzywdzenia osób jej bliskich. Do użalania się nad własną osobą. Do całodobowego cierpienia. Do jeżdżenia taksówką bez płacenia. Do udawania księżniczki w nagłych przypadkach. Do roszczenia sobie praw do wszystkiego i niczego. Nawet do siedzenia w tym cholernym miejscu miała swoje pieprzone upoważnienie. Wstała nie odzywając się ani słowem. Zebrała z miejsca rozrzuconą odzież. Wyminęła go prawie idealnie. Zahaczyła jedynie o jego masywne ramie. Jeden stopień w dół. Dwa stopnie w dół. Opryskliwy głos mówił coś do krótkofalówki. Tłumaczył coś komuś innemu. Przystanęła na krańcu pierwszego poziomu opierając się o odgradzające zejście barierki.
 'If I don't say this now I will surely break
As I'm leaving the one I want to take
Forgive the urgency but hurry up and wait
My heart has started to separate'
Do kogokolwiek należał ten głos lubiła go słuchać. Lubiła sobie wyobrażać, że ktoś kiedyś o nią właśnie tak zawalczy. Faktów nie da się wymazać. I tych kilku wersów nie da się zapomnieć. Nieodwzajemnienie, bo jak to nazwać inaczej. Dobrze nazwane. Po prostu. I tyle. Nieodwzajemnienie. Nie trzeba nic więcej. Żadnych słów. To mówi samo za siebie. Westchnęła. Uderzenia serca przyspieszały z minuty na minutę. 
- Tu nie można przebywać, musi pani z nami pójść. - Brak reakcji. Brak życia w jej wątłym ciele. Jedynie ciemne błyski w oczach udowadniały jej, że wciąż była powiązana z ziemskim padołem. Dlaczego nie chcieli dać jej świętego spokoju? Na tą ostatnią piosenkę. Nie dłużej niż trzy minuty. To tak jakby odnaleźć przystań z dala od wszelkich burz. Każdy w coś wierzy nawet, jeśli jest to jego własna niewiara. 

- Gdzie ją masz? - Loczek wysunął się zza filarów obserwując zbierający się do wyjścia tłum. Jeszcze nie pozbył się całej nagromadzonej energii, zawsze żałował, że te koncerty, całe to szaleństwo trwa tak krótko. Stawali na scenie, a pięć minut później już z niej schodzili. Przynajmniej tak to wyglądało w jego czasoprzestrzeni. Dla ogółu mijała godzina. Czasami półtorej, gdy bisowali w nieskończoność. Odwrócił twarz w stronę Nialla. Chyba o coś zapytał, a może tylko mu się wdawało?
- Eeeee powiesz mi gdzie ją masz? - Horan wyrwany z rzeczywistości nie bardzo wiedział, o co może chodzić Harry'emu. Co lub kogo miałby mu przedstawić akurat dzisiaj? Wepchnął w usta na wpół już zjedzoną kanapkę. Była sobota. Koniec roboczego tygodnia. W soboty nic się nie działo prócz... Cholera. Z rozmachem uderzył otwartą dłonią w zaczerwienione czoło. Jego głowa wyjrzała zza kurtyny dokładnie kilka centymetrów nad głową Styles'a.
- Ej nie wiem gdzie ona jest, a w ogóle miała być? - Nie ma co, teraz zabłysnął. Czuł się czystym ignorantem. Dlatego wolał być informowany wcześniej o wszystkich tych skromnych nawiedzeniach. Ale Bell wolała zjawiać się jak duch. Przychodziła. Poprawiała mu humor i znikała na kolejny tydzień. To był ich tradycyjny dzień zawodzenia nad wszelka beznadziejnością.
- Czego wy tam wypatrujecie? - Twarz Zayna wychyliła się zza głowy Nialla wbijając spojrzenie w bliżej nieokreślone miejsce. Czuł, że będzie zabawa. Normalnie przecież nikt nie udawałby 'przyczajonego tygrysa - ukrytego smoka' czając się za sceną. Usta zwęziły mu się w dzióbek, oczy przybrały obraz małych szparek przyzwyczajając się do dalekiego widzenia.
- Kaaaaaaaaa buuuuuuuuuuuuuuuum! - wrzasnął Liam rzucając się na plecy Malika. - Kogo dzisiaj śledzimy? - Zaśmiał się cicho dołączając do wyżej wymienionego kółka różańcowego. Beznamiętnie zawisł na barkach przyjaciela. No i poszło. Zaskoczony Zayn gruchnął na Nialla, a ten z kolei przycisnął do podłoża Harry'ego. Rozłożyli się w całej okazałości, ale nikt choćby na sekundę nie spuścił płyty z oczu.
- Yyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyyy dobrze wy się czujecie? - Jak na żądanie cztery zaskoczone głowy odwróciły się w stronę znajomego głosu. No tak kogoś zabrakło w tym układzie. Biedny, niedoinformowany Lou znów został wykluczony z akcji. W zasadzie sam się wykluczył snując się bez większego celu między zestawionymi ze sceny instrumentami. Gdy go widzieli ostatni raz dopijał butelkę owocowego soku. Gdy widzieli go przedostatni raz wpatrywał się we własne odbicie, a jeszcze wcześniej modlił się do wyświetlacza telefonu. Chcieli dać mu minutę dla siebie. No i... - Wezwać pogotowie? - Nie był sobą, wiedzieli to razem i jednocześnie każdy z osobna. Pierwszy do pionu zerwał się Liam. Zmierzwił swoją jasną czuprynę dłonią, wydyszał coś o pilnej potrzebie i rozpłynął się niczym kamfora w przestrzeni. Malik rozejrzał się wokoło. Pobiegł w prawo. Zawrócił. Pobiegł w lewo. Stanął rzucając wokół pytające zerknięcia aż w końcu zabrawszy gazetę z regału oparł się o szafy udając, że wcale go tam nie było. Loczek wymaszerował raźno na scenę rzucając się na pożarcie resztce fanek. Zostali sami. Gdy grupa wolała nie narażać się na nagłe wybuchy gniewu Lou to Niall udawał pana psychologa. Głaskał go po główce i tłumaczył, że powinien poluzować wszystkie zaciśnięte gumki. 
- Wszystko gra. - bąknął niezbyt pewnie wymijając przyjaciela. Poklepał go delikatnie po ramieniu. Uśmiechnął się. Wyczarował kilka pocieszających spojrzeń. - Wszystko ma się w jak najlepszym porządku Lou, zupełnie jak u Ciebie. - Sarkazm z niego wypełzł całą hordą. Chciał kłamać? Mogli to robić razem bez obawy o konsekwencje...

Piętnaście minut później było już po krzyku. Przeprosili ją dziesięć razy. Jedenaście razy powtórzyli, że dopiero zaczynają tu pracę, że nie mieli bladego, zielonego ani żadnego innego pojęcia, że jest tym, kim jest i przyszła po to, po co przyszła. Stała tam jak Sierotka Marysia kiwając głową po każdym ich słowie. Nic wielkiego przecież się nie stało. Nie zakuli jej w dyby, nie zwyzywali od psycho fanek. Poprosili jedynie o dokumenty tożsamości. Sama mogła im to ułatwić, a przecież wolała udawać, że nie wie, o co chodzi. Dopiero nocny ochroniarz zakończył całą farsę z cyklu, 'co Ty tutaj robisz dziewczyno'. Przycisnęła opasłą torebkę bliżej boku. Naciągnęła kaszkiet jeszcze głębiej na oczy. Pozwoliła odprowadzić się na samą płytę, jeśli to miało być zadośćuczynieniem, jeśli to samo w sobie miało im poprawić humory. Ktoś zapytał czy będzie potrzebowała później taksówki, ten lepiej doinformowany zasugerował, że może wypadałoby zadzwonić po szefa. Zaprzeczyła wszystkim ich wydziwianiom. Radziła sobie. Nic po drodze jej nie zabiło, więc i tutaj miała marne szanse na śmierć. 
- Poradzę sobie. - Starała się by jej głos brzmiał jak najbardziej przyjaźnie, by był odzwierciedleniem resztek uwięzionego w niej optymizmu. Dłoń zsunęła się po metalowej poręczy, a zaraz za nią poruszyło się ciało. Kroczek po kroczku niczym to końcowe odliczanie. Już prawie była na miejscu. Z mroku wyłaniały się mizerne szarawe półcienie. Ustawiła się w jedynej wolnej przestrzeni. Wiatr wydobywający się z wentylatorów poruszał jej za dużą koszulką. Nawet nie wyglądała ładnie. Porwane dżinsy, rozpadające się trampki, koszulka ukradziona ojcu z kilkoma niedopranymi plamami smaru samochodowego. Gdyby była większą można by było wziąć ją za młodzieńca. Porzuciła wszystko na posadzce. Obróciła się wokół własnej osi. Szepty narastały. Zbliżały się niemożliwie szybko. Poczuła go... poczuła ciepło jego ciała... jego oddech na policzku i smagnięcie ciepłych, wilgotnych warg...
- Czekałem na Ciebie. - Wtuliła się w odsłonięty kawałek szyi chłonąc każdą pojedynczą nutę, zapachu jego skóry. Czyż nie tego właśnie oczekiwała? Sytuacji, która ukoi zmysły. Człowieka, który odpędzi chmury. Jęknęła zadowolona przywierając do niego jeszcze bardziej.


______________________________________________
Dzień dziesiąty, dokładnie jak w zegarku a my wracamy z rozdziałem numer dwa. Co mogę o nim powiedzieć? Nie wiem czy będziecie lubić tego Lou. A jeśli nawet zapałacie do niego sympatią to na pewno jeszcze nie teraz. Pisząc to wciąż mam mieszane uczucia. Nie wiem jak dobrać słowa by przekazać wszystko to co chce opisać. Troszkę jeszcze w tym się gubię. Annie jest taka inna niż wszystkie dziewczyny. Bardziej skomplikowana i może dlatego mam w sobie taką cholerną obawę, że kiedyś ją spłycę niechcący co byłoby morderstwem na tej postaci. 
Z tego miejsca chcę wam podziękować. Siedem osób wypowiedziało się pod pierwszym partem.
Vick - była pierwsza i wzbudziła we mnie i chyba w nas nadzieję, że może ktoś to przeczyta. Dzięki Tobie droga moja Death nie umarła od mojego ciągłego jojczenia pod zacnym tytułem 'dlaczego wszyscy nas olewają' xD
Maryśka - a Ty wciąż masz siłę czytać moje filozoficzne rozkminy nad sensem i bezsensem. Podziwiam ^.^
Gabrielle - wpadłaś tu akurat w momencie mojego nerwowego załamania kolejnym pisanym rozdziałem. Kopnęłaś mnie w tyłek żebym w końcu ogarnęła wrotki, wielkie dzięki Ci za to. 
Hoodie - odgadłaś moje niecne postanowienie dotarcia do ludzi starszych duszą aczkolwiek i ta pozostała grupa mogłaby coś z tego wynieść.
Aleksja - głupia, głupia Young się popłakała. Zwale to na okres i zapomnę, że się w ogóle przyznałam bo pomyślicie, że jestem psychiczna. 
N - nawet ja czytam to kilka razy bo momentami zapominam co tak naprawdę jest najważniejsze.
Avicii - mam nadzieję, że z nami zostaniesz...
Rozpisałam się ale musiałam, naprawdę musiałam was wszystkie wymienić. Tak wyjątkowo skoro to był pierwszy rozdział a wy byłyście pierwszymi czytelniczkami. Wdzięczna jestem niezmiernie i kocham was za ten czas poświęcony Annie i nam dwóm. 
xoxo Young


Bez zbędnego rozpisywania się... Dziękuje wam wszystkim i każdemu z osobna za przeczytanie, a także uchronienie mnie przed śmiercią :P Mam nadzieje, że będziecie trwać przy naszym boku do samego końca, że nic was nie zniechęci, czy też odstraszy, a także że pojawi się tu więcej ludków chcących poznać Annie jak i resztę ekipy.
I przyznać się, kto nabił tylko głosów Zaynowi? :3
Death 




07.04.2012

[xx1] The Mess I Made



Kartka 16


Dzień dobry, że tak pozwolę sobie skłamać. Zauważyłeś, że pomimo Twojej jawnej ignorancji ja wciąż pisze? Lee mówi, że weźmiesz mnie za psychopatkę albo co gorsza, za jakąś krypto Stalkerkę. Nieważne. Przecież wiem, że nawet nie otwierasz tych listów. Pewnie jesteś jakimś sprzątaczem czy innym czyścicielem dbającym o wygląd naszego cudnego parku. Tak, otwarcie przyznaje się do tego, że wątpię by ktokolwiek zwracał uwagę na tą pisaninę. Mój psychoterapeuta twierdzi, że żaląc się nieznajomym otwieram się bardziej niż gdybym rozmawiała z bliskimi. Pewnie wie co mówi. Zazwyczaj gdy poruszam temat depresji przy mojej matce, samo dobieranie słów bywa rzeczą niemożliwą i jakże męczącą. Siedzimy więc, ja patrzę na nią, ona zerka na mnie i przez całe długie trzy godziny staram się wydusić z siebie odpowiedni zwrot, który ani by jej nie przestraszył ani nie uraził. Czasami odnoszę wrażenie, że ona osobiście znosi to dużo gorzej niż ja. Nie powinnam jej nawet dokładać zmartwień. Nauczyli mnie radzić sobie samej. Robię to najlepiej jak potrafię a skoro pomaga mi pisanie do miejskiej sekcji sprzątającej, to dlaczego miałabym tego nie robić?
Wsunę dzisiaj ten list - tak jak piętnaście pozostałych - w szparę kory starego dębu, tuż przy pomniku upadłego anioła. Zrobię to z nadzieją, że może któregoś dnia będę opowiadać tą historię wnukom. I będę się przy tym śmiać tak cholernie głośno. Nie jestem wariatką prawda? Rozumiesz to? Rozumiesz ten głęboko ukryty sens? Pozwalam się poznać. Nie kłamię, nie oszukuję, bodajże pierwszy raz w życiu od śmierci...
Wiesz od czyjej śmierci. Jeśli masz te kartki znasz mnie lepiej niż ja znam samą siebie. Zapominam powoli o uczuciach które mną targały gdy odezwałam się pierwszy raz. To było coś pomiędzy bezradnością a gniewem. Graniczyło też z żalem i niezrozumieniem. Na świecie jest tyle niesprawiedliwości. Potwory spod łóżek wyszyły na ulice  a umierają tylko Ci dobrzy. Jakby Bóg chciał odzyskać własne anioły. Chciałabym już zgasić tą świeczkę własnego żywota. Chciałabym by Mojry przecięły moją nić ale po co? lepiej żebym zabierała powietrze bardziej potrzebującym. 
CICHO!
Nie chce Cię tym zamęczać. Nie chce byś myślał, że jakaś zbzikowana siksa płacze bo zgubiła swój ulubiony błyszczyk. Skończyłam w tym roku osiemnaście lat, to do czegoś zobowiązuje, prawda? Koniec z płakaniem po kątach, z sypaniem jęków wprost z rękawa. Trzeba wydorośleć. Trzeba podnieść twarz do góry i wyszeptać 'będzie trudno ale dasz radę bo jesteś silna'. Kiepska ze mnie dziewczyna, używam jedynie pomadek ochronnych i jestem bardziej chłopczycą niż królową wszelkich imprez. Mało ludzi mnie kocha , większość nienawidzi. To, to moje zamknięcie i izolacja. Twierdzą, że puszę się i wywyższam. Nieprawda. Szukam jedynie odpowiedniego towarzysza podróży. Lee na przykład wcale nie ma lepiej a otacza ją wianuszek adoratorów. Im więcej ich, tym czuje się bardziej zmartwiona swoją przeszywającą samotnością. Mam o niej nie pisać. Mówi mi teraz, że ta kartka ma być o mnie, ale jak niby mam pominąć w tym wszystkim osobę, która jest moim zwierciadlanym odbiciem? Dobra, faktycznie, w paru strefach się różnimy tylko, że przecież nie ma na świecie dwóch takich samych kropel wody czy dwóch jednakich spojrzeń w oczy. Bredzę? To taki system. Pisz o wszystkim i nie poruszaj najbardziej bolesnych strun swojego żywota. Ostatnio przyłapałam samą siebie na tym, że chciałabym żebyś istniał. Żebyś był rzeczywistym odbiorcą moich bolączek. A jeśli ktoś powie mi kiedyś, że nie potrafię wymyślić nic sensownego - opowiem mu o Tobie. Przecież to ja Cię wymyśliłam...
Zaraz wychodzimy. Wizyty w szpitalu stały się nie tyle znośnym elementem dnia co raczej rutynowym działaniem niemożliwym do przeskoczenia. To nic strasznego. Od tego się nie umiera. Nikogo nie mogę tym zarazić, nie przenoszę wirusów jakąkolwiek z dróg. To tylko moje kalectwo. To po tamtym wypadku. Ktoś kiedyś zapytał mnie co bym zrobiła gdybym poznała ostatni utwór jaki popłynąłby w moim życiu i gdyby on nagle pojawił się w mojej rzeczywistości. Nastawiliśmy ulubioną płytę. Wokalista chrapliwym głosem rozkazał 'don't go' i wtedy to się stało. Nawet się nie bałam. Strach przyszedł znacznie później. Na rehabilitacyjnym wyciągu, który skutecznie odcinał mnie od zwykłego nastoletniego życia. Mam to już raczej za sobą. Cisza, w ciszy wstaję jak co rano, w ciszy stoję pod prysznicem, gorąca woda spłukuje bezpieczne sny, w ciszy szykuję się na kolejny dzień bez znaczenia. Niczego nie mogłabym zmienić nawet gdybym była bogatsza o tą dzisiejszą wiedzę. 
Wierzysz w Boga? Ja kiedyś nie wierzyłam. Nie mogłam zrozumieć całej tej pokręconej katolickiej logiki. Jak można zaufać komuś kto żył - albo i nie żył - tysiące lat temu? Śmieszny wydawał mi się ten system posiadania wolnej woli i jednoczesnego karania za to co złe. Skoro dostaliśmy wybór to dlaczego inny ktoś miałby go nie szanować? Negowałam wszystko co łączyło się z Bogiem hipokrytą. Musiałam być ponad to. Nie potrzebowałam zależności od kogokolwiek. Teraz się pozbierałam. Nie jestem już tak perfekcyjna jak wcześniej, nie potrafię już tak pięknie żyć, nie potrafię szczerze się śmiać. Ale jestem. Wstaje z łóżka żeby przeżyć kolejny cholernie pusty dzień. Wypełniam go po same brzegi zajęciami. Gram na wiolonczeli. Udaje wielką radość z rzeczy małych. Wcale nie jestem smutna. Z lekka rozczarowana - owszem, ale nikt nam nie obiecywał, że będzie łatwo. Powiedzieli nam jedynie, że na samym końcu będzie warto. 
Stanę jeszcze przed oknem. Deszcz zacina o dopiero co wymyte szyby. Kiedyś miałam tu witraż. Mienił się tysiącem barw. Uspokajał mnie wewnętrznie. Dodawał nadziei, że po każdej burzy wyjdzie słońce, które rozpromieni moją duszę. Dzieciaki z sąsiedztwa wybiły go zeszłej jesieni. Zeszłej jesieni przestałam też istnieć. Po drugiej stronie ulicy gigantyczne blokowisko. W każdym budynku mieszka ktoś ważny. Profesor, znany lekarz , radiowiec, gwiazda muzyki albo Ty właśnie. Mam przeczucie, że jesteś blisko. Może nawet mijam Cię z rana gdy biegnę po ulubiony magazyn ojca? albo gdy stoję w kolejce po ciepłe jeszcze bułki. Czuje cię gdzieś. I to jedyne dobre uczucie we mnie...


Annie.


PS:  Nauczyłam się ignorować ludzi, nauczyłam się walczyć o siebie samą a pisząc te listy czuje się tak bezbronna, że gdy już skończy się to wszystko będę za tym tęsknić. Za Tobą, kimkolwiek jesteś.


Słońce już gasło. Chyliło się ku zachodowi. Tylko o tej porze mogły przebiec przez środek ulicy nie bojąc się, że zostaną złapane przez czujne spojrzenie prawego strażnika miasta. Nie było to miejsce ani czas na nieszkodliwe pogawędki o wszystkim i o niczym na tylnym siedzeniu radiowozu zakupionego z podatków tuż przed nową polityczną kadencją. Chciała odłożyć list na miejsce i poczuć w sobie to pozytywne uczucie spełnienia. Wiedziała jak naiwna i dziecięca jest jej wiara w księcia na białym koniu z kolorową papeterią w dłoni, który gdzieś tam w centrum miasta przysiadł nad biurkiem zastanawiając się cóż mógłby odpisać na jej apel. Bo był to niewątpliwie niemy krzyk. Niby nie opowiadała o swojej szkodzie, niby nie łkała nad własnym losem, ale czuła pod skórą narastający gniew. Tyle dni mijało bezpowrotnie. Tyle niewykorzystanych szans przeleciało jej przez palce. W tłumie współczujących jej ludzi czuła się jedynie szmacianą pacynką przerzucaną z rąk do rąk. I te szepty dzikie 'Wszystko w porządku Annie?', 'Nie potrzebujesz niczego Annie?', 'Nie jest Ci smutno Annie?'. Cholera jasna, nie była robotem. Oczywistym było, że czuła się kiepsko, potrzebowała wszystkiego i było jej smutno do tego stopnia, że powoli zaczynało brakować jej nocami łez. Tylko wtedy miała przecież spokój. Matka zasypiała, a ona sama z kocem pod pachą i kubkiem zimnego piwa układała się na puchatym dywanie włączając film z trzecich urodzin Dylana. Krzyczał radośnie biegając dookoła stołu. Wskakiwał wszystkim w ramiona. Tulił się i wywijał piruety. Nigdy później nie widziała tak radosnego dzieciaka. Nawet ona w jego wieku miała z tym niemałe problemy. Wiecznie była zagubiona. Wolała przysiąść na sofie i szarpać zawzięcie struny harfy niż rzucać dookoła lalkami sprowadzanymi na specjalne zamówienie. Słuchała go uważnie. Tylko tyle jej pozostało. Znała na pamięć każdą sekwencję kolejnych klatek. Potrafiła wymienić kolejne migoczące obrazy, ale jego głos był czymś czego nie potrafiła nauczyć się na pamięć. Brakowało jej szelestu pościeli o poranku gdy wskakiwał rozczochrany do jej łóżka by swym dziecięcym seplenieniem oznajmić, że rodzice zamknęli na noc sypialnie. Tęskniła za zbyt dużą ilością syropu klonowego w popołudniowych naleśnikach. Rozpaczała za improwizowanymi bajkami, w których Czerwonego Kapturka gonił Kopciuszka, a Śpiąca Królewna nie mogła zasnąć po zbyt dużej ilości spożytej kofeiny. Nie można było go nie kochać. Nie dało się przejść obok niego obojętnie i może właśnie to go straciło? Wielokrotnie starała się pojąć czy istniała jakakolwiek szansa na to by go ocalić, by dać mu jeszcze kilka jeśli nie kilkanaście szczęśliwych lat. Wciąż stawiała siebie na jego miejscu. Modliła się o powrót do przeszłości. Widziała w ich oczach wodospad goryczy, morze rozpaczy i ona była tego przyczyną, ona go zostawiła, ona odeszła na niebagatelnie długich pięć minut, ona odebrała telefon z komisariatu, ona pierwsza stanęła przy krematoryjnej lodówce, ona do nich zadzwoniła, ona zabiła ich małżeństwo, Dylana, siebie, poczucie przynależności do rodziny.
Wszechświat był do dupy. Zrozumiała to tamtego poranka gdy matka nazwała ją morderczynią. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów uderzyła ją w twarz płacząc przy tym jak to małe dziecko. Ludzie nie latają, bo nie wierzą, że potrafią. Gdyby nie pokazano im kiedyś, że mogą pływać, do dziś wszyscy by się topili po wrzuceniu do wody. Dlatego chyba przeżyła to wszystko. Miała w genach zapisane dryfowanie po fali problemów. Zamykała się w swoim małym ciasnym pokoju, zaciągała żaluzje, paliła najtańsze papierosy i piła najdroższe alkohole skradzione z barku ojca. Rzygała po kątach dając sobie sposobność wejścia na margines społeczny. Tylko dlatego wytrwała. Odcięła się od realności wmawiając sobie, że też jest trupem. Martwego nie dało się urazić, skrzywdzić, zgnoić i złamać. Można było go jedynie pochować. 
Ukucnęła przy dębie wyciągając spomiędzy korzeni starą, podniszczoną miejscami, skórzaną teczuszkę. Była pusta. Od ostatniego listu minęły dwa tygodnie. Wiedziała, że zgubiły ją ostatnie dni. Nikt nie chciał jej tu przyprowadzić, nikt nie chciał pomóc, rodzice by nie zrozumieli, a Lee wściekła się o coś zupełnie błahego i płaskiego. Pogłaskała zieloną chropowatą kopertę tak jakby chciała wyprostować na niej niewidzialne zagięcia. Prostsza być nie mogła. Pachniała jeszcze jej czekoladowym balsamem. Czy tylko ona tak intensywnie odbierała zapachy? Mężczyzna, który przebiegł obok nich zionął wodą kolońską kupioną w marnej sieciówce, w drugiej nucie dolatywały do niej zapachy zjedzonych brokułów i kurczaka. Ktoś go zostawił, inny ktoś o niego nie zadbał, a ona jak ta pieprzona marzycielka siedziała na zimnej mokrej glebie uśmiechając się pół przytomnie do listu.
- Adresujesz? - Ona? Głupie pytanie, bo któż by inny. 'Drogi nieznajomy', 'Panie Odbiorco', ' Ty, który to czytasz'. Warknęła niespodziewanie. Nie podpisywała żadnego wcześniejszego pergaminu. Nie chciała tego nazywać, określać, zamykać w wyznaczone ramy. Odwróciła się w stronę przyjaciółki. Uniosła spojrzenie namierzając jej twarz. Mogłaby przysiąc, że gdzieś w jej rysach w chwili obecnej pałętało się rozbawienie.


- Mamo, a jeśli się kiedyś zakocham to wszystko się ułoży? - Samotna. Tak dziwnie samotna. Wczoraj moje serce kipiało szczęściem. Dzisiaj... Dzisiaj już nie mam serca. - Mamo, bo ja nie chce się bać, chce wiedzieć, że coś jest w ciemności. Jakiś błysk światła. Iskra nadziei - Żałość. I stoję w niej i oddycham nią oszukując własne pragnienia - Bo mamo ja tak najmocniej w świecie chciałabym być kochana - spojrzałaś na mnie tak jakbym nie wiedziała o czym mówię - Jesteś kochana, głuptasku - a później powiedziałaś mi, że mnie nienawidzisz. 


Potrząsnęła głową odganiając nieprzyjemne myśli. Jej matka nie mogła przezwyciężyć obrzydzenia. Nie potrafiła kochać tracąc jednocześnie. Błagała spadające gwiazdy by zabrały ją ze sobą. Nawet mały książę miał swoją piękną różę.
- Napisz 'Dla Ciebie' - usta jej drgnęły w delikatnym uśmiechu. - Po prostu 'Dla Ciebie' .




- Jest kawa, czarna, bez cukru z porcją śmietanki - dłonie otulone wełnianą nicią rękawiczek ustawiły trzy gorące parujące kubki tuż obok jego uda. Jesień tego roku była chorobliwie zimnym, nieprzyjemnym czasem. Wiele by oddał by zaszyć się we własnej pościeli oglądając kolejne powtórki medycznych seriali. Sporo się zebrało tego wszystkiego. Nigdy nie miał czasu. A to studio, a to szkoła, a to inne zajęcia, które pasjonujące były jedynie przez kilka chwil by zaraz później stać się nużącym nonsensem. Chuchnął dwa razy na skostniałe palce. Siedzenie tutaj było najgorszym pomysłem na jaki ostatnio wpadli. Zamiast w przedbiegach odrzucić rzuconą myśl, przyklasnął jeszcze w dłonie ciesząc się jak dziecko. Niall wcale nie był lepszy. Stwierdził, że gdy już wyjaśni się cała zagadka tajemniczych paczek on opisze to wszystko w swojej książce, która stanie się bestsellerem na miarę 'Przeminęło z wiatrem'. W sumie to nawet się nie zaczęło by mogło mijać, ale najwidoczniej jemu to nie przeszkadzało. Kochał to momentami zakrzywione poczucie humoru i ten niegasnący blask pozytywów. Sam dawno stracił cały zapał na rzecz ciągłego bycia wycieńczonym.
- Ty naprawdę chcesz odpisać na te śmieci? - Nigdy nie uważał by listy adresowane do 'nikogo' były niepotrzebnymi papierzyskami. Wychodził raczej z założenia, że stanowią one pewien integralny element rzeczywistości, w której się znalazł. Owszem, nie on wyciągnął pierwszy egzemplarz spomiędzy konarów i nie on przeczytał go na głos wśród stołówkowego tłumu. Gdyby miał go w dłoniach wcześniej, nie pozwoliłby na takie zbezczeszczenie czyjejś duszy. Nie dałby im przyzwolenia na spijanie z pomiętego wilgnego papieru, resztek czyjejś osobowości. Wiedział coraz więcej. Poznawał ją. Nie odważył się jednak wrócić pod dąb, w dniu wyznaczonej nowej wiadomości. Czuł mentalnie, że to coś niezwykle intymnego i podniosłego, on miał być tu jedynie słuchaczem. O nic go nie pytała, do niczego nie zmuszała, od czasu do czasu zastanawiała się jedynie kto dostaje jej zapisane emocje jako ten szlachetny artefakt. Podziwiał ją. Myślał o niej często. Może nawet zbyt często patrząc na to, że w praktyce nie powinien się przejmować losem kogoś obcego. To brzmiało niczym tania wersja niskobudżetowego reality show, albo jak żart Malika. Przyzwyczaił się już do nich, stanowili nową wersję nowoczesnej rodziny. Żałował jednego. Siedmiu pierwszych kopert, których nie zobaczył, które pozostawały tajemnicą. Był taki czas w którym pytał samego siebie czy przypadkiem nie ukradł komuś życiowej roli. Czy ktoś inny nie podchodził do tego znacznie odpowiedzialnie niż on. Czy ona miała w sobie świadomość, że było ich znacznie więcej niż obliczyła to na początku? Idąc mokrym chodnikiem analizował sobie wszystko, analizował wszystko począwszy od mokrych skarpetek i wody w butach, zakończywszy na niej właśnie. Gdyby to było takie proste podjąłby decyzje już dawno. Istniało przecież nikle ryzyko tego, że mógł ją wystraszyć. Ostatnio miał wrażenie, że godziny mijały, a on nie uświadamiał sobie nawet, jaki jest dzień. Zdawał się żyć poza swym ciałem, odrętwiały na wszystko, z wyjątkiem bólu w sercu, w kościach, w głowie.
- Nie mam pojęcia Harry, nie mam pojęcia. - Ten park i to drzewo. Wąska alejka prowadząca do fontann. Ledwie lśniące latarnie. Kilka przerażonych hałasem wiewiórek. Rozejrzał się dookoła własnej osi usiłując zrozumieć psikus losu. Głupio było się przyznać do jakiegokolwiek zainteresowania. To była jakaś cholerna terapia, a nie randka w ciemno. Żadne dziwaczne 'znajdź mnie, bo cie potrzebuje' Fakt faktem, intrygowała, ale nie robiła tego celowo. Nie potrafił tego tak oderwać. Było w niej za dużo sprzeczności by można było kłócić się o tak przyziemne powody jej wszelkich decyzji. Wrócił do siebie. Długie analizowanie nie działało na niego pozytywnie. Nie spał od dwóch nocy. Organizm domagał się zbawiennej kofeiny, a ciało coraz wolniej reagowało na polecenia.
- Nie kapuje, siedzimy tutaj od czterech godzin baaa siedzimy tutaj po sześć godzin każdego dnia od zeszłego tygodnia, to ma jakiś sens? Bo powoli zaczyna mi się to nudzić. Myślałem, że termin 'macie wolne' oznacza spanie do trzynastej, a nie wyczekiwanie na laskę widmo, której najprawdopodobnie już dawno znudziła się ta cała pisanina. - Boże przez myśl mu przeszło, że Horan może mieć rację. Robi z siebie psychopatycznego wielbiciela, który chce jedynie zapytać wprost 'Czy wszystko ok?'. Zesztywniał cały zatrzymując kubek w połowie drogi do ust. Jakiś dzieciak z ADHD podbiegł do ich ławki wpatrując się zaczarowanym wzrokiem w torebkę czekoladowych orzechów. Gdzieś tam 'spłynęło' w dół bezpańskie opakowanie po niedojedzonym hamburgerze. Prawie tu mieszkali. On ich do tego zmusił powtarzając co dzień, że to już ostatni raz, że jutro się tu już nie pojawią. I co? Budził się przed budzikiem, w biegu zjadał ostatnią czerstwą bułkę, mijał w korytarzu wracającego z joggingu Zayna, mówił mu, że wychodzi tylko na sekundę, a później jechał metrem do centrum skąd wsiadał w tramwaj by po niebagatelnie długim kwadransie wysiąść ulicę od parku. Mniej więcej w tym samym czasie w mieszkaniu budził się Niall, zarządzał alarm i tak po około czterech godzinach siedzieli na ławce razem zmieniając się co jakiś czas. Był im wdzięczny, ale nawet jego zaczynało to męczyć.
- Dobra, koniec - jęknął podnosząc się z miejsca. Dwoje spojrzeń powędrowało za jego zwolnionymi ruchami - Koniec chłopaki. Zupełny koniec, mamy urlop. - Łatwo było powiedzieć. Trudniej zrobić. W katolickiej szkółce tłukli mu miesiącami do głowy, że każde nieme wezwanie o pomoc powinno zostać sprawdzone. Czytał o dzieciakach samobójcach wypisujących na facebookowych tablicach o własnych problemach. Nikt nie zwracał na to uwagi, a sanitariusze mieli co zeskrobywać z chodników tuż przed blokami. Nie uważał się za anioła stróża, za mściciela, za Matkę Teresę czy kogokolwiek odpowiedzialnego za wszystkie miejskie nieszczęścia. Zwyczajnie musiał mieć pewność, że ktoś tam po drugiej stronie kartki jest bezpieczny. - Nie damy rady tak dalej, potrzebuje się wyspać przynajmniej raz w tym tygodniu. - Bezradność jakże znajome uczucie. Sięgało jego wnętrza rzadko, lecz gdy już się pojawiało trudno było je wyplewić.


- Cholera, cholera, CHOLERA JASNA NO! - zasyczała dopisując u dołu koperty ostatnie polecone słowo. Komórka w jej kieszeni wibrowała szaleńczym sygnałem. Jeszcze tego jej brakowało. Nie dość, że musiała ukrywać się przed własnymi starymi to teraz miała na głowie też szanownych rodziców Annie. Odebrać? Nie odebrać? Oto było zacne pytanie. Jeśli odbierze będzie musiała wysłuchiwać dwudziestominutowej litanii na temat własnej nieodpowiedzialności i braku szacunku do kogoś starszego, kto powierza jej w opiece dziecko - nawet jeśli to wyżej wymienione pierworodne jest pełnoletnie od przeszło miesiąca. Jeśli natomiast zignorowałaby uciążliwy brzęczący dzwonek - było pewnym, że w przeciągu godziny poszukiwałyby je wszystkie pobliskie posterunki. Od czasu porwania Dylana, stary An wydawał się chodzącym tyranem. Nie potrafił już komunikować się inaczej jak tylko za pomocą wrzasków i pretensji. Niby i go rozumiała, ale z drugiej strony wiedziała jak bardzo jej przyjaciółka katuje się tym wszystkim. Wszyscy stracili coś w przeciągu tego ostatniego roku. Jedni mniej, inni więcej. Nikt nie negował jego cierpienia, ale należało także uszanować w cierpieniu innych. 
- Przeczytaj mi to. - Że niby co? Hasło na kopercie czy może arcy ciekawą wiadomość od Victora? - Lee przeczytaj mi co on Ci napisał. - A więc jednak o ojca jej chodziło. Mała, głupia, bezbronna panienka z dobrego domu, bezapelacyjnie zapatrzona w swego despotycznego tatuśka. Kochająca kogoś kto wystawił jej spakowane walizki za drzwi tylko dlatego, że nie była na tyle wszechwiedzącą by rozpoznać w tłumie złego człowieka. Niektórzy zostali stworzeni po to by sobie w życiu radzić, by osiągać sukcesy i mieszkać na ostatnim piętrze szklanych wieżowców. By mieć uczciwą, szczerą rodzinę, która zaakceptuje przeciwności losu i pojmie, że nie wszyscy zostali jeszcze pochowani. Inni urodzili się, bo ci pierwsi potrzebowali świty czczących ich idiotów. Tak, właśnie tak dzisiaj na nią patrzyła. Może nie minęło zbyt wiele czasu od wypadku i może wciąż pozostawała pod czujnym okiem swojego lekarza, ale na Boga jak długo można było istnieć pod kloszem kłamstw. Widziała jak dogasa w niej ostatnia iskra młodzieńczej niewinności i tego niedoścignionego entuzjazmu w poznawaniu świata.
- Masz nie wracać dzisiaj do domu, śpisz u mnie. - Gówno prawda. W pięknej dziesięciostronicowej wiadomości tekstowej Horan Senior przytoczył multum powodów dla których powinny stawić się w domu przed podaniem kolacji. Tuzin krzywych, bogatych ryjów miało poruszać przy stole nikogo nie interesujące tematy. Mieli udawać miłych by za chwilę zerkać na siebie szyderczym spojrzeniem. Kolorowe sukienki migotałyby przy blasku zapalonych świec, a anielski tatko rozczulałby się na prawo i lewo nad dzielnością swego ostatniego dziecięcia walczącego z przykrą, niespodziewaną chorobą. Tak to nazywał. To brzmiało lepiej niż 'wynik totalnej głupoty rozwydrzonej małolaty'. 
- A kolacja? - Ten jej ledwie słyszalny głosik. Gdzieś uciekła z niego moc i czar. Lee momentami obawiała się, że dziewczyna całkiem zamilknie przytłoczona całym swoim jestestwem. Jak miała jej powiedzieć, że kłamie coraz częściej dla jej własnego dobra? - Odłożyłaś list na miejsce? - Owszem, tak jak siedem pierwszych. Wepchnęła go pomiędzy zwitek niezapłaconych rachunków matki. To zaczynało przypominać komedię, a jej nie w głowie były żarty, ckliwe romansidła czy groteskowo kończone melodramaty. Prosiła ją żeby z tym skończyła. Błagała niemalże. Tłumaczyła całymi nocami, że to nie przynosi żadnych korzyści. Że tylko robi z siebie sentymentalną idiotkę na miarę tych wyczekujących przy brzegu żon marynarzy, które jeszcze nie wiedzą, że okręt zatonął. Nie chciała jej słuchać, a jeśli ona nie potrafiła spojrzeć na to trzeźwo, to ktoś musiał zrobić to za nią.
- Jest tam gdzie być powinien, chcesz sprawdzić? - Nigdy tego nie robiła. Ufała jej. Oczekując ciosu z każdej strony nie zauważała, że noże trzymali Ci najbliżsi. Lee tłumacząc samą siebie twierdziła, że przecież także może być odbiorcą całej tej pisaniny. Była do tego należycie przygotowana. Znały się. Mieszkały rzut beretem od siebie i co najważniejsze mogły ze sobą rozmawiać, a nie modlić się pod jakimś krzakiem by wróżka kłębuszka, matka natura, skrzat polny czy inny Muminek, Gumiś i Smerf, zmaterializowały cud, miód chłopczyka gotowego do miłości na całe popieprzone życie. Niepojętym było by laska w jej wieku czerpała wzorce z jakiejś nowej wersji 'mody na sukces'. - Zbieramy się młoda, mamy jeszcze ocenić próbę Holdena. - Odwrócić uwagę od rzeczy mało ważnych. Ludzie zaczynali przystawać w zainteresowaniu. Dwie siedzące na trawie, w liściach, młode dziewczyny, nigdy nie przynosiły niczego dobrego. Myślano pewnie 'ćpunki' w podtekście dodawano 'szukają sponsora'. Już dekady temu minęły czasy publicznego okazywania względów darom Boga. Chciałeś zachwycać się przyrodom? Miałeś od tego własny zachwaszczony ogródek kumulujący wszystkie miejskie toksyny w liściach kwiecia. Złapała ją za rękę usiłując zwrócić na siebie uwagę. Nie podobał jej się ten nagły spokój. Prawie jak cisza przed burzą. - Holden na nas czeka, pamiętasz? - powtórzyła niespiesznie cedząc każdy pojedynczy wyraz. - Ciemny, skretyniały założyciel podwórkowego zespołu rockowego? Zakochany w tobie od przedszkola? - Chyba się uśmiechnęła. To dobrze. Nawet jeśli jej wymoczkowaty brat był wrzodem na tyłku całych narodów to rozweselanie markotnej sąsiadki szło mu perfekcyjnie. - Chodź już An, bo naprawdę pomyśle, że masz nadzieję go tutaj spotkać. 


- Ciiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiichooooooooooooooooooooo Annie jeszcze śpi. - Otworzyła jedno oko. - Ejjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjj, a czemu Ty wchodzisz oknem jeśli domy mają drzwi? - Otworzyła drugie. - Jesteś złodziejem?- Gdzieś tam dostrzegła zaciekawione ślepia młodszego brata. - A Annie Cię lubi? - Mała gaduła ciągle na warcie. - A jak tak wchodzisz to nie boisz się, że spadniesz? - Jeszcze nigdy nie zleciał. - Ejjjjjjjjjjjjjjjjjjj no bo ja nie wiem czy mogę Cię wpuścić, bo dzisiaj ja śpię u Annie, a jak będzie tam jeszcze jeden chłopak to to będzie fuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuj. - Nie mogła się nie uśmiechnąć. - Wolę dziefffffffffczyny.


- Lubiłam Holdena. - Dlaczego powiedziała to w czasie przeszłym? Dlaczego w jej wspomnieniach wydał się jedynie bladym odległym punktem niemożliwym do przesunięcia? Czy to przypadkiem nie była jej wina? Czy to nie ona kazała mu zejść sobie z drogi? A może faktycznie czekała na tego którego mieć nie mogła? Czekała na nieistniejące perspektywy, na niezapowiedziany zwrot akcji na coś co zmusi ją do działania. Co wywoła na chwil parę przyspieszone bicie serca. - Nie czekam na nikogo Lee, jak mogłabym czekać na coś co żyje jedynie w moim umyśle? Sny nie wypełzają z głowy zalewając rzeczywistość. - Okrążyła drzewo wchodząc na kamienna brukowana ścieżkę. Ciemność dookoła wnikała w jej umysł. Brakowało jej światła. 


- Dobra robimy tak. Lou siedzi w parku między dziewiątą, a dwunastą. Ja wpadam koło trzynastej i koczuje do szesnastej. Harry dołączy przed siedemnastą jak wróci z tych swoich śmiesznych dodatkowych zajęć. - Plan wydał mu się całkiem idealny choć nie był pozbawiony wad i luk niemożliwych do zapełniania.
- Ty, co to znaczy, że dołączę? To wy cały dzień chcecie tam czekać? - A jeszcze pięć minut temu twierdzili, że koniec z bawieniem się w detektywów. - Może ona nie przychodzi, bo ją straszymy. Wpadł na to ktoś w ogóle? - Zmarszczył podejrzliwie brwi odbierając od kelnerki talerz zapełniony frytkami. - Przyszłaby jakby nikogo nie było. Może nawet była tylko trudno jej cokolwiek upchnąć w tej szparze jeśli trzech czubów wciąż ma na nią oko. - Ups chyba powiedział o jedno zdanie za dużo, bo oto stał się celem numer jeden morderczej walki spojrzeń. - No poważnie wam mówię. Weźcie pod uwagę to, że laska całkiem normalna nie jest, a wy chcecie żeby jeszcze uprawiała ten swój krzywy ekshibicjonizm całkiem publicznie. - Czerwona plama pomidorowego sosu spłynęła kaskadą w dół naczynia - Ziemniaczka? - wepchnął sobie do ust sporą część przysmaku. Gdyby nie był tak głody pewnie zacząłby starą śpiewkę o zakochaniu Tomlinson'a. Tymczasem obserwował jedynie jak kumpel grzebie bezwstydnie słomką w czekoladowym koktajlu skradzionym rzutem na taśmę, jakiejś mało sympatycznej staruszce, stojącej tuż za nimi w kolejce.
- Mówię Ci, że ona się pojawi. - Horan był o tym święcie przekonany. W zasadzie był nawet bardziej przekonany niż sam Lu. - Dobrze się czujesz? - Znał odpowiedz. Znał przyczynę. Znał nawet rozwiązanie. Wystarczyło jedynie przekonać do niego resztę. Czy tylko on wierzył tutaj jeszcze w brak jakichkolwiek przypadków? Wszystko dzieje się z czyjejś woli i z czyjegoś przyzwolenia. Wyciągnął z opasłej torby ostatnią kolorową kartkę z papeterii listowej. Uniósł spojrzenie oceniając nastroje kompanów. Brak entuzjazmu, energii, uczucia dobrze wykonanej roboty. Czuł, że zostaje sam, a nie chciał by tak się stało. Mieli trzymać się razem. Mieli sobie pomagać. Posunął w jego stronę papier wraz z długopisem. - Napisz do niej Lu, przynajmniej będzie wiedziała, ze ktoś to dostał, napisz do niej to nic nie kosztuje. 
Dziwne mieszane uczucia wypełniające przestrzenie żeber. Trzeba mieć pewność, absolutną pewność jeśli chce się czekać. Był na jakiejś cholernej huśtawce emocjonalnej, a najgorszy był strach przed zeskoczeniem. Strach przed powrotem do zwykłej, szarej rzeczywistości.. Raz pękało mu serce, raz rozkwitał szczęściem. Przechodził kryzysy i wzloty. Upadał i podnosił się na nowo i nic nie mogło go powstrzymać. A teraz? Po tym gdy ujął w palce pomarańczowy plastik piszącego wynalazku? Teraz poczuł, że za dużo jest rzeczy które chciałby powiedzieć. I, że skoro jego to przeraża jak mógł sądzić, że jest to łatwe dla niej?


Hej. - Pierwsze proste słowo. - Znalazłem Twoje koperty. - Raz na jakiś czas motylki w brzuchu zastąpione zostają ostrym bólem niewiadomego pochodzenia. W takich momentach choć zdaje Ci się, że masz chore ciało, najbardziej cierpi twoje serce. To ono choruje. I to je powinno się leczyć. - Dokładnie osiem kopert, a naprawdę chciałbym poznać całą tą historię...


___________________________________________________


Nigdy nie lubiłam pisać 'do nikogo'. Czuje się w takich momentach zupełnie jak Annie posyłająca swoje myśli w przestrzeń, zdana na łaskę i niełaskę rzeczywistości. Co chciałabym powiedzieć dzisiaj? W tym momencie? Po dodaniu tego pierwszego rozdziału? Nie wiem ilu was tu będzie, nie mam nawet tej komfortowej świadomości czy w ogóle się pojawicie. Chciałam to napisać już bardzo dawno temu. Coś co będzie ponad te wszystkie stereotypowe miłości. Co nie zakończy się jednym zdaniem bez polotu i dalszego rozwinięcia. Nie chcę umierać w banałach i brodzić w niedopowiedzeniach. 
Mam cichą nadzieję, że kiedyś, gdzieś, jakoś, ktoś to przeczyta. I będzie z tego zadowolony. I nie powie, że żałuje całego poświęconego mi czasu. 
Tymczasem dziękuję tym, którzy dotarli tutaj i witam was serdecznie w moich skromnych progach. 
xoxo Young

Powinnam coś napisać w tym miejscu, ale szczerze mówiąc Young zawarła wszystko to co chciałam/mogłabym napisać, więc nie ma sensu się powtarzać. Mam tylko nadzieję, że będzie tu wiele osób zachwyconych tym opowiadaniem jak ja. Będzie razem ze mną, z nami przeżywało rozterki bohaterów, a także śmiało się do łez. 
W tym miejscu nie pozostało mi nic innego jak również was powitać i życzyć udanej lektury.
Niech moc ziemniaczków będzie z wami! Death