Rozdziały będą pojawiać się średnio co 10 dni ;)

Czy to takie trudne poświęcić pięć minut i napisać komentarz? Myślę, że nie.
Wiedz, że twoja opinia motywuje nas do działania ^^
Boli mnie... nas fakt, że według ankiety czyta nas 10 osób (przynajmniej tyle się deklarowało)
a gdy przychodzi co do czego, to tylko 4 osoby potrafią wyrazić swoją opinię.


31.05.2012

[xx6] The Lying Game


 Kartka X 
Przepraszam Cię za cały ten chaos, który nieustannie wywołuje w Twojej podświadomości, za to, że staram się być, a zaraz w drugim momencie drę na strzępki wszystkie kartki, jakie Lee pomogła mi napisać przez cały okres Twojego czekania. Może rzeczywiście złym pomysłem było wciągać Cię w cały ten syf i udawać, że mi osobiście wcale nie przeszkadza cała ta Boska niesprawiedliwość. Owszem, ludzie miewają gorsze i lepsze dni, grunt to nie przenosić tego wszystkiego na płaszczyzny emocjonalne zespalające nas z tłumem. Tylko, że ja już tak nie potrafię. Zacznijmy może od początku, chciałam Ci powiedzieć, że wtedy, gdy Dylan odchodził nie zrobiłam kompletnie nic, by go przy sobie zatrzymać. To, że tabun głosów powtarza mi do znudzenia, że nie ja wepchnęłam go w ramiona tamtego faceta nie oznacza, że nie jestem winna. Widzieliśmy nagranie z przemysłowej taśmy starego magazynu towarowego. Mój mały braciszek odwracał się raz po raz z błagalną miną i prośbą w oczach. Wiem, że zwykłemu obserwatorowi trudno by było to dostrzec, ale ja go znałam. Był najlepszą rzeczą, jaka trzymała mnie przy zdrowych zmysłach i nagle go zabrakło. Nikt nie śpiewa w brodziku cały pokryty truskawkową pianą, nikt nie rozciera na kuchennym stole miodu, by zaraz go wylizać i przykleić się do ściany w akcie artystycznego buntu. Jezu on był mną. Wszystko w nim było takie jak we mnie, tylko zaufania więcej i wiary więcej i pasji więcej. Choć może to dlatego, że był tak mały? Może z czasem te pokłady nieskończone topiłyby się w nim jak arktyczne góry przy efekcie cieplarnianym? Zastanawia mnie, jaki byłby za dziesięć, czy nawet piętnaście lat. Widzę go przed oczyma z wielkim pędzlem w dłoni, a twarz nieustannie pokrytą ma farbami, pachnie tak odurzająco rozpuszczalnikiem i terpentyną. 
Siedzę dzisiaj w pracowni mamy. Mojej pierwszej, najważniejszej. Mówiłam Ci już? Ona też umarła. Na dobrą sprawę nawet jej nie znałam. Miała nowotwór i miała wybór. Ja albo życie. Chyba wiesz, co wybrała. Nie podjęła leczenia. W ostatecznym stadium wycieli jej włókniaka tylko po to, by mogła donosić ciąże do samego rozwiązania. Wiem, że mnie kochała i ta jej miłość tkwi gdzieś we mnie, wryła się w moje serce metalowymi nićmi i oplotła mnie całą. Jak mam być niewdzięczną, jeśli wiem, że większego poświęcenia nie mogłaby już dokonać? Tęsknie za nią. Mój ojciec podobno kiedyś był innym człowiekiem. Wini mnie za jej odejście, za jej brak. W jego oczach ogniki żalu i gniewu toczą wojny z niepohamowaną nienawiścią. Przepraszam go każdego wieczora w modlitwie. Gdyby dusze zsyłane na ziemie miały świadomość, że ich przyjście na świat zniszczy czyjeś człowieczeństwo, nie pozwoliłyby sobie na tego typu ekscesy, prawda? W naszym kościele tłumaczą nam to wszystko zamknięciem jakichś drzwi. Kiedyś, nie dziś, nie jutro i może nie za tydzień, ale za jakiś czas na pewno, pojawi się ślusarz i dorobi nowy klucz. Pozwolą nam tam wejść. Czekam, więc aż on uwierzy w to, że nie chciałam go skrzywdzić. Zabieram mu wszystko. Mama. Dylan. Co jeszcze musi stracić, żeby wykląć mnie do granic możliwości?
Gdybyś się do mnie przywiązał pewnie i na ciebie spadłby jakiś niewdzięczny pech. Momentami myślę, że jestem przeklęta. Bo ile można mieć przykrości w życiu? Jak wiele może spotkać nieszczęść jednego człowieka? Przyciągam całe zło. Jakaś stara cyganka stojąca przy miejskim parku oświadczyła mi zlęknionym głosem, że moja aura z szarości przechodzi w czerń i jeśli nie zatrzymam tego postępu w odpowiednim momencie to na wiek wieków pozostanę stracona. Cóż, więc robić? Iść do egzorcysty? Siedzieć tuż przed najświętszym ołtarzem, dwadzieścia cztery godziny na dobę? Modlić się o pokój duszy? Żebrać o łaskę zbawiciela? Nie, ja się do tego nie nadaje. Owszem, odmawiam modlitwy, rozmawiam z Bogiem, ale nie jestem zagorzałą katoliczką, nie ufam mu z wszystkich możliwych sił. Mam wiele pretensji, o których wspominam bez przerwy. Krzyczę na niego, bo to jedyna osoba, która nie odpowie mi tym samym. Podobno, jeśli rozmawiasz z nim to jesteś wierzącym, schody zaczynają się wtedy, gdy to on rozmawia z tobą, tutaj właśnie zaczyna się choroba. 
Nie mogę długo pisać. Lee się wścieka, bo poświęcam Ci ostatnio więcej czasu niż jej. Nieprawda. Zwyczajnie jest zazdrosna, bo czerpię satysfakcję z czegoś innego niż dotychczas. Powinno tak być, czyż nie? Skoro moje życie tak dramatycznie się zmieniło to i przyzwyczajenia powinny być inne. Nie rozumiem jej tak dokładnie jak kiedyś. Zresztą ostatnio jestem tak oddalona od wszystkich, że przeraża mnie to bardziej niż moja choroba. 
Annie

Kanapa w gabinecie managera Syco wcale nie była tak wygodna jak wszystkim mogłoby się wydawać. Była wręcz obrzydliwie twarda i pozbawiona wszelkiego komfortu. Po godzinie bolało go dokładnie wszystko. Wstał, więc przechadzając się po pomieszczeniu, podziwiając wszystkie złote, platynowe i diamentowe płyty. Kiedyś nie przypuszczałby, że i jakaś część jego skromnej osoby zawiśnie pomiędzy znakomitymi nazwiskami, które dawno, dawno temu stanowiły dla niego wyznacznik współczesnej sztuki. Po co tu byli? Nie, nie chodziło o żadne kontrakty, o zmianę lokalizacji mieszkania, o ustalenie terminu spotkań czy nowej trasy koncertowej. Chodziło o Louisa. Jakkolwiek mocno przekonywującym był Niall, tak on sam miał wątpliwości czy sensownym jest pozostawienie najbliższego kumpla samemu sobie. Znali się. Byli niczym bracia. To, co aktualnie działo się w domu przypominało początek katastrofy, a on nie potrafił dopuścić do czyjejkolwiek krzywdy. Tak, był tatuśkiem. Potrzebował wiedzieć, że w ich progach gości radość i poczucie bezpieczeństwa, tymczasem staczali się po równi pochyłej i on, czy sam, czy w towarzystwie wyżej postawionych opiekunów, musiał zawalczyć o powtórną harmonię. 
- Potrzebujemy odpoczynku Niall, Louis go potrzebuje, nie jesteśmy wstanie zagwarantować mu komfortu psychicznego, jeśli każdego ranka mamy zmuszać go do czegoś, co już nie sprawia mu tej samej radości, co dawniej. Znasz go, mijasz go prawie tak sam często jak Harry, on już wyraził swoje zdanie, powiedział nam, co myśli o tym wszystkim, zgodziliśmy się, tylko, że nie możemy zrobić absolutnie nic, jeśli ty do nas nie dołączysz, tu musi być jednogłośna decyzja Horan. Nie dla naszego widzimisię, bo naprawdę wszyscy mamy na uwadze jego dobro. Musisz mi uwierzyć. Nie chcemy jego krzywdy. 
Jak on w ogóle mógł pomyśleć o tym, że chcą się pozbyć Tomlinsona z zespołu? Jego odejście rozbiłoby całe One Direction. Rozbiłoby rodzinę, którą tworzyli a z tym żaden z nich by sobie nie poradził. Byli współczesnymi muszkieterami. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Od czasu do czasu jedynie wyrywali sobie włosy z głów i wieszali na sobie psy. Zwykłe małe niesnaski, które jedynie pogłębiały ich więzi. Mieli świadomość na ile mogą sobie pozwolić, by nikogo nie urazić, by nikomu z nich nie stała się krzywda.
Louis hmm zdawało mu się, że cała ta sprawa - z przyjacielem, który zginął, z dziewczyną, która nagle zniknęła i z rodzicami, którzy z wiecznych afer przeszli do separacji - wykończyły go nie tyle fizycznie, co psychicznie. Bo o ile podchody w parku na początku wszystkich bawiły i były taką cholerną rozrywką to Lou zaczął to traktować dosyć poważnie. Pierwszy raz słyszał o takim przypadku zadurzenia. W zasadzie to takie historie zdarzały się tylko w filmach i to tych francuskich, bo hollywoodzkie produkcje byłyby bardziej kiczowate i przerysowane. Boże ile on by dał, by złapać tą małą gdzieś w tym parku, by powiedzieć jej żeby z nim pogadała, żeby przeprosiła za wszystko i zniknęła w poczuciu spełnionego obowiązku. Takich Annie mogło być kilka tysięcy. Nie należeli do fan clubu CSI, nie mogli czołgając się, z położenia liści na glebie wywnioskować skąd przyszła i dokąd poszła. To byłoby zbyt proste. 
- Chce po prostu mieć pewność Liam, że on będzie miał ten swój indywidualny powód do walki, że nie zabierzemy mu ostatniej deski ratunku. Wciąż mam wątpliwości. Bell powiedziałaby, że staramy się odciąć mu jedyne dojście tlenu. Pamiętam ją sprzed roku i widzę dokładnie Lou, ona przynajmniej chciała o tym rozmawiać, chciała płakać, wrzeszczeć, pić i wymiotować. Chciała to z siebie wyrzucić każdym z możliwych sposobów, a ja mogłem pilnować by rano było o gram lepiej niż poprzedniego wieczora. Z Louisem nie potrafię tego zrobić, nie umiem, on mnie nie wpuszcza, zamknął się w tym swoim popieprzonym świecie i twierdzi, że na wszystko jest za późno. 
Kiedy spotykają się ze sobą dwa destrukcyjne elementy, wybucha epidemia totalnego chaosu. Zauważył to dosyć dawno bez pomocy blondyna. Widział to wczoraj przez cały wieczór, gdy jego kuzynka starała się zejść z oczu jego przyjaciela. Iskry w powietrzu niemalże trzaskały od nadmiaru elektryczności i z całą pewnością nie były to pozytywne fluidy. Zapytał tylko raz, ‘Co się stało?' zanim Horan przystąpił do rękoczynów. Nikt nic nie wiedział. Było dobrze, aż nagle ziemia zadrżała, a wszyscy wpadli z impetem w erozyjny krater. Przynajmniej dziewczyna zachowała tyle zdrowego rozsądku, by nie wdawać się w dalsze dyskusje z rozjuszonym zwierzakiem. Wyjrzał przez okno ignorując kolejnych wtaczających się do gabinetu interesantów. Jeszcze dwójka i nadejdzie ich kolej, a wtedy niczego nie będzie można cofnąć. Pierwszy koncert po przerwie miał odbyć się za niespełna miesiąc. W trzydzieści dni musieli ogarnąć cały ten burdel, który zaczynał go wewnętrznie przerażać. 
- Nie chcesz tam wchodzić nawet po tym, co się stało wczoraj. - To Niall zazwyczaj najbardziej cierpiał w całych tych ich wojennych starciach. Stawał pomiędzy grupą, a Tomlinsonem, stanowiąc niejako barykadę, przez którą nie potrafili się przecisnąć. Łagodził napięcie w nadziei, że sytuacja rozwiąże się sama. Nic się nie zmieniało. Louis był coraz bardziej rozdrażniony, a radosnych dni było coraz mniej. Rozpromieniał się jedynie dostając nowe listy od niej właśnie. - Niall?! - Dlaczego on dopiero teraz na to wpadł? To było takie proste, oczywiste. Leżało przed nimi cały czas, a oni przegapili to idąc najbardziej pokręconą drogą ze wszystkich możliwych ścieżek. Pierwszy raz dnia dzisiejszego uśmiechnął się z satysfakcją - Napiszmy do niego ten list. Napiszmy go w jej imieniu i zostawmy go pod tym krzakiem, niech Lou ją znajdzie. - Wiedział, że to najpaskudniejsze z kłamstw, jakie mogli wymyślić, ale w ratowaniu czyjegoś życia nieważne były sposoby. Nie było dobrej decyzji i tej złej. Nie oni powinni się nad tym zastanawiać, nie teraz i nie w tym momencie. Może wtedy, gdy środki przyniosą zamierzony skutek lub gdy ktoś im zarzuci niesubordynację, ale na pewno nie dziś. Blondyn podniósł na niego spojrzenie znad muzycznego magazynu. - Czytałeś je wszystkie, minęło zbyt dużo czasu by napisała cokolwiek więcej, to koniec i ty o tym wiesz równie doskonale jak ja. Louis czeka na cokolwiek, co postawi go na nogi, a jeśli my nie potrafimy tego dokonać i jeśli nie chcemy w to angażować obcych to zostaje nam tylko ona. Nie znajdziemy jej w Londynie, nie mamy takiej siły, ale możemy się nauczyć być nią. On i tak jej nie odpisuje, on jedynie potrzebuje czuć z nią tą dziwną, chorą więź. - Czyż nie tak było? Dostawali pomiętą kopertę? Siadali na kanapach z kubkami gorącej kawy i wsłuchiwali się w jego spokojny głos dziękując jakiejś wyższej sile za to, że ona znów się pojawiła i że zabrała od niego na jakiś czas tą cholerną depresję. Była jego terapeutą na raty i zarazem nieświadomą niczego najlepszą przyjaciółką. 
- Żartujesz sobie, prawda Liam? - Roześmiał się Irlandczyk, chociaż gdzieś tam w okolicach punktu zwanego 'przeczuciem' czuł, że brunet mówi to całkiem poważnie. Istniało jedno podstawowe i chyba najważniejsze pytanie. Co będzie, gdy już wyjdzie na jaw cała ich gierka? Co jeśli Lou zdecyduje się jednak zacząć z nią korespondować? Będą odpisywać na jego listy? Będą przechwytywać te nieszczęsne koperty? Będą w stanie zachowywać się przy nim normalnie, gdy powie jej coś, o czym oni osobiście wiedzieć nie powinni? A co jeśli to jest ta ostatnia szansa? Z jednej niewiadomej zrodził się stos następnych. Gdziekolwiek nie postawili kroku tam niestabilny grunt kazał im zawracać kilka metrów wstecz. Wzruszył beznamiętnie ramionami opierając się o pobliski przeszklony stolik. Psychiatra. Menadżer lub oni. Wybór mniejszego zła był niepokojący. - Jeśli mamy to zrobić to musi to pozostać między nami. - Operacja ściśle tajna. Bez udziału reszty ekipy. Jeśli zdradzą całą czwórką nie zostanie już nikt, kto mógłby podać dłoń Lou gdy on sam o to poprosi. Dla dobra ogółu wezmą na siebie rolę odegrania czarnych charakterów. Payne widać pojął cichy zamysł całego przedstawienia. Wyciągnął do niego jedynie dłoń zawieszając ją w próżnej przestrzeni. 
- My dwaj i sprawa jest zamknięta. - Nie, nie uśmiechali się i nie czuli się z tym dobrze. Mieli pojęcie o tym, co robią a doprowadzeni do ostateczności podjęli jedną z najbardziej słusznych decyzji, na jakie było ich stać. Za ich plecami chuda sekretarki wszczęła alarm, że oto nastąpiła ich pora na rozmówienie się z jej szefem. Ani drgnęli wpatrzeni przed siebie w żółto pomarańczową ścianę. 

- Annie nie odbiera moich telefonów. - To nie była nawet obawa, to mieszało się z zaskoczeniem i niewiarą. Zawsze, absolutnie zawsze, Lee była tą osobą, dla której blondynka znajdowała czas wszędzie. Nawet, jeśli akurat znajdowała się w łóżku z Holdenem. Bycie priorytetem satysfakcjonowało ją tak cholernie bardzo, że czasami spuszczała ją ze swojej smyczy. Pozwalała by mała Horanówna poczuła się panią samej siebie, dawała jej podjąć kilka głupich decyzji, które tak łatwo było naprawić lub wymazać z wszelkiej pamięci. W przypływie światowego bezsensu młoda wracała do niej ze smutną minką prosząc o kolejne przyjęcie pod zaczarowany parasol wszelkiej ochrony. Błędne koło. Znała ten system na pamięć. Kilkugodzinne milczenie. Rozpoznanie problemu. Przekierowanie winy na własną osobę aż w końcu błagalna litania szeregu wiadomości. Dziś było inaczej, dziś nic się nie zgadzało. Telefon milczał jak zaklęty. Podnosiła go, więc co pięć minut sprawdzając czy da się wykonać jakiekolwiek połączenie. Analizowała zasięg. Chodziła po mieszkaniu nie spuszczając go niemalże z oka, a gdy już to się przytrafiło biegła do niego przez całe mieszkanie upewniając się czy nie ma żadnego nieodebranego połączenia, którego nie zdołała usłyszeć. Widziała dwojakie rozwiązanie. Albo Annie umarła albo właśnie gdzieś umierała, o czym nikt nie wiedział. Bo przecież nie przyszło jej nawet do głowy, że ktoś zwyczajnie nie miałby ochoty z nią rozmawiać. 
- Holden do kurwy nędzy nie pieprz mi tu farmazonów o tym, że skoro jest na mnie wściekła to nie chce odebrać tego połączenia. Ona ma to odebrać, bo ja tego... - Wymagam... Nie mogła wypowiedzieć tego przy nim na głos. - Potrzebuję! - Zdecydowanie lepsze słowo pasujące do jego ostatnich poczynań z serii 'Chce, by moja dziewczyna była tak obrzydliwie szczęśliwa' Szkoda tylko, że panna idealna wolała interesować się wszystkimi dookoła prócz nim właśnie. - Potrzebuje wiedzieć, że wszystko u niej gra, po tym jak kolejny raz w tym tygodniu się z nią pogryzłeś. - Wejście na ambicję, akurat miała w zamiarze sobie tego oszczędzić, to on zmuszał ją do podejmowania najbardziej radykalnych kroków. Zawsze taki dziecinny, wycofany, zamknięty w sobie. O jak bardzo irytowało ją to jego zamknięcie się przed całym sprzyjającym mu otoczeniem. Tylko Księżniczka Horan potrafiła wydusić z niego słowo, tylko ona mogła wymusić na nim jakieś zobowiązania, cała reszta była jedynie przykrym dodatkiem do mało interesującego świata, w którym być może znalazł się czystym przypadkiem. Słuchała, więc jak oddycha w przyspieszonym tempie po drugiej stronie aparatu. Wiedziała, że zapewne właśnie teraz zsyła na nią wszystkie możliwe egipskie plagi i nieszczęścia, że bije się z własnymi myślami by nie dać jej żadnej satysfakcji. 
- Czego ty ode mnie oczekujesz Lee? Że będę załatwiał Twoje sprawy? Będę wszystkich naokoło przepraszał za to, co nawywijałaś? Wiesz doskonale, że to nie mój interes, nawet gdyby mi zależało a nie zależy, bo zaczynasz mi przypominać jakiegoś parszywego terrorystę, a z takimi się nie negocjuje. Może w końcu raczy odebrać od Ciebie telefon, gdy nauczysz się z nią rozmawiać jak człowiek zamiast ciągle stawiać się na piedestale? Nie czujesz tego? Jak można się uważać za człowieka inteligentnego i być tak absurdalnie pustym? 
Duży braciszek widać długo odkładał w swoim wnętrzu gniew, bo nagle wybuchł niczym ta elektrownia jądrowa. Zaśmiała się cicho sama do siebie. Wdrapała się na kuchenny stół. Zgarnęła z niego soczyste jabłko i wgryzła się w jego miąższ słuchając urokliwego zawodzenia Holdena o zupełnie nieistotnych dla niej rzeczach. Gdzieś tam w podtekście jego wypowiedzi wyłapała żal i smutek, z którymi nie miała najmniejszej ochoty współpracować. Powiedziała mu raz jasno i otwarcie by w końcu zaczął być facetem, a nie ciepłą kluską przerzucaną z kąta w kąt. 'O jestem taka smutna, przytul mnie, a dam Ci buziaka' I biegł niczym ten desperat łamiąc sobie przy tym nogi w goleniach. Pukała się w czoło na dźwięk takich atrakcji. Ona żyła sobie samopas i była zadowolona. Żaden robal nie ingerował w jej postanowienia i interesy. Machała nogami niczym ta mała dziewczynka niezainteresowana całym zamieszaniem. Niepotrzebnie naprodukował w jej kierunku tyle słów, które i tak przelatując przez telefoniczną linie umarły śmiercią naturalną nie pozostając w żaden sposób zapamiętanymi. 
- Skończyłeś? - Warknęła w końcu, gdy cisza rozbrzmiała w jej zmęczonym umyśle. Tyle zmarnowanego czasu, który mogła poświecić na bardziej interesujące zajęcia. - Bo jeśli tak to teraz wybierzesz numer tej małej ofiary, porozmawiasz z nią, a później przekażesz mi czy wszystko gra. - Obruszył się niczym ta kwoka broniąca własnych piskląt. Westchnęła zdegustowana, bo z minuty na minutę i z sekundy na sekundę coraz jawniej traciła w niego wiarę. I to podobno ona manipulowała Annie, a może ta blond laleczka nie była takim pustakiem, za jakiego z założenia ją wzięła? Holden miał swój rozum, który akurat przy niej przestawał działać. W miłość nie wierzyła, w uzależnienie? Może, czasami, gdy w grę wchodziły używki typu kofeina, nikotyna, seks. Jedynie oddanie drugiej osobie przez wzgląd na uczucie było absurdalne. - Zrób po prostu to, co mówię, Twoja panna ma skłonności destrukcyjne, nie chce jej kolejny raz łatać w tajemnicy przed jej starymi. - Cholera uparł się jak osioł żeby dać jej kilka dni spokoju. Co by niby to dało? Zmieniłoby jej wszystkie przyzwyczajenia pielęgnowane całymi latami? Pomogło by uporać się z wszystkimi potworkami przeszłości? Nie sądziła. Wręcz negowała to, co wymyślał w swoich bzdurnych scenariuszach. Zerknęła z umiłowaniem na swoje czerwone szpony. Lakier w kilku miejscach oderwał się tworząc nieestetyczne wzorki. Skończyła jej się ochota na pogawędkę z plebsem. Nawet nie powiedziała żegnaj czy pocałuj mnie w dupę. Najzwyklej w świecie wcisnęła klawisz przerwania połączenia i wyciągnąwszy z czarnej torebki zmywacz zajęła się doprowadzeniem swoich szponów do odpowiedniego stanu wdzięcznego bóstwa.

- Nikogo nie ma. - Ucieszyła ich nawet ta pustka. Dom wciąż stał na swoim miejscu, w jego wnętrzu klasyczne meble nie przesunęły się nawet o centymetr, wszystkie szyby utkwione w oknach dalej tam egzystowały. Na kuchennym stole ktoś zostawił talerz z goframi. Otworzony słoik owocowego dżemu zachęcał kuszącym zapachem. Nabrał na łyżkę sporą jego ilość zarzucając jednocześnie na balustradę schodów ciepły płaszcz. Niall wbiegł jeszcze na górę sprawdzić czy Louis nie potrzebuje ich towarzystwa. Cisza. Brakowało tu tego. Gdyby tylko się postarał mógłby usłyszeć szum toczącego się za masywnym ogrodzeniem życia. Odgarnął z kanapy porozrzucane poduszki. 
- Lou też nie ma. - Odwrócił się w stronę dochodzącego z piętra głosu. Akurat to było z lekka dziwnym i niepokojącym. Nie żeby Tomlinson był wybitnym odludkiem, co to z ludźmi wspólnego języka nie mógł znaleźć, ale jakoś nie mógł ze sobą połączyć faktu wspólnego wyjścia jego i Horanówny. Łączyło się to z jakąś nieukrywaną abstrakcją. Cóż, ludzie w swoim genotypie mieli zapisane nagłe, nieuzasadnione niczym zmiany, więc może i u jego przyjaciela przyszedł na to czas tak niespodziewanie? Chciał w to wierzyć całym sobą, bo jeśli tak było to ich gra mogła być o wiele subtelniejsza. Nie musiała dotykać tak wielu płaszczyzn i osób. 
- To chyba dobrze, co? - Wrzasnął w odpowiedzi. Naprawdę nie widział w tym nic tragicznego. Zwyczajne wyjście zapoznawcze. Ile w końcu mogli siedzieć w czterech ścianach? Nawet im by się to przydało, gdyby wiedzieli gdzie zacna grupa się wybrała pewnie nie czekaliby długo by do nich dołączyć. Stanął przy wejściu na górę zerkając na małą rysę wyżłobioną w świeżej warstwie tynku. Cholera szykował im się kolejny remont. Już dawno powinni byli zamówić odpowiednią ekipę. - Co ty tam robisz? - Z łazienki dobiegł go przytłumiony dźwięk znajomej melodii. Wszedł, więc do jej wnętrza. Przerzucił w powietrzu stosik mokrawych jeszcze ręczników. Na jego końcu podrygiwał delikatnie turkusowy Blackberry. Zdjęcie blondyna na wyświetlaczu pojawiało się i znikało na kilka sekund. Wcisnął zielony klawisz. - Zejdź na dół, zostawiła go tutaj. - Niczym torpeda coś zbiegło z wyższego poziomu wyrywając mu z dłoni małą cegiełkę. Otworzył szerzej oczy w akcie zdziwienia. Czy ktoś tu przypadkiem nie przesadzał ze zbyt wielką troską i zaangażowaniem? Zayn i Harry nie byli aż tak nieodpowiedzialni by zrobić jego małej jakąkolwiek krzywdę. 
- Czemu ja nic nie wiem o tym wyjściu? - Zazgrzytał zębami jakby w jego kontrakcie ktoś zastosował klauzulę o natychmiastowym uśmierceniu w przypadku spuszczenia kuzynki z oczu. Zanim wyszli przez pięć minut tłumaczył wszystkim, co zrobić, gdy siostra wpadnie w panikę, do kogo zadzwonić, gdy będzie chciała wrócić do domu, do kogo nie telefonować pod absolutnie żadnym pretekstem, jak zmusić ją żeby wzięła swoje czarodziejskie pigułki o odpowiedniej porze. Nie był już tylko jej bratem, był opiekunką na pełen etat. 
- Bo nie masz takiego obowiązku żeby wiedzieć wszystko? - Przykra prawda. Osiemnastka na karku. Bez względu na to czy widziała czy nie, zasługiwała na swoją prywatność. Dziewczyny w jej wieku lubiły doprowadzać wszystkich do skrajnych emocji, a ona nie mogła aż tak się różnić od nich wszystkich. - To zadanie należy raczej do jej rodziców, a nie widzę by oni wydzwaniali do niej, co pięć przysłowiowych minut. - Jak długo tu była tak nie zauważył by odebrała jakikolwiek telefon. Może nikomu nie zależało aż tak mocno by zainteresować się losem jej osoby? I może właśnie to było powodem tej skrajnej nadopiekuńczości Nialla? Obiecał sobie porozmawiać z nim o tym, gdy nadejdzie ku temu odpowiedni czas. 

Silna męska dłoń przesunęła się po smukłej, dziewczęcej opalonej łydce. W ślad za nią poszły i usta. Każdy pojedynczy fragment skóry okraszony został pieszczotą. Przysunął się do niej bezceremonialnie. Kusiła go tak wiele razy. Ilekroć przychodziła do posiadłości. Jej gesty, zalotne spojrzenia i nonszalanckie zaczepki. Coraz bardziej otwarte, czekające na odpowiedz. Nie odbił tej taktycznej piłeczki. Czuł, że tak nie można, że wszystko, co zrobi teraz zostanie obrócenie na jego niekorzyść. Był jednak tylko facetem. Płytką istotą podatną na kobiece wdzięki. Palce powędrowały w górę uda. Uniósł na nią spojrzenie szarych tęczówek. Nic tu nie było miłością. Ona chciała jego władzy, a on potrzebował jej dziewczęcej delikatności. Jej jędrnego, nieskazitelnego ciała. Czy czuł wyrzuty sumienia? Skądże znowu. Kochał raz, miłością piękną nieznającą żadnych barier. Siła wyższa zakpiła z jego uczuć zabierając mu obiekt fascynacji, zabierając mu całe zmaterializowane szczęście. Wszystko, co nastąpiło po niej było takie puste i obłudne, takie pozbawione pasji i radości dawania. 
- On z nią nie zerwie. - Dobiegło do niego gdzieś z ciszy. - Chce ją bez względu na wszystko. Chciałby ją nawet gdyby do końca życia miała siedzieć na wózku, a on miałby ją co godzinę przewijać, nie rozumiem go, naprawdę przestałam go rozumieć. - On potrafił to pojąć, wiedział, co kieruje tym młodym, niebojącym się niczego chłopakiem. Widział w nim gram siebie, gdy z takim oddaniem usiłował przekonać swoją pierwszą dziewczynę do tego, że jest dla niej idealnym partnerem. Zaraz potem przychodziły te myśli 'Czy gdyby Molly rzuciła go w cholerę to dzisiaj by żyła?' Cieszyłaby się słońcem, które tak rzadko wychodzi zza Londyńskich chmur? Ta ciąża wszystko zmieniła, stała się kością niezgody między nim a Bogiem. - Słuchasz mnie w ogóle? - Te pretensje w jej glosie. Zawsze o to samo. Potrzebowała pełnej uwagi i zainteresowania. Potrzebowała być noszona na rękach od rana do wieczora, a on nie miał na to ani czasu ani ochoty. Wyciągnął z portfela plik banknotów. Ułożył je tuż przy jej dłoni opartej o kawałek brązowej kanapy. 
- Nie jestem dobry w tych Twoich gierkach kochanie. Nie jestem nawet w połowie tak bardzo opętany jak ty, ale wiem jedno. Cokolwiek zrobisz by on ją zostawił od tak dla Twojego lepszego samopoczucia nic Ci z tego nie wyjdzie, to Annie musi go zranić, a ona nie jest do tego zdolna, bo choć śpiewa wokół jak bardzo go nienawidzi to gdzieś tam w środku samej siebie świata poza nim nie widzi. Uwierz mi znam moją córkę na tyle by być tego pewnym. 
Victor zapiął ostatnie guziki śnieżnobiałej koszuli, nie w smak był mu sprzeciw młodej Mitchell, bo chociaż lubił się z nią zabawić od czasu do czasu, ona umiłowała sobie stawianie go w roli spowiednika, powiernika sekretów, przyjaciela na dobre i na złe. Nic go to nie interesowało, wykraczało daleko poza granice, które wyznaczył pierwszego dnia. Owszem było parę obietnic wyżebranych w chwili uniesienia, było kilka rzuconych słów na wiatr, których honor nie pozwolił mu odwołać, ale nigdy nie ukrywał przed nią, że to jego rodzina jest na pierwszym miejscu na jego liście spraw istotnych i ważnych. Marynarka ułożyła się z gracją na jego plecach. Jasne dłonie szatynki poprawiły jego ciemny krawat. Nie spuszczał z niej wzroku. W Lee było coś niebezpiecznego, coś co kazało mieć się na baczności. W tych jej oczach za kilkoma słodkimi kłamliwymi zerknięciami czaiła się cała warstwa piekielności. Co tak złego może spotkać człowieka, że ten zamyka się w sobie i z czasem staje się kamiennym głazem niezdolnym do okazywania emocji? On przynajmniej chodził wściekły, wyżywał się na innych ze względu na własne cierpienie, ale ona? Ona tylko się nudziła. Siadała mu na kolanach i szeptała, że nic nie układa się po jej myśli, że chciałaby tak wiele, a tak mało może. Co on miał mieć z tym wspólnego? Wykładał, więc pokaźne sumki na stół by uciszyć jej gadanie. By wyjść w spokoju do pustego biura gdzie nikt nie działałby mu na nerwy tak jak ona potrafiła to robić. 
- A nie mógłbyś może... - Odwrócił się w progu zaprzeczając ruchem głowy. Był potworem, nie potrafił przytulić córki do piersi i powiedzieć jej, że nie wini jej za to, co się stało, nie potrafił pocałować ją w czoło na dobranoc, gdy przychodziła wieczorami go pożegnać, ale celowe niszczenie jej szczęścia nie leżało w jego naturze. Gdyby Molly żyła nigdy by mu tego nie wybaczyła. 
- Nie, nie mógłbym. - Na co ona liczyła? Że przyłoży dłonie do czegoś, co jest jedynie chorym pomysłem zapatrzonej w siebie nastolatki? Mógł sypiać w jej łóżku, mógł podziwiać jej nagie ciało i udawać, że jej sprawy są warte zainteresowania, ale istniały pewne terytoria gdzie nawet tak rozbrykane dziewuszysko nie powinno było się zapuszczać. Stanął na werandzie wyciągając z kieszeni paczkę ulubionych papierosów. Po drugiej stronie ulicy zaparkowała znajoma taksówka. Znał kierowcę aż za dobrze. Czekał na NIĄ, bo na kogóż by innego. Nie zamienili ze sobą słowa od czasu tamtej pamiętnej kłótni. Po tylu latach wydawało mu się to nawet zabawnym. W końcu i tak zwyciężyłby bez żadnych dodatkowych podejść i prób. Charakterystyczny, gryzący w oczy dym owiał jego postawną sylwetkę. Pomyślał sobie, ze może właśnie dziś jest ten czas powrotu do przeszłości. Zszedł z podestu na starannie wyłożoną kostkę. Facet za kierownicą jakby pewny swego siedział niewzruszony. Wyrzucił, więc niedopałek przyspieszając kroku.

- Liam to jest trudniejsze niż przypuszczałem, nie potrafię tego zrobić, wszystko, co zapisze, brzmi niczym jakiś monolog pijanego filozofa, nie wiem jak ona może się tak otwierać przed kimś kogo na oczy nie widziała, chyba zaczynam ją podziwiać, kimkolwiek jest. 
Siedzieli na sofie, na podłodze, na panelach rozłożonych w przedpokojach, na stole w kuchni, w łazience w brodziku, wszędzie tam gdzie było podwójne wygodne miejsce. Chodzili z tą pogiętą kartką po całym mieszkaniu. Szukali weny, odpowiedniego słownictwa, punktu początkowego, impulsu, który by ich poprowadził. Czegokolwiek. Nie poruszyli się nawet o milimetr mając zapisane to jedno proste zdanie 'Przepraszam, że mnie nie było, musiałam zrobić coś, co wymagało ode mnie pełnego zaangażowania'. Owszem, mieli świadomość, że ona by się nie tłumaczyła. Raczej od progu przeszłaby do rzeczy mówiąc o wszystkim tym, co zebrała w umyśle przez kolejne dni nieobecności. 
Zwisał z tej parszywej kanapy z głową w dół kładąc sobie na twarzy niezapisany fragment strzępu papieru. Stopy oparł o ścianę, kompletnie stracił rozeznanie w tym, co chciałby napisać a co powinien był zamieścić w tym liście. 
- Daj mi to Niall, chyba wiem jak to zakończyć. - Koniec? To słowo nie przedstawiało pozytywów. W swojej historii miało wiele parszywych zakończeń. Nie był wstanie postawić ostatecznej kropki. 

Ile minęło już dni odkąd pierwszy raz do Ciebie napisałam? Nie stało się to wczoraj. Tydzień temu też nie. Miesiąc? Mam ku temu wątpliwości. Nigdy nie byłam mistrzem zapamiętywania dat. Osób. Dziwne, Ciebie pamiętam wyjątkowo dobrze. Stoisz za każdym dniem począwszy od tych najbardziej pochmurnych. To nie będzie nic długiego. Nie rozpędzaj się, więc bo zanim poczujesz, że nasyciłeś się mną dostatecznie bardzo, ja postawię ostatnią kropkę. Za dużo chyba już padło słów. Moich, nie Twoich a uwierz chciałabym w końcu usłyszeć Twój głos. To głupie? Jestem zbyt nachalna? Zbyt naiwna? Możesz przecież okazać się gwałcicielem poszukiwanym listem gończym w granicach czterech państw. Lee mówi, że wyolbrzymiam tak wiele spraw i faktów. Trudno, mogę przecież być strachliwą nastolatką, przynajmniej ktoś będzie czuł potrzebę by mnie przytulić do piersi. 
Przytulisz mnie w sobotni wieczór? 
Tak bardzo bym chciała. 
Annie

- Nie damy mu tego Liam. - O ile wcześniej był za tym szalonym pomysłem to to, co przeczytał przeszło w jakiś sposób jego oczekiwania. To ingerowało w cielesność. Teraz musieliby znaleźć dziewczynę, przekonać Louisa do spotkania z nią, i na samym końcu tej podróży musieliby patrzeć jak tania aktoreczka kłamie, wije smutne historie, zaplata się wokół ich najlepszego przyjaciela. A gdy czas minąłby w przypływach sympatycznych fal w końcu zerwałaby z nim mówiąc, że pomyliła uczucia? W głowie mu się to nie mieściło. Nie potrafił się przez to przebić. 
- Lepsze takie kłamstwo Niall, niż żeby tkwił w chorobie do końca dni. - Gdyby istniało inne rozwiązanie na pewno by je odkryli. Musieliby je odkryć, bo starali się tak bardzo. Całymi dniami. Przycisnął dłonie do twarzy. Ciemne mroczki tańczyły przed jego błękitnymi oczami. On ich za to zabije. Nie będzie miał żadnych skrupułów, a każdy sąd uniewinni go. Debilizm. Czysty nieskalany niczym debilizm. 
- A jeśli będzie jeszcze gorzej? - Trudno było przejść obojętnie obok tych obaw. One narastały, rozprzestrzeniały się niczym chwasty. Jeden wyrwany powoływał do życia tuzin następnych. Raz po raz. Aż do znudzenia. Upił łyk mineralnej wody, wsuwając ten mały pergamin, do idealnie prostej zielonej koperty. 
- Chyba wszyscy doszliśmy do tego momentu, w którym nie przypuszczamy, że mogłoby być gorzej. - A jeśli jednak się mylili? Jeśli droga, którą szli tylko z pozoru była odpowiednią? Coś zakuło go w piersi. Dziwny impuls niemożliwy do przeoczenia. Za późno było na strach. Za późno było odwołanie podjętych decyzji.


_______________________________________________
Rozdział 6. O zgrozo nie ma ani Annie ani Lou. Tak sobie pomyślałyśmy, że damy im odpocząć, niech sobie poukładają w główkach to i owo, żeby wejść do akcji z podwójną porcją energii. Zaniedbywałyśmy Liama, tak więc proszę was bardzo, oto szerszy debiut, niech ma chłopak, co się będzie błąkał po kątach. Wszystkich trzeba dopieszczać choćby w minimalnym stopniu. No i w ankiecie był drugi a skoro powiedziało się A to trzeba powiedzieć i B. Będzie go więcej oj będzie. Już zacieram łapki bo wiem co się nam przytrafi. 
W ogóle wszystkiego najlepszego z okazji dnia dziecka moje Misie, Pysie i inne Gumisie. Święto jest, święto trzeba uczcić nawet gdy jest takie jakieś, byle jakie. Nieistotne. Cmokersy słodkie przesyła wam Young xD
Nie lubicie Lee zwanej Skazą? xD No jak tak można? Ona jest taka indywidualna. Dobra fakt, też jej nie toleruje, ale za słodko by im było od tego całego miziania się i pocieszania. Dziewczyna wprowadza trochę rzeczywistości do ich bajki. Niech sobie odstawia szopki póki mi się dobiera się do Nialla, me gusta ^.^
Co ja jeszcze chciałam? Mamy Zombie Apokalipsę, o tam po prawo w bannerku. Trzeba klikusia zrobić i przeczytać bo jest dobre. Sama siebie po pleckach poklepałam, bo w końcu coś mi się podoba, a ostatnio było z tym tragicznie. 
Czytamy, komentujemy i czekamy na więcej xD

Owszem pracuje nad czymś, tzn teoretycznie bo w praktyce wygląda to tak, ze przez moje wrodzone roztrzepanie zapominam ze miałam cokolwiek pisać i tak mi to zleciało, wiec Gab nie musisz się niczego obawiać. To Young jest tu mózgiem operacji, a ja tu tylko sprzątam :P
Ooo zombiaczki <3 Musicie to przeczytać, po prostu rozkazuje wam, bo jeżeli nie to to się skończy źle, o! xD No i wszystkiego dobrego słoneczka i 'niech los zawsze wam sprzyja' jak to powiedziała pewna kobiecina :* D.

21.05.2012

[xx5] You have one new message.


 Tu poczta głosowa wybranego numeru, prosimy zostawić wiadomość po usłyszanym sygnale. 
Annie? Boże Annie tak bardzo mi przykro. Nie chciałam byś dowiedziała się tego wszystkiego właśnie ode mnie. Jestem Twoją przyjaciółką, ale bycie wysłannikiem złych nowin, wciąż nie wychodzi mi najlepiej. Rozmawiałam z nim, usiłowałam go przekonać, żeby Ci to wszystko powiedział. Przecież jesteś tak niesamowicie odważna i silna wewnętrznie. Wyśmiał mnie. Rzucił w przestrzeń, lotem błyskawicy tekst o zapatrzonych w swoich ukochanych nastolatkach, które nigdy nie zrezygnują z wielkich miłości, choćby miały być najbardziej toksyczne w świecie. Pojmujesz? Holdena to śmieszy, a ja nie mogę na to pozwalać, choć płynie w nas jedna krew. Momentami wstydzę się, że jest moim bratem. Znów to zrobił. Znów nie jest w stu procentach szczery. Ile jeszcze lasek musi zaliczyć byś zrozumiała, że to mija się z wszelkim celem? Kocham Cię i jestem tutaj gdybyś mnie potrzebowała. Do Ciebie należy decyzja. Uważaj na siebie uważnie Annie, szczególnie teraz. 

- Holden? Jeśli mnie skrzywdzisz, zdradzisz i zranisz odejdę od Ciebie nie patrząc nawet wstecz. Nie zapamiętam żadnego dobrego wspomnienia mając przed oczyma jedynie twój szyderczy uśmiech. Jeśli mnie zapytasz czy to bolało skłamię twierdząc, że nigdy nic nie czułam. Jeśli będziesz wciąż drążył temat mając nadzieje na to, że dowiesz się, co skrywa moje wnętrze, rozczaruję Cię pustym obrazem bezkresnej duszy. 
- Annie? Jak bardzo szalona musisz być by poddawać wątpliwości wszystko to, co nam się przytrafiło? Każdy poranek, każde zapamiętane westchnienie, każdy skradziony oddech i pocałunek? Jak możesz mieć to wszystko i wątpić i nie ufać i nie pragnąć więcej? Czy tylko ja jestem tak zachłanny? Sycąc się tobą żebrze o więcej jakbyś miała mi się rozpłynąć przed oczyma. Chowam w szufladkach twój uśmiech, w koszulkach gromadzę twój zapach. Pamiętasz? Kilka dni temu pachniałaś czekoladą, a gdy oblałaś się sokiem cała woń przeszła bezwstydnie w owocowe specyficzne nuty.
- Kochać Holden to nie narzucać swoich indywidualnych potrzeb drugiej osobie, a ja coraz bardziej boje się, że zabieram ci coś cennego nie dając niczego w zamian. 
- Dajesz mi siebie Annie, to wszystko, czego oczekuje, to wszystko, o co prosiłbym Boga gdybym potrafił określić to słowami. Spójrz ponad to. Szczęście mija, ludzie odchodzą, zostają zapamiętane, zapisane w umyśle skrawki tamtych dni, których nie oddalibyśmy za nic w świecie, nie zniszczylibyśmy ich żadnym cofaniem czasu, jesteś w nich, jesteś we mnie i to jest najważniejsze. 
I dotykałeś moich ust tak czule jakbym miała uciec zaraz spłoszona twym odważnym gestem. Chciałam tego. Chciałam wszystkiego, czego stanowiłeś część. Nawet gdyby bolało, gdyby mnie raniło, zaryzykowałabym gdybyś ty był wygraną. Dziwne, jak bardzo potrafi się zmienić człowiek pod wpływem przeżyć. Odgania od siebie dobro by brodzić w bajorze ciemnych, szarych niedopowiedzeń, które osadzają się mułem na jego płucach. Krzyczeć już nie potrafię tak głośno jakbym chciała, i szeptać tak cicho, że pytałbyś raz po raz, o czym właśnie myślę, co nucę nie bacząc na zainteresowanie innych. Twoja dłoń w mej dłoni i oddech przy oddechu i nuty piosenki, którą pisałeś leżąc na mojej rozrzuconej pościeli. 
- Jesteś wszystkim, czego potrzebuje. Droga do domu zawsze jest długa, ale jeśli podążysz ze mną, dam rade. 

Jedna opasła walizka wylądowała w przedpokoju. Druga ledwie dopięta resztką sił zagradzała przejście do otwartych na oścież drzwi. Trzecią porzucił gdzieś koło lustra zastanawiając się czy pierwszy raz w życiu nie podjął zbyt pochopnej decyzji. Gigantyczny pluszowy hipopotam spoczął tuż przy regale z butami, radosną miną rozganiając jego wątpliwości. Cleo, jako ta dobra samarytanka ściągnęła z jego pleców gitarę, odstawiając ją na bok z pieczołowitym szacunkiem. Ona jedyna pozostała normalną w grupie zapatrzonych w siebie idiotów, starających się zdobyć wszystkie możliwe wyżyny hiperkrytycznego świata. W zasadzie nawet nie musiał jej tego tłumaczyć, nie miał obowiązku opowiadać całej historii od samego początku, bo znała ją bardziej niż się tego spodziewała. Uśmiechnęła się szeroko dzierżąc w dłoni miskę wypełnioną po same brzegi świeżymi truskawkami. W drugiej aerozol bitej śmietany zachęcał kusząco do porzucenia wszystkich diet. Jęknął zrzucając z siebie obuwie. Kurtkę cisnął na łóżko. Wepchnął sobie w usta pierwszy smakołyk mając tą cichutką nadzieję, że dzisiaj słowa nie popłyną. W telewizji burczał jakiś reality show. Luna bezwstydnie ocierała się o jego łydki błagając niemalże o przekąskę. Nienawidził kotów, wydawały mu się tak idealnie przebiegłe. Piękne z pozoru, mruczące do uszu przesłodzone melodie by zyskać wyczekaną nagrodę, a gdy już nasycą się doszczętnie, wyciągają pazury i idą swoją drogą sycząc wściekle. Zupełnie jak Lee. To wszystko pasowało do niej tak książkowo. 
- Leeann? - Kiwnął potwierdzająco głową, bo nad czym miał się rozczulać? 'Droga panienko Benson moja siostra jest demonem wcielonym, jest ludzką powłoką opętaną przez samego władce ciemności, musiałem się od niej uwolnić by nie wylądować za kratkami' Jeszcze wzięłaby to na poważnie przy tej swojej niewinności i wszędobylskiej ufności. Jeszcze świat jej nie splamił dostatecznie by wiedziała, co się dzieje za drzwiami jej dwupokojowego mieszkanka. 
- Bell? - Kolejne potwierdzenie. Nawet, jeśli uciekałby na koniec świata, a jedynym jego towarzystwem byłaby paczka rakotwórczych fajek to gdzieś tam po drodze na stacji określonej mianem 'wspomnień' wróciłby po nią i przepraszałby tak dramatycznie mocno, że aż sama zdecydowałaby się z nim wyjechać. Bo bez Annie żadne zwolnienie od życia nie miało najmniejszego sensu. Tłumaczył jej to na zasadzie eutanazji. Niby żyjesz, ale to już nie ty. Leżysz w pustej sali wypełnionej po brzeg komputerami i elektroniką. Ciszy brak, jedynie przerażające pikanie. Oddychają za Ciebie. Tłoczą za Ciebie krew. Decydują, co wstrzyknąć w Twoje żyły by witaminy i środki odżywcze podbudowały wyniszczone ciało. Nie chciał tego, nie mógł się na to zdecydować. Ona była jego wszelkim przebudzeniem. Pomimo wszystkich tych kłótni, wyzwisk i nieporozumień, kochał ją przecież i chciał by też ona kochała jego.
- Wiesz, co wymyśliła tym razem? - Warknął przełykając owoc. Nie był niewdzięczny czy zapatrzony w siebie. Nie był egoistycznym śmieciem gotowym poświęcać wszelkie dobra, które zyskał czystym przypadkiem. Był człowiekiem, a ludzie mają w naturze poświęcanie się temu, co stanowi dla nich najwyższą wartość - Powie swojemu nadzianemu gachowi, żeby wydał nasz album, jeśli tylko zdecyduje się... - Zaklął siarczyście. Nawet teraz nie był wstanie wyrzucić tego z siebie. Te słowa nie przechodziły przez jego gardło będąc nosicielami wszelkich śmiertelnych wirusów. Substancji autodestrukcji. Opalona dłoń wylądowała na jego ramieniu. 
- Nie sądziłam, że aż tak bardzo jej na tym zależy. - Nie zrozumiał. Im bardziej starał się pojąć, co właśnie usłyszał tym mniej to do siebie pasowało. Zależy? Jej? Na czym? Od kiedy to wszystko planowała? Jak długo wiedziała o tym Cleo i dlaczego on dowiadywał się o tym ostatni? Co przegapił w całej obserwacji otoczenia, że nie odkrył szerzącego się podstępu? Trudno było mu oddychać, gdy ciśnienie uderzyło do czaszki wywołując ból całego umysłu. Spojrzał na nią, a wargi wykrzywił grymas obrzydzenia. 
- Zależy? Jej zależy na czymkolwiek? Na czymkolwiek, co jest sprawiedliwe i słuszne? Z czym można żyć i czemu można się poświęcić, bo kocha się to ponad własne życie? Lee czuje? Bo naprawdę przestałem w to wierzyć Cle. Przestałem czuć potrzebę usprawiedliwiania mojej małej siostrzyczki. Nie znam jej. Wydawało mi się, że jest inaczej, ale od kiedy życie pieprzy się coraz bardziej ona zaczyna wychodzić poza granice ludzkiej tolerancji. Nie chce jej takiej znać. Nie potrzebuję jej takiej znać. - Wrzasnął podrywając się z miejsca. Spokój. Potrzebował go i walczył o niego resztką zdrowego rozsądku. Tylko, że tam gdzie pojawiały się rodzinne komplikacje zawodziły wszelkie sposoby utrzymania kulturalnego poziomu. Nie oczekiwał, że wszyscy naokoło będą mu się spowiadać, ale na Boga, Cleo była jego przyjaciółką, nie Leeann, nie sąsiadki z naprzeciwka, jego właśnie i kurwa właśnie to powodowało, że mógł mieć do niej o to pretensje. 
- Nie rozumiesz mnie Holden. - Jasne, bo co on niby mógł zrozumieć? On tylko siedział w garażu i grał te swoje cholerne ballady, które nikogo obchodziły. Brzdękał licząc na mały osiedlowy sukces, a szczytem jego osiągnięć było wywołanie radości na twarzy dziewczyny, która aktualnie go nie chciała. Rozumienie. Co tu było do rozumienia? To powinno się czuć i on powinien być ponad to. 
- Ja Ciebie? A może właśnie ty mnie? Spójrz na mnie Cleo, no spójrz i powiedz mi w twarz, że robię źle, że nie powinienem, że to się źle zakończy, a bycie księciem z doskoku jest dla cieniasów, powiedz mi to kurwa. - Gdyby miała pojęcie. Owszem, dużo częściej niż był prawym i spokojnym gościem, zachowywał się jak ostatni kutas. Ignorował wszystkich i warczał całymi dniami jak baba w ciąży z nadwyżką hormonów, ale potrafił też dawać wiele od siebie. Wystarczyło go poznać. Bał się jedynie, że gdy już czysta kartka zostanie zapełniona, nie będzie, na co zwrócić uwagi, dlatego się ukrywał. Dlatego sprzedał cały sprzęt sprezentowany mu przez ojca. Sprzęt, do którego musiał się dołożyć, pracując osiem godzin dziennie na kretyńskiej stacji paliw. Sprzęt, który był tak drogi, że musieli aż założyć nowy system alarmowy w całym domu. Poszedł do tej pieprzonej kliniki, w której leczyła się Annie i wcisnął całą kwotę lekarzowi, który nawet nie chciał z nią porozmawiać. Siedział w tym jego odpacykowanym gabinecie, w niebagatelnie drogich fotelach, czując, że sama jego obecność psuje harmonijność wykończenia przestrzeni, do której nie pasował nawet w jednym procencie. Prosił go niemalże na klęczkach by wcisnął na listę oczekujących jedyną osobę, dla której coś znaczył. Jedyną osobę, którą zawiódł tak wiele razy, że nie był nawet wstanie spojrzeć jej w oczy. Bał się, że wszystko pójdzie na marne, że ludzie to potwory, których nie obchodzi absolutnie nic prócz własnej satysfakcji. Jak bardzo się mylił? Tydzień później Bell cała w skowronkach oznajmiła swojej 'najlepszej przyjaciółce', że oto marzenia mogą się spełnić w rzeczywistym świecie. Odetchnął, więc z ulgą pożyczając stary, obdrapany wzmacniacz z pobliskiego domu kultury. 
- Lee się wścieka, bo twierdzi, że ona Cię wykorzystuje. Uzależniłeś się podobno od niej Holden, jest jak Twój narkotyk a teraz, kiedy nastąpił okres odwyku miotasz się jak oszalały w poszukiwaniu kolejnej działki. - Szepnęła zawstydzona, bo przecież znała ją równie dobrze co on. Opadł bez sił na fotel. Rozmasował czoło dłońmi. Z płuc ze świstem uszło nagromadzone powietrze. Lee. Dlaczego wszystkie wojny, afery i niesnaski rozpoczynały się właśnie od jej osoby? Dlaczego raz w życiu to ona nie mogłaby być na drugim mniej znaczącym planie? Jego siostra kochała błyszczeć, cierpiała gdy światło fleszy nie padało prostopadłe na jej boską twarz. Byli tak różni, że tylko cudem można by było uwierzyć w to, że są rodzeństwem. 
- Wierzysz jej? - Musiał o to zapytać, musiał mieć pewność, bo jeśli to szatynka pociągała tutaj za sznurki to on osobiście nie widział sensu by miał tu mieszkać razem z Annie. Świat nie był czarno biały, więcej w nim było ciemnych plam i szarości. Tylko od czasu do czasu przez ten wachlarz nieprzyjemności przebijało się słoneczne światło i łaskotało prosto w twarz dając marny strzępek wiary w to, że może kiedyś za sprawą przypadku zły los się odmieni? Wbił w nią spojrzenie piwnych oczu. Odpowiedz nie nadchodziła. Gdyby ją poganiał? Gdyby o wszystkim miał decydować impuls nie byłoby to szczerym. Czekał, więc i liczył w duszy na jej szczerość, na pojęcie problemu, na zrozumienie całego tego toczącego się dookoła szaleństwa. 
- Nie, nie wierzę. - Zadrżał jej głos. Tak jak kiedyś gdy mówiła, że on wcale jej się nie podoba. - Lee po prostu nie lubi się dzielić. - On to wiedział, ona to wiedziała i wiedzieli o tym wszyscy, którzy w jakiś sposób rozgryźli osobowość femme fatale. Pozostawała tylko jedna osoba, która wciąż tkwiła pod parasolem jej kłamstw. Zmarszczył brwi w wyrazie niezadowolenia wynikającego z uzależnienia małej An. Jak on osobiście mógł dopuścić do tego by to wszystko zaszło tak daleko - Holden? - Potrząsnął głową wracając do niej wzrokiem. Nienawidził tego zatroskanego tonu. Obawiał się go. - Wiesz, że jeśli z Tobą jej nie wyjdzie pociągnie za sznurki Bell? - Pacynka, marionetka, laleczka. Tak ją nazywała, gdy nikogo nie było w pobliżu. Tak określała ją przy nim. Jakby wiedziała, że za dużo się wydarzyło by Annie postawiła jego słowa powyżej jej własnych. Zawsze była ona, później długo długo nic, a gdzieś na szarym końcu czaił się on z kolejną przepraszającą litanią. Może gdyby nie był takim idiotą to wszystko wyglądałoby o niebie lepiej? 
- Więc zrób coś z tym Cleo, zrób coś, żeby ona pojęła, że nie tylko Leeann zależy na jej bezpieczeństwie. Ma przecież nas, jesteśmy tutaj, a wciąż jest w nią zapatrzona jak dziecko w matkę. - Zapatrzona, to głupie słowo zważając na zaślepienie. Nie był w stanie jednak określić tego inaczej. Podniósł się z miejsca podchodząc do niej niespiesznie. - To musi się w końcu skończyć. Zostały tylko dwa miesiące, nie chce żeby wróciła to tak popieprzonego świata, jesteśmy jej to winni. - Ten pierwszy durny, krótkotrwały romans, niegodny zapamiętania i roztrząsania. Nie powiedzieli jej. To on chciał ją chronić. To byłoby ponad jej siły, a później i tak wszystko się zawaliło. Słońce zgasło. Ciemne chmury zasłoniły nieboskłon. Wodę wzburzył tajfun. Cleo była jak ta spokojna przystań w porcie, do którego zmierza się całymi miesiącami. I on wiedział, że Annie będzie jej jeszcze kiedyś potrzebować i nie mógł jej zabrać jedynego anioła, który mógł być pocieszeniem po stracie jego siostry. - Ona Cię lubi Cleo, jesteś dla niej jak siostra. - W każdej rodzinie są jakieś tajemnice. Niektóre zostają pogrzebane z właścicielami. Inne sięgają realnego świata w najmniej spodziewanym momencie. Jeśli to kiedyś miało dać jej więcej sił, mógł zaryzykować. To ona liczyła się w tym najbardziej.

Poranek przywitał ją pianiem kogutów. Otworzyła zaspane oczy pragnąc podświadomie tego, by wszystko co pamiętała z przeszłości było jedynie sennym koszmarem. Nie ujrzała światła. Nic się nie zmieniło. Obrazy nie zagościły przed jej źrenicami napawając ją podzięką i uwielbieniem darów pana. Telefon na nocnym stoliku podskakiwał w wibrującym tańcu oznajmiając, że oto ktoś niepożądany dopominał się o jej marną egzystencję. Podniosła go. Zwiesiła palec nad odpowiednim klawiszem przekierowującym do głosowej poczty znającej potrzebę dzwoniącego. Liczyła jeszcze na to, że ten dzień będzie z rodzaju tych dobrych, co to niczym przejmować się nie musisz, gdy wszystkiego masz pod dostatkiem. Zawahała się, bo czy był sens psuć sobie w miarę doskonały humor, jeśli każda pojedyncza osoba znająca Twój numer, ma o coś do Ciebie pretensje? Wysłuchała metalicznego tembru głosu nagranej na dyktafon elektronicznej kobiety. Jeśli chcesz osłuchać wciśnij jeden. Jeśli chcesz przejść do kasacji wiadomości bez odtworzenia jej treści wciśnij zero. To jak rozbrajanie bomby. Czerwony i niebieski kabelek. Czerwony jak krew. Niebieski niczym arterie żył prowadzące życiodajną substancję w krwiobiegu. Dlaczego nigdy nie można wyrwać dwóch na raz? I czemu za każdym razem główny bohater sekundę przed końcem zmienia podjętą wcześniej decyzję? Przygryzła wargę. Zadarte skórki wręcz krzyczały by je oderwała. Nie lubiła tego specyficznego smaku w ustach. Jakby ssała zbyt długo skuwkę drewnianego ołówka. Trudno. Zjechała palcem w dół klawiatury. Dzisiaj nie chciała chodzić w paskudnym nastroju. Dzisiaj chciała po prostu być sobą bez tych wszystkich pretensji na boku. Zawsze od kogoś się uzależniała jakby na siłę usiłowała znaleźć sobie opiekuna, aż ostatecznie w trasie przez chaszcze problemów, zostawała kompletnie pozbawiona zaufanych osób. 
Wciąż miała żal do Mitchella, o to że nie poszedł z nią na kliniczne konsultacje. Trzęsła się jak osika wiedząc, że nic z tego nie wyjdzie, bo przecież była tam raz i drugi, a wciąż dostawała tą samą odpowiedź 'Pani przypadek jest zbyt nieszkodliwy by odbierać od ust dotację bardziej potrzebującym' Nie sądziła, że ślepota dzieli się na poważną i tą śmieszną dla otoczenia. Nawet nie przypuszczała, że ona może znaleźć się w tej drugiej kategorii. Tak, czystą zabawą dla niej było przechodzenie przez ulice slalomem między samochodami, o albo potykanie się na prostym terenie też mogło stanowić rozrywkę, prawda? Gdy miałeś dostatecznie dużo szczęścia mogłeś obedrzeć sobie całe nogi, dłonie a w ekstremalnie radosnych przypadkach nawet twarz. Przestało ją to bawić kilka miesięcy temu. Radzenie sobie z byciem niewidomym, a zaakceptowanie siebie w tej roli było dwoma różnymi rzeczami. Znajdowało się na dwóch oddzielnych biegunach. Zabroń komuś mówić, gdy robił to przez siedemnaście lat. Poproś go o to, żeby wyrażał się za pośrednictwem pisania. Nie, ona nie mogła i nie chciała tego tak zostawić nawet, jeśli Victor ręki do jej wybawienia przyłożyć nie chciał.
Fiołkowa sukienka plątała się między jej nogami, gdy prawie niesłyszalnie stąpała po stopniach schodów. Gdzieś z dołu dolatywał do niej przyjemny zapach pieczonych gofrów. Ciepłe podmuchy niesione przez klimatyzację rozwiewały jej sterczącą, przydługą grzywkę. Zatrzymała się w pół kroku mając dziwne nieodparte wrażenie, że oto jest obserwowana. Głupie odczucie rodem z tych tanich horrorów. A może za rogiem czai się morderca z tasakiem. Uśmiechnęła się do samej siebie, bo niezaprzeczalnie pierwszy raz od dłuższego czasu poczuła się bezproblemową istotą przynależną do jakiegoś miejsca.
- Hallo? - Zaszczebiotała głosem pełnym radości. Gwizd przyniesiony echem z dołu wywołał na jej twarzy rumieniec płochej dziewicy. Niewyobrażalnie głupio jej się zrobiło i jednocześnie jakże przyjemnie. Bo chciała wierzyć, że to ona była motywem owego ekspresywnego aktu. Jeden krok w dół, dłoń zgrabnie przebiegła po poręczy natrafiając na rozgrzane palce nieznanego osobnika. Jej zainteresowana twarzyczka obróciła się instynktownie w oczekiwaniu jakiegokolwiek przywitania. Nie lubiła żyć w niepewności. Niewiedzy też nie znosiła, bo przede wszystkim ona niosła za sobą całe zagrożenie. 
- Pięknie dzisiaj wyglądasz, tak jak... - Zabrało mu odpowiedniego słowa by dobrze wyrazić to, co zalęgło się w jego głowie. - Jak dziewczyna! - Skończył w końcu zadowolony ze swojej spostrzegawczości. To wcale nie była podłość z jego strony. To była raczej szczerość. Jeszcze wczoraj w tych poszarpanych jeansach, za dużych trampkach i rozciągniętej bluzie wyglądała jak siódme dziecko stróża po ekologicznej katastrofie, a dzisiaj była tak nienaturalnie naturalna, jeśli mogło mieć to jakikolwiek sens. Wybuchnęła śmiechem, bo faktycznie było w tym coś z prawdy. Ile razy Niall suszył jej głowę o to, że przez ten rok z księżniczki przeobraziła się w żebraka. Wbiła sobie gdzieś tam do umysłu, że nie ma po co już ładnie wyglądać, bo kto miałby ochotę romansować z kaleką? A i Holdenowi nie przeszkadzało jej uciążliwe zamiłowanie do kradzieży jego bluz. Jemu podobała się nawet w worku od kartofli, więc po co było paradować w falbaniastej sukni i w dziesięciocentymetrowych szpilkach z przeceny z galerii handlowej?
- To miłe z Twojej strony eee Zayn? - Gdyby niewyeliminowany obraz, Annie zobaczyłaby jak chłopak szczerzy się radośnie kiwając głową w potwierdzeniu. Zaraz potem zamarł. Zmarszczył brwi i uderzając się otwarta dłonią w czoło przypomniał sobie coś, o czym tak prosto zapomniał. Dla niego wciąż niepojętym było, że kuzynka Horana nie dysponuje wszystkimi zmysłami na równi z nimi. Momentami wydawało mu się nawet, że potrafi dostrzec więcej niż przeciętny człowiek. 
Rozmawiali o niej, gdy zamknęła się już w pokoju włączając w odtwarzaczu płytę z symfonią Beethovena. Niall rozłożył materac tuż za jej drzwiami. Nie za bardzo wierzył w całe te jego opowieści o jej niespokojnym śnie - do czasu jej pierwszego wrzasku. Spadł z łóżka obijając się o pozostawione bezpańsko tomiszcza dziwnych naukowych leksykonów. Gwiazda, nie gwiazda, a uczyć się trzeba. Ostatecznie całą czwórką zrobili sobie posiedzenie za drzwiami jej sypialni. Jak przy niemowlaku. Słyszysz kwilenie, wchodzisz, sprawdzasz czy pod łóżkiem nie ma potwora, poprawiasz kocyk i wychodzisz wracając na swoje posłanie. Przysiągłby, że blondyn robił to niczym ten robot zaznajomiony z całą sztuką egzorcyzmów nad ludźmi posiadającymi senne koszmary. Ile razy był tego świadkiem, że robił to tak precyzyjnie? I dopiero wtedy zdał sobie sprawę z tego, dlaczego ona stojąc w wolnej przestrzeni tak szaleńczo poszukiwała jego osoby. Jakby od niego zależało jej dalsze jestestwo. Gnieździł się w niej ten rodzaj zaufania, z którym nie można było walczyć. Który zapewniał bezpieczeństwo nad wszelkimi przepaściami.
- Zjesz coś z nami? Niall z Liamem są w mieście, ale ja i Styles jesteśmy do Twojej wszelkiej dyspozycji gdybyś tylko miała jakieś specjalne życzenia. - Ujął jej dłoń w swoją pomagając jej pokonać ten ostatni stromy schodek. Było w niej coś tak niesamowicie niewinnego, że aż bał się, że może skrzywdzić ją samym tym gestem. Chyba nie była do nich przyzwyczajona. A przynajmniej on tego nie zauważył widząc jak bardzo stara się utrzymać chorobliwy dystans. Jakby mówiła 'Teraz tu jestem, ale zaraz wyjdę, a wy nie zobaczycie mnie już nigdy więcej'. Jej blond czupryna odwróciła się w stronę półpiętra. Westchnął ciężko mając nadzieję, że Annie nie chce tego zrobić, bo gdyby chciała niechybnie pociągnęłoby to za sobą wczorajszą katastrofę. - Jest na górze, udaje, że wciąż śpi. - Wróciła do niego pustym wzrokiem. Usta jej zadrżały w niepokoju. Zdradziła się. Sztuka aktorska, którą miała opanowaną do perfekcji dziś ją zawiodła. Jak mogła być tak nieuważną? 
- Wybaczysz mi to? Zaraz do was zejdę. - Szczerze wątpił w to by wróciła. Zastanawiało go jedno, po jaką cholerę uparcie pcha się w paszczę lwa zamiast przysiąść spokojnie przy stole i cieszyć się słonecznym dniem? Wyczuwał w niej ten autodestrukcyjny samobójczy instynkt, co to mieszał w głowach, gdy człowiek na własną rękę nie potrafił sobie z czymś poradzić. Gwałtownym gestem przeczesał palcami rozmierzwione włosy. To było jej wyborem i choć Niall syczał tuż przed wejściem żeby za żadną cholerę nie dopuszczali ją do Lou to przecież nie mógł przywiązać jej za nogi do kaloryfera? Czy mógł?
- Idź, zrobię Ci tosty z dżemem. - Jasne, idź sobie idź, a ja wcisnę się w kucharski fartuszek i zrobię Ci śniadanko no, bo co innego mam tutaj do roboty? - On lubi dużo szczekać, ale nie zrobi Ci niczego złego, pamiętaj o tym. - Przynajmniej o dobrą radę się postarał. A jeśli nie wróci za dziesięć minut wkroczy tam z odsieczą. O ile Horan nie zatłucze go wcześniej.

- Chciałam Cię przeprosić. - Wsunęła się do zaciemnionego pomieszczenia. Jej nie zrobiło to większej różnicy, dla niego było to swego rodzaju karą. Ubzdurał sobie, że nie zasługuje na światło. Wmówił sobie, że jasność jest jedynie dla wybranych. Pozasuwał wszystkie żaluzje. Zaciągnął na okna grube kotary. Coraz bardziej bolała go głowa, coraz gorzej się czuł. Za każdym razem, gdy podnosił się z łóżka, obrazy przed jego oczyma wirowały niczym te baletnice tańczące do ostatnich sekwencji jeziora łabędziego. Nie drgnął, gapił się w sufit kontemplując szaro burą plamę rozciągającą się od rogu poprzez środek poziomu. Pozwolił jej nawet usiąść wśród stosu koszulek i innych mało interesujących elementów jego posłania. Zamilkła. Oddychała wolno jakby nie miała zamiaru już nigdy się odezwać. Przeniósł na nią wzrok sprawdzając czy wszystko jest w porządku. Idiotyzm. Traktował ją jak śmiecia, a kiedy do jego umysłu wdarła się możliwość jej krzywdy poczuł się w obowiązku by ją ocalić. Na dłuższą metę stawało się to niebagatelnie męczące. 
- Nie chce twoich przeprosin. - Taka była właśnie prawda, bo co niby ona mu zrobiła? Pojawiła się jedynie w złym miejscu o nieodpowiedniej porze. To on był winnym całej tej toksycznej atmosfery unoszącej się w powietrzu. Zapadł się w sobie. Stanął pomiędzy 'być' a 'nie być', a szalka zwycięstwa niebezpiecznie przechylała się w stronę 'nie być'. Drażniła go. To jej cholerne empatyczne podejście do całego zła. On jej spluwał pod nogi, a ona zamiatała tą jego drużkę i przychodziła kolejny raz by powiedzieć mu, że wszystko rozumie, że ludzie popełniają momentami błędy, że gubią się w swoich postanowieniach i że z każdej opresji da się wyjść obronną ręką. A co jeśli on nie chciał? Jeśli nie było mu to potrzebne do całkowitego spełnienia? Nie był głupi. Słyszał jak po kątach szeptali, że jest coraz gorzej, że trzeba coś z tym zrobić, że nie można tak dalej. Wczoraj czara goryczy się przelała. Nie było odwrotu. On był przegranym, a oni mieli mieć spokój.
- Wydaje mi się, że jednak chcesz. - Jaka ona mądra była, taka wszystkowiedząca i idealna. Burknął coś niezrozumiale obracając się na prawy bok. Nie musiał na nią patrzeć, tutaj zasady kulturalnej rozmowy nie obowiązywały skoro ona i tak mogła widzieć jedynie wymysły własnej wyobraźni. - Chcesz, żeby zainteresował się tobą ktokolwiek i przyszedł do ciebie nawet, jeśli miałby rzucić jedynie nieszczere przeprosiny. - Za dużo informacji, stanowczo za dużo. Zerwał się niczym poparzony. Wstała i ona, odwracając się do niego twarzą. - Jesteś najbardziej zadufanym w sobie egoistą, jakiego miałam nieprzyjemność poznać w całym moim życiu, a uwierz mi trochę ich było. - Podniosła z lekka głos, choć nie był do końca przekonany czy to jedynie zabieg artystyczny czy faktycznie była wściekła. Zazgrzytał zębami nie kontrolując własnych odruchów.
- Co Ty do jasnej cholery możesz o mnie wiedzieć? - Wrzasnął tak głośno, że nawet jego samego to przeraziło. Nigdy wcześniej nie posunął się do tego by rozmawiać takim tonem z kimś obcym, bo była obca jakkolwiek by na to nie spojrzeć. Szyderczy uśmieszek wypełzł na jej twarz, a buźka nieszkodliwego aniołka rodem z obrazów Michała Anioła zyskała coś na wzór wyrafinowania. 
- A CO TY O MNIE WIESZ, ŻE MASZ CZELNOŚĆ NAZYWAĆ MNIE DZIWKĄ?!?! - To chyba było ponad jej siły by znosić huśtawkę nastrojów pana znanego muzyka. Odpowiedziała krzykiem na krzyk. Nie mogła kolejny raz pozwolić sobie na spoliczkowanie, a skoro on lubił grać we władcę i uniżonego poddanego to ona mogła mu pokazać, że też jest na tyle zdesperowana by schować do kieszeni dobre wychowanie.

- Co robisz? - Co mógł robić człowiek, który stał na stole z głową przyciśniętą do kanału wentylacyjnego? Z całą pewnością nie szukał on najzimniejszego miejsca w pomieszczeniu. Chodził po tej kuchni jakby ktoś postawił go na rozgrzanych węglach tłumacząc, że oto nastąpił decydujący etap jego inicjacji. Cóż mogło się stać? Wszyscy byli na tyle przy zdrowych zmysłach by nie dopuścić do rozlewu krwi. Noże pochowane. Detergenty wyniesione do garażu. Pigułki pod kluczem u Liama. Pierwszy most trzy kilometry stąd. Suszarkę miał on, więc co najwyżej mogą się tam na górze pozagryzać na śmierć. Chyba, że ktoś wcześniej słyszał o przypadku zadźgania człowieka plastikowym widelcem z KFC. O Boże, o czym on myślał. Zawsze, kiedy był zbyt zdenerwowany jego umysł wypierał całą logikę i bredził tak jakby właśnie dostał jakiegoś udaru. 
- Jem. - Faktycznie coś mozolnie przeżuwał przytulając się jednocześnie do chropowatej ściany. Hazza przerzucił na talerz ostatniego naleśnika. Zasiadł na swoim ulubionym krześle. Uniósł w dłoni kubek wypełniony po brzegi ciemno brązowym płynem i upił z niego łyk rozkoszując się smakiem i aromatem gorącej czekolady. Dlaczego jego to nie stresowało? Przyjął w przedbiegach, że zanim Louis kogokolwiek by wykończył najpierw zszedłby na dół zapytać czy ktoś pomoże mu zakopać zwłoki, bo jeśli nie, to po co marnować siły na tak wielkiego trupa? Zawsze znajdzie się mniejszy. Pokręcił z dezaprobatą głową krzywiąc się niemiłosiernie, bo właśnie wdepnął w pozostawioną na widoku masielniczkę.
- Nie wygodniej byłoby Ci zejść stamtąd? Drą się tak głośno, że nawet głuchy miałby problem z nieusłyszeniem tego. - Faktycznie. Szepty, z których przyczyny wdrapał się pod sam sufit przeszły w uniesione tony, a te z kolei w czyste nieskalane niczym wrzaski. Zszedł, więc na ziemię dosiadając się do przyjaciela. Widelec mozolnie wbił się w zawinięty słodki placek. Wyczuwał podświadomie zapach problemów. Żołądek go rozbolał od tych wszystkich czarnych wizji, które przewijały się niczym na podglądzie odtwarzania. Gdzieś w tym domu znajdował się katalizator wszystkich nieszczęść, choć nikt nie potrafił go na chwilę obecną zlokalizować. Wepchnął sobie w usta kolejną porcję śniadania. Liczył na to, że Horan wróci na tyle szybko by załagodzić napiętą atmosferę, tymczasem jego telefon milczał jak zaklęty. Stara tradycja świata, ‘Gdy ktoś jest potrzebny - ze świeczką go nie znajdziesz' - Podobno, kto się czubi ten się lubi. - Zakrztusił się sokiem słysząc te brednie. Niewiele miało to wspólnego z realnością. Gdyby on zakochiwał się we wszystkich pannach, których nie tolerował to teraz miałby dziesięć żon i dwa razy więcej potomstwa wciąż upierając się przy tym, że on nie wie, jakim cudem one wszystkie dostąpiły niepokalanego poczęcia. 
- No chyba nie w tym wypadku, Styles. - Był przekonany baa był nawet święcie pewny tego, że ta mała nie jest z rodzaju tych, co to zakochują się po pierwszym spotkaniu tylko dlatego, że facet ma tak niesamowicie niebieskie oczy. - Ma tego swojego Holdena. - Zawyrokował machając w powietrzu sztućcem, na którego końcu nabita istniała resztka ciasta, które właśnie usiłował dokończyć. - Podobno się kochają. - Z tą podobno miłością to było tak jak z Bogiem, kiedyś podobno istniał, a teraz wszyscy w niego wierzyli. Kropla dżemu wypływająca z rulonika natrafiła w locie na marynarkę bruneta. Nieistotne. Kto przejąłby się plamą, gdy nad głowami toczyła się scena rodem z mydlanej opery. Zdradzałeś mnie Alvaro z Doloris, Luz Marią i Manuelą, ale jak mogłeś zrobić to z Glorią, moją najlepszą przyjaciółką?
- Chłopak nie ściana da się przesunąć. - Wybuchnął śmiechem jego kompan. Trudno nie było mu zawtórować. Styles jak mało, kto potrafił zarazić dobrymi fluidami nawet, jeśli spod gradowej chmury nie było widać jasnych perspektyw. Taki już był z niego radosny wariat czerpiący satysfakcję z uszczęśliwiania innych. Niektórzy jednak nie potrafili tego dostrzec wśród swojego własnego zacietrzewienia.

To znowu ja. Nie odpowiedziałaś na moją poprzednią wiadomość. Wiem, nie powinnam tak wydzwaniać, co i rusz, ale zrozum martwię się o Ciebie, bo jeśli nie ja to czy będzie robił to ktoś inny? Annie? Jesteśmy duże i poradzimy sobie, musisz zwyczajnie w to uwierzyć i nie robić niczego durnego, on na to nie zasługuje, nigdy nie zasługiwał. Powinnam mu obić za to ryj. Tak dla czystej zasady za wszystko to, co zrobił w przeszłości i za to, co już mu się szwenda po głowie, a sam przed sobą nie chce się do tego przyznać. Co Ty w nim widzisz dziewczyno? Ludzie mają przez niego same problemy. I błagam Cię nie licz na to, że on się zmieni, faceci jego pokroju nie uznają poświęceń. To Holden. Znamy go aż za dobrze. Nie jesteś pierwszą w jego życiorysie. Oddzwoń do mnie głupolu czas najwyższy z tym skończyć.

- Dlaczego tam jest tak cicho? - Czy to już zaczynało przypominać obsesję? Jakąś nadpobudliwość mogącą zostać zneutralizowaną jedynie przez uzyskanie wszystkich potrzebnych wiadomości? Nawet Harry wstał z miejsca, a to nie było rzeczą normalną. Stanęli, więc na środku kuchni ledwie, co oddychając by przypadkiem nie przegapić jakiegoś znikomego szmeru. Nic. Kompletnie nic. Cisza. Narastająca. Karmiąca się jego dziwną obawą. 
- Wszystko gra, przecież musielibyśmy coś usłyszeć, tak? - To czemu w jego głosie pobrzmiewało dziwne zatroskanie? Nie, nie mógł tego tak zostawić. Już zrobił krok w przód by popędzić na górę, gdy rozległ się huk zatrzaskiwanych drzwi i to jej świergotliwe 'DZIWIE IM SIĘ, ŻE WCIĄŻ SĄ TWOIMI PRZYJACIÓŁMI' to był dobry znak. Nie będzie żadnego pogrzebu, nekrologu, uciętej głowy i traumy do końca życia i o jedne dzień dłużej. 'MOŻESZ SOBIE WSADZIĆ SWOJĄ OPINIE TAM GDZIE...' Oj czyżby poziom irytacji był tak silny, że chciał się przenieść na parter? Spojrzeli na siebie wzajemnie w tym samym niemalże momencie. 'A TY SWOJĄ...' Nie dokończyła. W przestrzeni lotem błyskawicy rozniósł się toczący hałas. Coraz głośniejszy, coraz bliższy, hałas któremu towarzyszył wrzask i jęk. Coś opadło z głuchym trzaśnięciem na parkiet salonu. Nie miał odwagi nawet się poruszyć. Zamarł niczym w transie. Wydawało mu się jakby świat właśnie przestał istnieć kończąc swoją ewolucję nagłym wybuchem. To Styles wybiegł w przeciągu sekundy. I to on wrzasnął jak opętany.
- ZAYN, DZWOŃ POD 999
Tak musiał zadzwonić. 
Trzeba było zadzwonić. 
- DZWOŃ TERAZ DO CHOLERY!


___________________________________________
Young troszeczkę z poślizgiem się pojawia bo przez tydzień była odcięta od świata. Od progu mówię, że w tym tygodniu będę nadrabiać rozdziały wszystkich blogów, które publikowały gdy byłam 'poza światem' do środy powinnam na spokojnie się z tym wszystkim uporać, więc bez obawy nie zapomniałam o was ^.^
W poprzednim rozdziale Niall znokautował Lou. Dobry brat Annie walczy o jej spokój. Słodkie to i urocze tylko czy przypadkiem Horan za bardzo nie stara się ingerować w jej świat? Wkładanie jej pod płaszczyk bezpieczeństwa może być arcy dramatyczne na przestrzeni następnych tygodni.
Dzisiaj więcej o wątkach pośrednich, no i jest Malik (ulubione momenty Sweet - a proszę Cię bardzo xD ) w ogóle jestem team Honnie *.* niby taki paskudak z niego, ale kto nie chciałby mieć kogoś takiego po swojej stronie? Szkoda tylko, że An nie ma pojęcia jak w istocie wygląda prawda...
Zapomniałabym. CLEO wielkie wejście. Czyli pojawili się już wszyscy bohaterowie. A może będzie ich jeszcze więcej? Czy zły Lou otworzy oczy? Oto jest pytanie. 

07.05.2012

[xx4] Don't Judge Me Until You Know Me.


Znalazł ją po dwudziestu minutach. W chwili, gdy już szczerze zaczynał się zastawiać czy może nie wyszła na zewnątrz nie będąc zainteresowaną wszystkimi tymi mało istotnymi, kulturalnymi zachowaniami idola względem fana. Odszukał ją w toalecie. Z nową warstwą błyszczyku na spierzchniętych ustach. Annie nie malowała się nigdy, gdy jakaś zadra egzystując w jej podświadomości wywoływała ból całej duszy. Chwile wcześniej, gdy go zostawiała wydawała się przytłoczona wszystkimi szpitalnymi nowinkami. Jeszcze bardziej drażniły ją wiadomości przysyłane do jej domu z głównego biura federalnego. Swoją drogą był z niej niezmiernie dumny, nie był w stu procentach pewnym czy gdyby jego to spotkało, dałby sobie radę czy może siadłby w kącie podkulając ogon. Ludzie są rożni, presja otoczenia może być bodźcem motywującym, a może też wywołać depresję. Jest w stanie sprawić, że siłacz sięgnie dna. Pozwolił Stylesowi wyskoczyć zza siebie. Gdy już tu był, wiedział, że nic nie ma najmniejszego prawa skończyć się tragicznie. Uśmiechnął się do niej najpiękniej jak tylko potrafił. Mieliście pojęcie, że uśmiech słychać w tonie waszego głosu, gdy zaczynacie rozmowę? To takie oczywiste, w rozbawieniu drży każde wasze słowo, wibruje intensywnie raz po raz wyrzucane z krtani.
- Uciekłaś mi. - An zmarszczyła brwi w aktorskim wyrazie konsternacji i podejrzliwości. Zastanawiała się może, na jaką grę przyszła pora. W co będą się bawić, bo na jakiekolwiek pretensje się nie zanosiło. Wróciła do swojego czarodziejskiego lustra, w którym nie mogła zobaczyć kompletnie nic, przeczesała włosy palcami, związała je gumką, a później tradycyjnie niemalże upchnęła je pod wielką, puchatą czapą. Nie lubił tego. Była dużo ładniejsza, gdy pozwalała im swobodnie lewitować tuż nad plecami. Harry chrząknął dwa razy zwracając na siebie uwagę otoczenia. W istocie nie całego, bo jedynie Horan rzucił mu gromy w spojrzeniu, dziewczyna pozostawała nieugięta. Zauroczona własnym ciemnym obiciem, którego pół blady cień przebijał się przez odmęty piekielności. Do operacji zostały dwa miesiące. Gdy rozmawiali, w żartach rzucała czasami, że boi się odzyskać wzrok, bo ma dziwne wrażenie, że od nadmiaru tych wszystkich barw i kształtów oślepnie kolejny raz. Bała się tego i jednocześnie gdzieś tam pomiędzy całym tym lękiem nie mogła się doczekać pierwszego wschodu i zachodu słońca. To tak jak z utęsknieniem oczekiwać pełnoletności albo zwykłego jubileuszu, gdy przyszło Ci się urodzić paskudnego dwudziestego dziewiątego lutego. Raz na cztery lata dostawałeś coś, co zwykli ludzie otrzymywali dorocznie. Pieściła, więc w podświadomości słowa lekarzy jak to nie ma być cudownie, jak wszystko dopną na ostatni guzik i przeprowadzą ją przez te drzwi szatańskiej choroby. Victor śmiał się głośno wspominając wszystkie jej zachwycone jęki. Dla niego nie stanowiło to różnicy, on nie przejmował się nikim i niczym, a w szczególności nie nią. Zacisnęła pięści jednocześnie przygryzając dopiero, co wypielęgnowane usta. Bycie jego córką było najgorszą z Herkulesowych prac. Musiała wziąć się w garść nawet, jeśli zapomniała jak to się robi.
- Tylko jeden? - Pytanie, jakich wiele choć w zasadzie mogło mieć nieskończenie dużo znaczeń. Jego kuzynka ubóstwiała bawić się alegoriami, przenośniami, metaforami i innymi znanymi jej środkami stylistycznymi. To ona zrobiła pierwszy krok odwracając się w stronę Hazzy. Wyciągnęła przed siebie dłoń myląc się w lokalizacji jego osoby o niespełna metr. Dobra w tym była. W większości przypadków nikt nie zwracał na nią uwagi, bo tak niebagatelnie wtopiła się w tłum jakby wciąż była zwykłą, prostą, szarą obywatelką wietrznego Londynu. 'Dawno, dawno temu', bawiąc się w 'choć pokaże Ci swój świat' zawiązała mu oczy i zmusiła go do całodobowego egzystowania w ciemności. Potykał się o wszystko, co znalazło się w zasięgu jego nóg, obijał się od mebli niczym ta rzucana w przód kauczukowa piłeczka. Wściekły i przestraszony całą swoją bezradnością wynikającą z nowych warunków podglądał, co i rusz otoczenie odsłaniając turkusową wstążkę spoczywającą na jego twarzy. Właśnie wtedy chyba pierwszy raz pojął jak bardzo ważny jest owy zmysł. Chyba nawet ważniejszy niż posiadanie obu rąk.
- Bell Horan. - Popłynęło z jej ust ciche przywitanie. - Kimkolwiek jesteś panie nieznajomy. - Chyba nie mogła się powstrzymać by nie udowodnić im, że wcale nie są tacy sławni, za jakich się uważają. Chciała dać im tą świadomość, że na świecie gdzieś tam pomiędzy innymi żyje jeszcze ktoś, kto nie ma zbyt wielkiego pojęcia o tym, co robią. OK, śpiewali, ona też potrafiła, choć częściej robiła to pod prysznicem niż jawnie, publicznie. To, że wystąpiło się w popularnym show, to że szalały za tobą hot trzynastki nie czyniło cię gwiazdą. Do gwiazdorstwa należało dojrzeć. Marylin Monroe była gwiazdą, a skończyła jak skończyła. Kurt Cobain też sobie nie poradził z problematyką dnia powszedniego. Poziom szacunku w tej dziedzinie świata nie zależał od liczby znajomych na portalach społecznościowych czy od tego ile fanów koczowało o czwartej nad ranem pod areną koncertową by zaklepać sobie najlepsze miejsca. Uśmiechała się jedynie wspominając własną potrzebę przyciskania piersi do barierki tuż przed sceną. Rodziła się wtedy subtelna wewnętrzna nić łącząca Cię z całym ukochanym składem. Tęskniła za tą adrenaliną, ale im starsza była tym luźniej podchodziła do owego 'być albo nie być zauważoną'.
- Harry Styles. - Loczek przemknęło jej przez myśl. Nie pamiętała jego twarzy prócz tego jednego szczególnego znaku. Trudno było to zignorować, gdy z jedynego zdjęcia, które rok wstecz pokazał jej Niall spoglądał na Ciebie chłopak z szopą większą niż twoja własna. Zacisnęła dłoń na jego dłoni. Skupiła się na otoczeniu. Czego w nim szukała? Urokliwych nut ciepłego popołudnia okraszonych wonią świeżo koszonej trawy. To, że dając się przyłapać na rytuale zatracenia nie wybiegła za nieznajomym nie oznaczało, że musiała żyć w błogiej nieświadomości. Miała swoje sposoby i swoje zhierarchizowane odpowiednio priorytety. - Zdajesz sobie sprawę z tego, że przez ostatni miesiąc wszyscy zazdrościli Niallowi super dziewczyny, kiedy dzisiaj okazuje się, że tak naprawdę jesteś wolna i wszyscy mamy równe szanse? - Zamiast odpowiedzieć coś logicznego i sensownego wybuchnęła jedynie śmiechem. Absolutnie w żadnym wypadku nie wpadłaby na to, że ktoś postronny może ją uznać dziewczyną kuzyna. Owszem tamte fanki burczały coś zjadliwe pod nosami, ale w istocie nie wykazały się większą inteligencją, więc można było uznać, że ich IQ oscyluje w granicach intelektualnego geniuszu pantofelka.
- To raczej nielegalne po tej stronie globu. - Opanowała się w końcu na tyle by cokolwiek z siebie wydusić. Horan zebrał w międzyczasie rozrzucone po toaletowym blacie kolorowe pomadki w liczbie sztuk czterech. Pojęczał coś na temat niemożliwości dziewczyn, na temat ich niezdecydowania i ciągłego zmieniania obranej wcześniej taktyki. No, bo czy nie ona przypadkiem wbijała mu do głowy myśl, że nie ma zamiaru, ochoty, chęci, potrzeby, zaznajamiania się z jego przyjaciółmi? Nie raz i nie dwa usiłował ją zgrabnie zaciągnąć na jakieś spotkanie by, chociaż zamieniła z nimi przysłowiowe dwa zdania. Opierała się jak oślica prowadzona na rzeź a teraz? Proszę bardzo, jaka elokwentna i towarzyska się zrobiła, gdy spuścił ją z oczu na przeszło kwadrans. Dobra gdzieś tam w tyle głowy obijała mu się myśl, że może porwali ją jacyś obcy. Wszczepili jej w mózg implant i teraz ona sama nie wie, że pozagalaktyczna cywilizacja kontroluje jej poczynania chcąc zapoczątkować międzyplanetarny akt rozmnażania się międzygatunkowego? Fuknął na siebie samego, bo te rozważania przeszły od lekko zabawnych do totalnie potwierdzających jego umysłową niepoczytalność.
- Będziemy tu siedzieć? - Nie to żeby mu się gdzieś spieszyło i nie to, że nie lubił słuchać tych wszystkich kabinowych nowości na temat tego, kto spał z kim w ciągu ostatniego tygodnia. Jeśli trafiło się w odpowiedni moment to takie ploteczkowe newsy stanowiły temat numer jeden miesiąca. Ostatnio na przykład, czystym przypadkiem odkryli tajemnicę niejadalności klopsików ze stołówki. Ich ulubiona kucharka popalając sobie nad patelniami, nagminnie topiła w nich niedopalone skręty. Obiadek z wkładką jak nazywali to sympatycznie. Trzaskało w zębach i powodowało mdłości. Przerzucili się, więc na dietetyczne sałatki a później do syta opychali się w pobliskim burger kingu. - Zmuś ją żeby z nami poszła do mieszkania. - An jak to An zapomniała mu powiedzieć, że dzisiaj pobiegłaby z nim po dobroci. Hmm całkiem wyleciało jej to z głowy. No cóż skleroza była powszechną chorobą całych narodów. Nie ona była pierwszą i nie ostatnią. Zabrała ze sobą nawet pogniecioną we wszystkie możliwe strony koszulkę Holdena, co by nie pałętać się po salonie na wpół nago. Wzruszyła beznamiętnie ramionami oczekując odzewu ze strony bruneta.
- Chcesz może... - Nie dała mu skończyć prawie krzycząc 'TAK'. Nadpobudliwość? Dziwnie z tym wyszło, ale nie w jej stylu leżało to całe przejmowanie się faktem 'co kto sobie o mnie pomyśli' żyła własnym życiem i podejmowała takie decyzje, z którymi było jej dobrze, a że czasami za dużo w nie wkładała emocji? Zdarza się nawet najlepszym mistrzom. Ktoś klasnął w dłonie i nie był to z całą pewnością Niall. Odwróciła się w stronę dodatkowego dźwięku czekając na coś, co w gruncie rzeczy nastąpić wcale nie musiało. Nowe wonie wypełniły jej nozdrza. Trawa cytrynowa i mięta pieprzowa. Całkiem przyjemne. Orzeźwiające. Rozbudzające. Dodające energii na dalsze szaleńcze eskapady. Uniosła brwi starając się przybrać jak najbardziej naturalnie neutralną postawę 'obserwatora'.
- Romanse! BEZE MNIE?!?! - Tak bez niego. Chociaż w zasadzie nawet nie romanse, bo rozmowa nawet się nie rozkręciła do tego stopnia by nazwać to bogatą wymianą zdań. Pochyliła się chcąc zabrać z posadzki swoją torebkę. Bezapelacyjnie wszyscy tutaj mieli zapotrzebowanie na wymienianie się czułościami. Znów ktoś ją wyściskał, wyprzytulał, wycmokał w policzki. Wyprostowała się, a jej twarz nabrała pytającego wyrazu. Już nie czuła się dziwnie, teraz owo uczucie przeszło w totalny szok i zaskoczenie. No, bo czy wchodzenie w aż tak bliskie kontakty z obcymi nie było czasami pogwałceniem jego intymnej przestrzeni? Wyminęła Stylesa prawie na niego wpadając, uwiesiła się na ramieniu kuzyna wracając do bezpiecznej pozycji. Ramiona niczym dom.
- ZAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAYN ŁAJZO! - Cholera prawie ogłuchła od tego wrzasku. Czy nikt absolutnie nikt, nie zwrócił wagi na to, że tracąc jeden zmysł wyostrzały się wszystkie inne, a tym samym próg bólu ulegał zmniejszeniu. Klepnęła blondyna otwartą dłonią w potylicę. Stłumiony śmiech wypełnił przestrzeń. Ktoś o mało się nie udusił. Inny ktoś poszedł na całość wcale nie ukrywając, że rozbawiła go ta sytuacja. Niall jedynie zajęczał zawstydzony 'no co?'. Lubiła go w tej stylizacji niewinnego chłopca gdzie to ona odgrywała rolę złej królowej. Jak ogień i woda.
- ŁAAAAAAAAAAAA KIBLOWA IMPRE... - Wrzasnęło. Stuknęło. Wpadło razem z drzwiami i zatrzymało się w połowie zdania. - O cześć. - Teraz to ona nie dała rady udawać obojętnej. Pomału zaczynało ją zastanawiać czy oni tak normalnie się zachowywali czy dzisiaj tuż przed jej pojawieniem się w hali mieli jakieś bliskie spotkanie z toksycznymi oparami niszczącymi ostatnie pokłady szarych komórek. Było ich trzech. Brakowało jeszcze jednego do pełnego kompletu. Na wszelki wypadek odsunęła się nawet od drzwi, żeby nie zostać nimi zmaltretowaną po raz enty tego wieczora. Wyczekiwała? Łudziła się, że ktoś tam jeszcze chce zrobić jej niespodziankę. W myślach mówiła: "A może po prostu powinnam z nim porozmawiać?" Na nic się jednak nie odważyła, obezwładniała ją obawa przed niepowodzeniem. Głupiutka jeszcze była i taka nieostrożna. A może niewiele mogła zrobić, gdy w pamięci wciąż pozostawały słowa starej miłości? 'Żegnałem się z Tobą tak wiele razy. Szeptem, krzykiem, listami, w mojej głowie. Nawet w sercu. I chyba nie jestem w stanie pożegnać Cię tak do końca.' Przyzwyczajała do siebie ludzi. Pozwalała im się poznać, a gdy nabierali ochoty na każde słowo i czuły gest prosiła o zapomnienie.
- Powinniśmy iść. - Rzuciła w przestrzeń nie chcąc im przeszkadzać. Zagryzała wargi, nie chciała po raz kolejny czuć słonego posmaku swej słabości. Szeptali coś między sobą, a ona jako ten wykluczony z rozmowy członek wrogiej drużyny udawała, że nic nie słyszy, niczego nie jest świadkiem, a przede wszystkim starała się udawać, że to nie o niej toczy się cała dysputa. Nie była ani niedorozwinięta ani głupia. Znała na pamięć wszystkie te szeptane konwersacje mające oszczędzić jej wszelkiego zdenerwowania czy wytrącenia z równowagi. Jej kuzyn też nie był samobójcą by zapomnieć o tym jak bardzo potrafiła wyżywać się na tych, którzy to za punkt honoru chyba przyjęli sobie ułatwienie jej żywota. Momentami miało się wrażenie, że gdyby istniała taka możliwość, to nawet oddychaliby za nią gdyby to miało ją kiedyś zaboleć. Oparła się o ścianę wyciągając z torebki czarną cegiełkę. Numer poczty głosowej na szybkim wybieraniu kusił całym trzy cyfrowym skrótem. Pomimo całego tego wojennego klimatu tęskniła za Holdenem. Był jej bliski, witała z nim dzień i kończyła z nim noc, a cała walka pozostawała w cieniu. Za silnie zareagowała, pozwoliła podświadomości wpłynąć na swoje decyzje, dała nieme przyzwolenie na całe wypływające z jej duszy zło. Nacisnęła odpowiedni klawisz. Cisza. Pustka. Żałość. Nie zadzwonił. Nie zostawił dla niej ani jednej marnej wiadomości. Chciała zrobić to za niego i nie mogła. Musiała przeprosić? Nie chciała być zależna. Czy kochanie podlega jakimkolwiek restrykcjom? Hej, Holden. Zawahała się zamierając na kilka sekund. Skrzynka pracowała w tle odbierając jej cenny czas. Chciałam Cię tylko przeprosić i powiedzieć Ci, że ze mną wszystko dobrze. Nieprawda, było źle, było tragicznie i było koszmarnie. Staczała się po równi pochyłej i za cholerę nie mogła się złapać żadnego wystającego z gleby korzenia by, choć na minut kilka zawisnąć w pozycji horyzontalnej. Zostanę dzisiaj u Nialla, nie zrobię nic głupiego. Nie podetnie sobie żył, nie skoczy z mostu, nie zje całego słoika farmaceutyków wykupowanych jedynie na receptę. Jeszcze raz przepraszam. Bippp dzień dobry bardzo, powinni jej nadać tytuł miss ugody i kretynizmu. Oczekuje zmian, walczy o nie, prawie wydrapuje im ślepia, a później łasi się jak zagłodzona kotka, gdy jej pan wraca do domu po szesnastu godzinach ciężkiej pracy. Podejście numer nieskończoność zostało przegrane. A może by tak poddać się temu, co szykuje przeznaczenie? Oblizała wargi wsłuchując się w przytłumione głosy.

- Lee daj mi do cholery po prostu do niej zadzwonić, dobrze? - Słyszał ten upierdliwy dzwonek dokładnie cztery razy. Za każdym kolejnym jego wściekłość rozpływała się w przestrzeni, a jego myśli dobijane były wizją nagłego wypadku dziewczyny. Annie była gwałtowna, ale nigdy nie odzywała się pierwsza mając pewność, że jej złe samopoczucie i wszelkie pretensje są słuszne. Potraktował ją jak małą nieporadną dziewczynkę a radziła sobie przecież. Była w tym wszystkim bardziej zorganizowana niż on sam. To on się bał. Ona go jedynie uspokajała twierdząc, że jest jej dobrze, że to nie ważne, że zniknęły obrazy skoro zapamiętała najpiękniejszy z możliwych. Dotykała jego twarzy opisując każdy grymas, każdą mimiczną zmarszczkę i bliznę, której dorobił się w dzieciństwie. Wodziła palcami po bruzdach twierdząc, że uczy się najwspanialszej ze stworzonych historii. Był zbyt płytki by to pojąć. Zbyt ograniczony by zrozumieć. Bawił się nią, wodził za nos przez tak długi czas, poczuł się zbyt pewnie, poczuł że ją ma, a prawda była taka, że Annie była niedostępna, wiecznie niedostępna. Ona kochała uciekać. Nie powinien był zapamiętywać jej słów szepczących miłosne wyznania. Boże. Wkraczał w życie dwudziestolatka z czysta kartką. Gdzieniegdzie pozostały jedynie szare ślady po zamazanych wspomnieniach. Ona posiadała gumkę, on wyrywał się i szarpał by nie dopuścić do zapomnienia, a jego ukochana podejmowała dramatyczne kroki. Tęsknił za nią aż do bólu wstydząc się jednocześnie własnej miłości. 
- Wdzięczny mi powinieneś być idioto. Ile razy? No ile razy mam Ci powtarzać, że ona Cię nie chce? Czeka na tego swojego jasnego księcia, co to szczerozłotym mieczem zabije wszystkie jej chore potwory, porwie w ramiona i zaniesie do swojej sypialni by lubieżnie pozbawić ją cnoty? Annabelle to pieprzona księżniczka, nie ceni Cię za to, co możesz jej dać to ona uważa się za Twój największy klejnot. Obudź się do kurwy, to manipulatorka. - Nic z tego, co mówiła prawdą nie było. Nie chciał by nią było. Przecież nic takiego paskudnego się nie wydarzyło. Nie było żadnych parszywych obietnic, przez które człowiek traci całe lata łudząc się i oszukując na zapas. To była jego mała An. Radosna wariatka biegająca boso w deszczu po mokrej trawie. Słodka blondyneczka rezygnująca z najważniejszego egzaminu w szkole by odwieźć do weterynarza znalezionego przy drodze kociaka. Można było jej wiele zarzucić, ale nie można było określić ją mianem wyrafinowanej manipulatorki. Odwrócił się od siostry odkładając gitarę. Wszyscy wyszli. Dali im kilka minut na rozmowę, której nie dało się odwlec w czasie. Zielone szpony przejechały po jego barku. Zaszczypały rozorane miejsca, wypełniły się błyszczącą krwią. Zerknął na nią nieprzytomnie. - Patrz na mnie debilu jak do Ciebie mówię. - Rozwrzeszczał się anioł ciemności. - Dasz jej spokój, powiesz jej w końcu, że to skończone i zaczniesz żyć na własny rachunek, rozumiesz? Nie dzisiaj, nie przez telefon, pójdziesz do niej jutro, spojrzysz w te jej wielkie niebieskie ślepia i powiesz, że chciałeś ją tylko zaliczyć. To nie jest miłość do kurwy Holden. Opanuj się.
Jeśli to nie była miłość to, co nią było? Leeann potrafiła jedynie stawiać warunki. Musiała i chciała dociekać własnych indywidualnych korzyści. Z Annie nigdy nie było jej po drodze. Z początku uroczy potajemny romansik przeszedł na tory związku partnerskiego a w dniu, w którym postanowił przedstawić siostrze swoją ukochaną skończył się świat szczęśliwych zakończeń, a rozpoczął tryptyk katastrof, zniszczeń i spustoszeń. Lee nienawidziła się dzielić, to co było jej, nie należało już do nikogo więcej a on, Holden miał czelność wyjść spomiędzy jej macek by odnaleźć swoją syrenkę.
- Pieprzy mnie to, co sobie uknułaś w swojej ciemnej mózgownicy siostrzyczko, jebie mnie to permanentnie, bo wiesz co? - Roześmiał się w głos przyciskając ją do ściany. - Nie masz nade mną żadnej władzy, czegokolwiek nie powiesz, cokolwiek nie zrobisz ja wiem, co mam wybrać, jestem tego świadomy. - Dłoń zacisnęła się na gładkiej twarzy dziewczyny. Docisnął ją mocniej by zmusić ją do podniesienia wzroku. - Możesz grać jak długo masz na to ochotę, ale nie ze mną i nie z nią, bo jeśli przesadzisz to obiecuje Ci i Bóg jest mi świadkiem zabije Cię i nie będę tego żałował...

Dała za wygraną udając, że błoga nieświadomość jest czymś czysto oczyszczającym. Tak, skłamała i co z tego? Nie chciała im psuć wieczoru rzucając się po wszystkich możliwych pomieszczeniach z wysuniętymi pazurami tylko i wyłącznie dla zasady. 'Ktoś mnie dzisiaj zdenerwował, nie mam go pod ręką, mogę, więc przyłożyć tobie? Obiecuje, że nie będzie bolało a nawet, jeśli to postaram się zrobić to szybko'. Z metra, z taksówki, z supermarketu czynnego całą dobę, z baru szybkiej obsługi i chińskiej knajpki w końcu jakimś cudem przedostali się do domku stojącego na obrzeżach. Prywatne mieszkanie pana czwartego jak się okazało. Poszukiwany listem gończym w końcu łaskawie dał znak życia oznajmiając wszem i wobec, że wrócił na własne śmieci z zamiarem wcześniejszego położenia się spać. Oj coś mu chyba nie wyszło, bo gdy otwierał drzwi, gdy wpuszczał do środka całą pięcioosobową ekipę jego mina mówiła wszystko, ale nie to, że jest zadowolony. A później zobaczył ją i skończyły mu się resztki dobrego humoru zarezerwowanego na ten wieczór. Ubrał się nawet, zarzucił szalik na szyję, buty uwięził w trampkach i wyszedł na podwórko chcąc zniknąć, rozpłynąć się w powietrzu.
- Hej. - Rzuciło do niego coś z boku. Delikatny dziewczęcy głos rozniósł się w powietrzu lotem błyskawicy. Nie było tu ich więcej oprócz tej jednej. Dobra, zaczynał martwić się o swoje zdrowie psychiczne, zaczynał martwić się o zdrowie innych, bo może ta mała była jakąś psychiczną morderczynią, która wkupiła się w ich łaski, a teraz chce wszystkich wykończyć kilkoma zapamiętanymi ciosami karate z dodatkowym udziałem tasaka ze stali nierdzewnej? Odwrócił się do niej w zwolnionym tempie. Na raz-dwa-trzy, wypuścił z płuc powietrze docierając wzrokiem do jej opatulonej czapą i chustą twarzyczki. Czerwone policzki niemalże prosiły o powrót do pomieszczenia, wielkie niebieskie oczy wyrażały coś, co trudnym było do określenia. - Wiem, że Ci przeszkadzamy. Mówiłam im, że to nie jest najlepszy pomysł, że skoro poszedłeś gdzieś to chcesz być sam i że pewnie dobrze jest Ci tak jak jest, ale oni się uparli. Mówili coś o depresji, o tym, że sam to możesz być ale na starość i że teraz oni Ci są potrzebni, a nie cokolwiek innego, więc jesteśmy tutaj. - Dziwnym było słuchanie jej, gdy mówiła o nim tak jakby wcale się dzisiaj nie spotkali, jakby on na nią nie wpadł z czystą premedytacją. - Pewnie jesteś wściekły, w zasadzie to nawet Ci się nie dziwie, gdybym to ja miała spartaczony humor też wolałabym posiedzieć sobie na kanapie, a za towarzysza mieć jedynie buczący telewizor. - To nie było takie proste, jemu przeszkadzało wszystko łącznie z tym, co było ciche i niezauważone. Nawet jego własny kot stał się wielce drażniący i wylądował wraz ze swoim posłaniem w garażu. - Może nie będzie tak źle? Jak myślisz? - Mówiła, mówiła i mówiła, a jemu całkiem przyjemne się to zdało. Ten eteryczny cichutki, melodyjny głosik uspokajał. Koił. - Na pewno z nami nie posiedzisz? - Wysunęła w jego kierunku dłoń. Zapraszająco wcale nie ponaglająco. Tak iście naturalnie. Minął ją osępiały kierując się w stronę drzwi. Ramię rozluźnione upadło wzdłuż ciała. Gdzieś w jej oczach przemknęło rozczarowanie. Cholera poczuł się parszywym ostatnim kretynem. Nic mu nie zrobiła. Była sympatyczna. Traktowała go jak kogoś normalnego, a on zdzielił jej przez twarz jej własnymi dobrymi chęciami. Drzwi zaszeleściły dziko dźwiękiem rozsuwanych nylonowych zasłon. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że zna skądś sposób jej myślenia. Widać za dużo się nad tym zastanawiał. Przemknął przez salon udając się w stronę kuchni a ona? Ona też weszła do środka zrzucając z siebie wierzchnie warstwy odzieży. Uśmiechnęła się tak, jakby nic się nie stało. Nie był nikim ważnym. To tylko ten zapach.

- Ile już z nim jesteś? - Zayn powtórzył zadane jej pytanie. Słyszała je za pierwszym i za drugim razem. Doskonale. Wcale nie zasnęła. Nie oddaliła się od nich nawet na metr. Była cały czas. Postukiwała palcami w poduszkę rozłożoną na udach kuzyna. Podciągnięty pod samą brodę koc przyjemnie ogrzewał jej zmarznięte ciało.
- Trzy lata. - Długo, stanowczo za długo patrząc na wszystkie niesnaski, kłamstwa, żale, rozterki i przygody niewiele mające wspólnego z wiernością. Były chwile, gdy Holden był wszystkim, co posiadała, co posiadać chciała, czego potrzebowała i czemu mogłaby się poświęcić. Gonili się po mapie życia. Raz on jej nie dopuszczał do siebie innym razem to ona miała wątpliwości, co do szczęśliwego finiszu. Za dużo mieli w sobie sprzeczności by zamknąć wszystkie rozpoczęte rozdziały. Posłała im blady uśmiech, kawa którą starała się wypić już dawno wystygła. Była gorzka, prawie tak gorzka jak jej wyobrażenie o następnych dniach.
- Chciałaś kiedyś odejść? - Każdego dnia, gdy przytłaczała ją szara rzeczywistość. Jednak uciekanie przed problemami nie było rzeczą godną powielania. Przełknęła gwałtownie ślinę nie mając pojęcia, dlaczego nurtują ich takie myśli, dlaczego zadają te wszystkie krzywdzące ją pytania. Nie chciała na nie odpowiadać, nie chciała się nad nimi nawet zastanawiać, ale nieuprzejmość całkiem odpadała w tej konwersacji. Ścisnęła dłoń brata jeszcze mocniej. Kostki jej poczerwieniały. Dłoń zasiniała.
- To jakiś quiz? Tysiąc możliwych pytań do Bell Horan? Wybaczcie, ale wolałabym to dla siebie zachować. - Bezsens totalny i wszędobylski dosięgnął jej duszy. Przytuliła usta do kubka wciągając w nozdrza znajomy, przyjemny zapach trawy. Miejsce tuż obok niej, do tej pory puste zajęte zostało przez Louisa. Doprawdy zadziwiał ją jego sposób myślenia. Gdyby była nim, zrobiłaby wszystko by nie przebywać w swoim towarzystwie dłużej niż wymagała tego średnia krajowa. Naprężyła się niczym zwierze oczekujące ataku, który zbyt długo nie nadchodził. Nagle jak zazwyczaj bywało w takich przypadkach traciło się czujność i boom odbierano nam życie.
- Ty go nie kochasz, to przyzwyczajenie. - Nie, to było coś więcej, to była potrzeba odzyskania starego życia. Marzenie wrócenia do przeszłości gdzie noc była gwieździsta, a dzień pełen słońca. Gdzie muzyka sącząca się z magnetofonu była najprzyjemniejszym afrodyzjakiem. Gdyby go nie kochała, nie lubiła czy choćby nie potrzebowała to przecież nie zmuszałaby się do tej cholernej aktorskiej gry. Z miesiąca na miesiąc było coraz prościej oszukać własne serce, rozum. Coraz szybciej odchodziły wyrzuty sumienia. Traktowali się zupełnie jak kiedyś, zanim ona wszystko spartaczyła.
- Dlaczego niby? - Dobre pytanie. Co w niej takiego było, co każdy mógł swobodnie odkryć? Czym się zdradzała? Gdzie gnieździło się to niewidzialne oznajmienie jej umierającej emocjonalności? Gdyby widziała, gdyby Bóg nie zabrał jej możliwości patrzenia byłoby o wiele wygodniej oceniać czyjeś reakcje, wypowiedziane kwestie czy rzucone oskarżenia. Zwykły grymas twarzy dawał wiele do myślenia.
- Szczerze? - Oczywistym było, że chciała ich kłamstw, chciała karmić się ułudnymi obietnicami dobrych zakończeń, w których księżniczka dostaje swojego boskiego księcia, gigantyczny posag, piękne wesele i wszystko to, od czego człowiek nie chce się oderwać. Prychnęła poirytowana ich podejściem do narzuconego tematu. Jeśli już rozmawiali i jeśli ona była przesłuchiwana to mogli mówić otwarcie, nic już by jej nie zdziwiło. O ile się myliła w tym momencie? Obca dłoń sięgnęła po kosmyk jej potarganych włosów. Z płuc uszedł zapas powietrza, a ciało najbardziej gwałtownie jak było to tylko możliwym odwróciło się w stronę zuchwałego osobnika. Krtań nie chciała wyrzucić opracowanych zdań. Umysł buntował się przed tą cała gierką-nie gierką.
- Zajęte, kochające dziewczyny są wierne swoim chłopakom. - Zajęci, kochający faceci zazwyczaj są mili dla otoczenia. Zresztą, co on plótł? Z kim niby tak ciężko zdradzała Holdena? Nie miała na to sposobności, nie miała do tego odpowiedniego kandydata i przede wszystkim nie posunęłaby się aż to takich rozwiązań. Owszem cierpiała, ale dziwki z siebie robić nie chciała. Nie zasłużyła na postrzeganie przez pryzmat jakichś staroświeckich uprzedzeń. Mogła dać mu w twarz i wyjść w pełni dumy i honoru. Tymczasem siedziała na tej kanapie z kubkiem uniesionym w połowie drogi do stolika. To Niall warknął jak oparzony zrywając się z miejsca. Wylała sobie na dłonie nieszczęsny napój, gdy siedzisko zmieniło lekko położenie. Czyjeś silne ręce w ułamku sekundy zdążyły ją odciągnąć. I wtedy to usłyszała. Syk, trzask, gruchot. Jedno głośniejsze od drugiego. Boże, dlaczego wszystkim musiała jedynie przynosić problemy? Jej za długie już paznokcie wbiły się w ramie nieznanego wybawiciela. Nieprzyjemny zapach rdzy i soli dosięgnął jej nozdrzy. Przydługie kosmyki chłopaka bez twarzy, posmyrały ją w policzek.
- Niall? - Zapiszczała ledwie dosłyszalnie, bo narodziło się w niej to paskudne uczucie chaosu i bezbronności. Rzadko się tak czuła. Zazwyczaj nachodziło ją to wszystko samotnymi wieczorami, gdy mogła swobodnie zakopać się pod stosem koców udając, że umarła już dawno temu. Nikt jej nie dotykał w sposób psychiczny czy fizyczny. Nikt o nic nie pytał. Czasami wpadała jedynie Lee, podrzucała jej butelkę podprowadzonego gdzieś Burbona i znikała ze swoim kolejnych kochasiem gotowym zaspokoić jej największe potrzeby. O co właściwie toczyła się cała wojna? Kolejny trzask. To było ponad jej siły. Blond główka wtuliła się w szyje nieznajomego.
- Zmywamy się stad. - Zakomunikował jej anielski głos. Poszłaby, naprawdę uciekłaby teraz i na koniec świata, ale... - Już. - Może faktycznie potrzebowała odetchnąć świeżym powietrzem. Skoro to ona wprowadzała napięcie wszystko powinno ustąpić, gdy tylko zeszłaby im z oczu. Uchwyciła ramię towarzysza. Ktoś zarzucił na jej plecy cieplutki pled. Otuliła się nim niemalże natychmiast. Poczerwieniała twarzyczka utonęła w materiale. Nie rozklejaj się Annie, nie teraz, nie możesz, nie przy wszystkich. Za późno, o wiele za późno. Dlaczego nie została u Holdena tak jak miała w zamiarze? Po nim wiedziała, czego może się spodziewać, znała doskonale wszystkie możliwe tory, jakimi pokierowałby kłótnie, a tutaj? Była zagubiona, stała na piekielnym rozdrożu i za nic w świecie nie potrafiła zrobić kroku w przód. - Bell, idziemy...
- Tak, idziemy. - Odpowiedziała mechanicznie nakazując ciału obranie jakiegokolwiek kierunku. Niech ją poprowadzi, niech zaciągnie ją gdziekolwiek byle z dala od wszelkich dziwnych zachowań wynikających niezaprzeczalnie z niezrozumienia. Wsunęła niewinnie dłoń w jego rękę. Nikt nie zadźga jej tutaj nożem, nie podetnie jej gardła czy nie zgwałci w najbardziej bestialski sposób. To przyjaciele Nialla, a jego przyjaciele... Odwróciła twarz słysząc swoje imię wycharczane prawie, że z obrzydzeniem. Dlaczego zasłonili jej uszy? Przecież i tak wszystko słyszała. 'Pieprzenie się z gwiazdą nie czyni Cię sławną maleńka'. Szklane drzwi werandy zatrzasnęły się za jej plecami z hukiem.

Holden? Wiem, że jestem ostatnią osobą, z którą chcesz się teraz widzieć, ale musisz mnie stąd odebrać, proszę, ten ostatni raz. Poplątało mi się to wszystko z lekka. Raz wydaje mi się, że jest dobrze, a zaraz w następnej chwili warczę na Ciebie niczym rasowy psychopata. Znasz mnie, nie zastanawiam się nad tym wszystkim, a powinnam bo nie jesteś i nie byłeś niczemu winny. Nie ty kazałeś mi wsiąść do tego cholernego samochodu, prosiłeś żebym została, wiem ze to zrobiłeś, bo twoje słowa są ostatnia rzeczą, jaką pamiętam z tamtego dnia. Wszystko inne zniknęło. Wszystkich innych zapominam. Znam na pamięć tylko Ciebie. Tylko z Tobą mogę o tym porozmawiać. Tylko przy tobie czuje się wciąż sobą. Ja... Bipppppppppppp

- Weźcie coś z nim zróbcie, bo osobiście skopię mu dupę, jeśli zajdzie taka potrzeba. Ogarniasz to Zayn? Łazi nadąsany i straszy wszystkich wokoło jakby naszą winą było, że coś mu nie wyszło. Ja rozumiem, stracił przyjaciela, którego znał od podlotka, z panną mu nie wyszło, starzy mają swoje indywidualne problemy, ale on to kurwa kumuluje. Rozumiesz? Kumuluje, a później wybucha w najmniej spodziewanych momentach. Nawet Niall już tego nie ogarnia, a ostatnio jest z nim najbliżej. Jezu trzymajcie mnie, bo mam dość. 
Nie odzywała się. Siedziała na wilgotnym plastikowym, ogrodowym krzesełku z kolanami podciągniętymi pod sama brodę. Zdawało się, że o niej zapomnieli. Najpierw Harry biegał od prawej do lewej owiewając jej twarz chłodnym wietrzykiem. Tłumaczył coś, gładził po głowie jakby była, co najmniej niedorozwinięta emocjonalnie. Później doszedł do niego Malik. Ukląkł przy jej bezpiecznej przystani dotykając jej kolan. Wiedziała, że patrzy. Zastanawiało ją jedynie, co chce ujrzeć w całej jej postaci.
- Liam chce to oddać w ręce menadżera, nie poradzimy sobie, jeśli nie wesprze nas ktoś z zewnątrz. - Myślała o wszystkim byle tylko ich nie słuchać. Nie musiała wiedzieć wszystkiego, przyszła tutaj żeby oderwać się od realności i zaznać trochę dawnego błogiego lenistwa, tymczasem natrafiła na małe szeregowe nieporozumienia. Jeśli można to było w ogóle określić takim mianem. Nawet ona nie była takim wrakiem jak oni właśnie. Ciepła dłoń przejechała po jej karku. Uśmiechnęła się leniwie niczym ta poczęstowana pieszczotą kotka.
- Nie ryzykowałbym z roznoszeniem tego poza naszą grupę. Ludzie to Louis nawet, jeśli coś mu się pokręciło pod kopułą to jest naszym bratem. Nie pójdę z tym do opiekunów. - Idealnie dopasowane do jej ręki palce nowo przybyłego wsunęły się w jej rozluźnioną już dłoń. - Nie pójdę ani teraz ani później i nie chce by ktokolwiek z was tam szedł. - Pomruk niezadowolenia rozniósł się echem. - Proszę...

_____________________________________________
Rozdział 4. Zdaje mi się, że jest lżejszy od poprzednich. Zresztą teraz wszystkie chyba takie będą, zważywszy na to, że wprowadzone zostają dodatkowe postaci, które mają nakreślić pewien schemat działania An. Nie będę się na ten temat rozpisywać, powiem jedynie tyle, że łatwo jest się do kogoś zrazić myląc swoją indywidualną niechęć do całego świata z trudnym charakterem osoby napotkanej. 
W ogóle z całego serca dziękuję tym, którzy czytają i tym, którzy mają siłę, chęć i może nawet potrzebę przekazania nam czegoś w oknie na dole. Możecie gdybać, analizować i przypuszczać. Zawsze to miło wiedzieć kto co o tym sądzi. 
xoxo Young

Ostatnimi czasy nie mogę wykrzesać z siebie czegoś sensownego. Zazwyczaj wychodzi z tego bełkot Yody chociaż w mojej głowie brzmi to dość sensownie, no ale cóż. Zdarza się. Chcę tylko wam powiedzieć, że cieszy mnie fakt pojawienia się coraz większej ilości ludków chętnych zagłębić się chociaż troszkę w historię. Dziękuję wam za to.
Death :*