Rozdziały będą pojawiać się średnio co 10 dni ;)

Czy to takie trudne poświęcić pięć minut i napisać komentarz? Myślę, że nie.
Wiedz, że twoja opinia motywuje nas do działania ^^
Boli mnie... nas fakt, że według ankiety czyta nas 10 osób (przynajmniej tyle się deklarowało)
a gdy przychodzi co do czego, to tylko 4 osoby potrafią wyrazić swoją opinię.


29.12.2012

[x13] Voices In My Head




- Tato? - Słaby głos smutnej dziewczynki przerwał ciszę zakłócaną jedynie miarowymi oddechami kędzierzawego jegomościa. Nie chciała mu przeszkadzać, miała jednak świadomość tego, że gdy słowa nie popłyną w tym momencie, nigdy już nie będzie mogła ich z siebie wyrzucić. To było liną przywiązaną do jej krtani, na której końcu zawisł kilkutonowy głaz. Żadne z tych zlepków liter, które poznała do tej pory, nie były odpowiednimi by opisać jak mocno i jak dogłębnie ją zranił. I nie chodziło nawet o to, że robił to całymi miesiącami. Poczuła się skrzywdzona, bo nigdy nie ingerował w sprawy jej przyjaźni, a dnia dzisiejszego przekroczył próg jej bezwzględnej osobistej przestrzeni. Usiadła po drugiej stronie mahoniowego biurka, słysząc jak delikatnie kołysze się na swoim ciężkim fotelu. Gdy była mniejsza, zbierała za to nietęgie lanie. Wciąż mówił, że gdy przewróci mebel, może zrobić sobie krzywdę. Bał się o nią, przestała więc zachowywać się jak gówniara. Nie dlatego, że lękała się bólu łączącego się z upadkiem, ale dlatego, że jego to przerażało.
- Nie mamy o czym rozmawiać Annabelle, połóż się spać, jutro czeka Cię ciężki dzień. - Lekka światłość przebijająca się przez mrok dawała jej nadzieję. Nigdy nie zwracała uwagi na to całe ekologiczne zamieszanie. Dopiero teraz gdy w większości przypadków widziała jedynie ciemność doszło do niej jak wiele energii pochłania specjalistyczne oświetlenie gabinetu ojca. Uniosła twarz ku górze, przystawiając do oczu dłoń, zupełnie tak jakby raziło ją popołudniowe słońce. W tej beznadziejności przeczuć uśmiechnęła się nawet na sekundę, wierząc w to, że jakimś cudem uda jej się to przetrwać. Rogówka miała się zregenerować. Mógł minąć rok, ale mogło też upłynąć sto lat zanim z tej pustki wyłoniłyby się jakiekolwiek kolory. Powoli szalała sądząc, że Bóg jednak się zlitował i wziął ją pod swoje miłosierne skrzydła. To było jak wybawienie, jak kąpiel w chłodnym jeziorze po całych godzinach spędzonych na dzikiej plaży.
- Nie jestem śpiąca tato. - Zabrakło w tym pretensji, które przecież przyprowadziły ją do tego pomieszczenia. Wypadło to z jej ust niczym śpiew skowronka, niczym trel innego ptactwa. I odeszły w niepamięć wszystkie złości, gnieżdżące się tytanowymi szponami u szczytu jej głowy. To był jej ojciec. Nie posiadała innego. Co z tego, że rozmawiali ze sobą tylko od wielkiego święta? Co z tego, że jedli osobno i nie zachwycali się swoimi osiągnięciami? Skrzywiła usteczka przypominając sobie jak kilka miesięcy temu zaglądała do jego sypialni budzona ojcowskim krzykiem. Jak podchodziła do jego łóżka sprawdzając czy nie śpi. Jak układała się przy jego boku głaszcząc jego ciemną czuprynę i szepcząc te uspokajające dźwięki ulubionych wierszy, które spisała w swoim pamiętniku Molly. Gdy stawał się dostatecznie spokojnym wracała do siebie udając, że nic takiego się nie wydarzyło. Byli do siebie podobni z tą różnicą, że on potrafił grać. Przybrał tą swoją kamienną maskę jakby uczucia były wstydem.
- Nieważne Annabelle, idź stąd, powiedz co masz powiedzieć i wyjdź. Ja też jestem zmęczony. Nie mam ani grama siły na kłótnie. - Nie chciała przecież się kłócić. Czy tak wyglądała? Zmarszczyła brwi, bo nie docierało do niej to pochopne ocenianie. Może faktycznie za dużo sobie wyobrażała? Chciała zmian, a wszystko lewitowało bez ustanku po jednej i tej samej orbicie. Aż do znudzenia. Dało się jeszcze ocalić tą rodzinę? Ona chciała. Upierała się przy tym niedorzecznie. Tylko to jej pozostało. I Niall nawet jeśli ostatnio troszkę się zaniedbywali. Więzi krwi były najsilniejsze i to one tworzyły przyszłość. To one budowały bezpieczne jutro.
- Przyszłam bo... - zaczerwieniła się w wahaniu. Starała się, wyobrazić sobie jak zareaguje na tą sensację. Niezwykle rzadko bowiem słyszał takie deklaracje padające z jej wysuszonych ust - Przyszłam bo chciałam Ci powiedzieć, że Cię kocham, nawet jeśli Ty nie jesteś już w stanie tego robić. Nawet jeśli masz do mnie żal o mamę i o Dylana. O to wszystko co stało się z mojej przyczyny choć Bóg mi świadkiem, że nie chciałam tego. Przyszłam Ci powiedzieć, że kocham Cię tak bardzo, że aż Cię nienawidzę, bo chcę odejść, ale Ty mnie tu zatrzymujesz. Nie słowem, bo wiesz, że tego oczekuje. Wiesz, że jedynym co chcę usłyszeć jest to Twoje 'zostań córeczko'. Zatrzymujesz mnie paskudną, niszczącą od wnętrza nadzieją, że potrafię nas jeszcze uratować. Odbudować. Jesteś moim tatą, muszę Cię kochać, bo nie mam nikogo innego. A ty... - Otarła grzbietem dłoni skapujące po policzkach łzy. - ...a Ty powinieneś być ze mnie dumny przez wzgląd na wszystko to co się wydarzyło. Nie poddałam się, czyż nie tego mnie uczyłeś? Wytrwałości, walki o swoje, walki o to w co się wierzy. Kocham Cię tak intensywnie, że aż boli mnie wszystko w środku. Kocham Cię, bo mama cię kochała. Kocham Cię, bo pamiętam jak opatrywałeś w dzieciństwie wszystkie moje rany i jak tuliłeś mnie do boku bym się nie rozpłakała. Kocham Cię pomimo tego jakim jesteś gburem i egoistą. Kocham Cię bardziej niż to sobie wyobrażasz nawet jeśli mi nie pozwalasz i robisz wszystko bym odpuściła. Kocham Cię, bo nie potrafię inaczej. Wybacz więc, że zawracam Ci dzisiaj głowę. Po prostu musiałam w końcu to z siebie wyrzucić, bo ta miłość zaczyna mnie przytłaczać.
Mówiła i płakała, płakała i mówiła, a on patrzył nad nią z dłonią zawieszoną w połowie drogi do ust. Nie spodziewał się, bo nie dawała mu żadnych znaków. Mijali się każdego dnia. On szalał z żalu i tęsknoty, a ona tak nienaturalnie mocno przypominała mu Molly, że aż nie był w stanie na nią patrzeć. Miała jej oczy i jej usta. Tylko burza jasnych, pszenicznych włosów odziedziczona po babce Horan świadczyła o bliskim powiązaniu. Zazgrzytał zębami wsłuchując się w monolog, który choć poruszający nie był rzeczą stosowną. Powiedział jej nie raz i nie dwa, co sądzi o tego typu wypowiedziach. Chciała mu zamieszać w głowie, zmusić go do otworzenia się na silniejsze bodźce. Nie był na to gotowy. Jeszcze nie przetrawił wszystkich boleści. Dopiero głos Morgan dochodzący z półpiętra oprzytomnił go na tyle by mógł podnieść sparaliżowane ciało z siedziska. Przerażało go to wszystko co mogło przetoczyć się przez ten dom za sprawą jej zbyt pochopnie podejmowanych decyzji.
- Chcesz odejść? Nie będę Cię zatrzymywał, ale jeśli opuścisz mury tego domu nie mając tego pozwolenia z przykrością muszę stwierdzić, że nie będziesz miała po co tu wracać Annabelle. Powiedz mi tylko jedno, on jest wart aż tyle? Twoja przyjaciółka jest tyle warta? Kiedyś potrafiłaś obejść się bez nich. - Wstrzymała oddech. Co to miało do rzeczy? Przeprowadzka była jej sprawą, nie Holdena i nie Lee, która ostatnio faktycznie przechodziła samą siebie. To ona osobiście dusiła się wszystkimi niedopowiedzeniami. Nie chciała odchodzić, chciała być tu przy nim by móc pocieszyć go w odpowiednim momencie, ale nie była też samobójczynią. Trwanie w bezruchu zabierało jej zbyt wiele energii. Beznamiętna wypowiedź ojca uderzyła tam gdzie trafić zapewne miała. W sam środek serca. Wyżłobiła w komorach wielką wyrwę z której fontanną tryskała czerwieniejąca krew. Mógł na nią wrzeszczeć, mógł rzucać przedmiotami i wyzywać świat najgorszymi epitetami jakie przyszłyby mu do głowy. Nie, on wolał rozegrać to taktycznie, jakby wcale nie rozmawiał z córką, a z kontrahentem.
- To groźba tato? - Bo tak właśnie to odebrała. Kpiną by było gdyby teraz zaplątawszy się we własnych obawach zmieniłaby zdanie. Nie. Nie tak ją wychował. Przynajmniej to powinno było go cieszyć. Trzymała się swojego zdania i nie traciła gruntu pod nogami chociaż on telepał gwałtownie przestrzenią, w której się znalazła. Zaparła się w sobie. Wbiła paznokcie w jego ochronny pancerzyk i pozostała niewzruszoną. Wyrazy przelatywały gdzieś obok jej uszu i choć słyszała je wyraźnie to postanowiła zignorować wszystko to czym chciał ją przywiązać do tego domu. To były tylko ściany. Pomalowane na mleczno kawowy odcień nie stanowiły zabezpieczenie przed zbliżającym się z impetem kolejnym kłamstwem. Sztuka trwać musiała. Aktorzy jednej roli odpadali, schodząc z piedestału i ustępując miejsca innym, bardziej utalentowanym jednostką.
- To rada kochanie, żadna groźba, chyba że chcesz ją za taką uważać? - Mogła, ale nie chciała. Groźby powinny brzmieć inaczej, powinny wywoływać nieukrywaną panikę, tymczasem ona została nią ledwie połechtana. Dała sobie jednak spokój z dręczeniem go własną osobą. Przywykła. Otwierała się. Obrywała w twarz. Milkła na jakiś czas, a później znów wracała i schemat się powtarzał. Odtwarzali to przedstawienie z dokładnością zegara. Każdego miesiąca tuż przez dniem jej śmierci. Każdego miesiąca na dwadzieścia cztery godziny przed jej odejściem.

- Co chcesz z tym wszystkim zrobić? Ona stara się to zrozumieć, nie możesz na każdym kroku odtrącać jej z byle powodu. Każdy kiedyś umiera Victor, nie jesteśmy w stanie zatrzymać ich na zawsze przy sobie. Będziemy jeszcze mieć dzieci, ale co zrobisz gdy ona też Cię opuści? Nigdy już nie będziesz mógł jej tego powiedzieć na głos, nigdy nie przytulisz jej do siebie i nie pocałujesz jej w czoło, a ona Ci nie odpowie. Pomyśl tylko o tym, co wtedy poczujesz? Będzie w tym jakaś słuszność? Pogodzisz się z tym? Dasz sobie radę? - Poklepał miejsce na swoim udzie zapraszając ją wzrokiem. Morgan była jedną z tych kobiet, które nie pytają o powód złości, które nie szukają przyczyny, po prostu są na wyciągniecie dłoni gdyby chciało się z kimś porozmawiać, przed kimś odtworzyć. Była jego najlepszą przyjaciółką. Nigdy nie ukrywał, że nie obdarzy ją miłością tak silną na jaką zasługiwała. Nie kłamał jej w żywe oczy obiecując zdobycie gwiazdki z nieba i kolejnych nieodkrytych jeszcze szczytów. Szanował ją. Darzył zaufaniem i wspierał gdy było jej to potrzebne. Splótł ramiona na jej wąskiej talii. Dylan był dziełem przypadku, lecz zrodził się z niego cud, a później Bóg zorientowawszy się co utracił postanowił im go zabrać.
- Nie odtrącam jej, nie potrafię jedynie spojrzeć jej w oczy by powiedzieć, że osiemnaście lat życia, które pamięta są kłamstwem. Nie byłem dobrym ojcem. Stawiałem na rozwój jej intelektu zapominając przy tym, że moje dziecko ma i duszę. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że w wielu perspektywach ta moja mała, szalona dziewczynka, jest bardziej odpowiedzialna niż ja sam. - Uśmiechnął się gorzko. Nie był neandertalczykiem. Zdawał sobie sprawę z wielu rzeczy, o których nie mówił. Których nie wypowiadał na głos. Jak te jej nocne eskapady do jego pokoju. Budził się w środku nocy i widział jej zaczerwienioną twarz. Poprawiał koc, nie spał już do rana, by tuż przed świtem przymknąć powieki gdy jego dziecię usiłowało uciec niezauważone. Taka słodka tajemnica. Dawała mu świadomość, że nie upadł dostatecznie nisko by nikt nie był już w stanie go pochwycić. Nie mógł jej nie kochać. Po prostu nie potrafił z siebie tego wyrzucić. Po śmierci jej matki zapomniał jak powinny brzmieć te słowa, gdy wypowiadałby je w skupieniu. Czuł się niegodnym ignorantem, który nie zasługiwał na miłość, na bliskość, na odpuszczenie wszystkich win.
- Na twoim miejscu powiedziałabym jej to wszystko co powiedziałeś właśnie mi. Poradzi sobie z tym, jest silniejsza niż jesteś w stanie to pojąć. Pamiętasz co powiedział ten jej Li, gdy był tutaj za pierwszym razem? - Gdy dzwonił do Liama Payna nie wiedział, że ich drogi kiedykolwiek połączą się powtórnie. Chwilowy impuls mówiący 'zrób to, jesteś jej to winien stary idioto'. Wykręcił numer, odsłuchał standardową formułkę elektronicznej sekretarki, obiecał wpłacić na jego konto odpowiednią kwotę, podał adres, a później rozmyślił się i odstawił sprawę na bok. Chłopak i tak stanął przed jego drzwiami przedstawiając się z rozbrajającą pewnością siebie. Co wtedy powiedział? Trudno byłoby mu o tym zapomnieć 'Nie wiem czy pan nie wie, czy struga pan idiotę, ale pańska córka nie liczy na pana pieniądze, ona liczy na pana miłość, a jeśli nie potrafi jej pan tego dać, to liczy na to, że pozwoli jej pan znaleźć kogoś na kogo będzie mogła przelać te uczucia. Więc zapytam tylko raz. Dlaczego jest pan wobec niej takim gnojkiem?' Piętnastoletni dzieciak wytykający mu pierwszą, największą, najbardziej widoczną wadę. Brak serca. Zatrzasnął mu drzwi przed nosem wracając do prozaiczności przerwanych zajęć.
- Ona wie Morgan, wie, że ją kocham i że nie pozwolę jej skrzywdzić. - Musiała to wiedzieć. Srebrnowłosa kocica wskoczyła w ramiona jego kobiety, skupiając na sobie całą uwagę właścicieli. Nie miał już tyle wewnętrznej energii by zaryzykować i stracić kolejny raz. Był tak przerażony jak dziecko postawione samotnie przed bramą sierocińca. Oddane, porzucone, wygnane z prawdziwego domu - Wie to na pewno. - Rozgrzeszał sam siebie. Łechtał swoją próżność nie chcąc zrobić kolejnego kroku. Wypełnił stos firmowych formularzy, przeanalizował dwie świeże umowy, wypił szklankę Whisky, włączył nastrojową muzykę żegnając żonę. Kiedyś byli sami. Tylko on i Annabelle i na przekór wszystkiemu było im dobrze.

Pachnący świerkiem parkiet zatrzeszczał pod jego bosymi nogami. Stał w holu dobrych dwadzieścia minut zanim zdecydował się otworzyć drzwi pokoju córki. Spokojne nuty Mozartowskiej sonaty przepełniały ciszę. W kącie wciąż pracował filtr powietrza. Palcem stopy wcisnął gigantyczny wyłącznik żałując od razu swego kroku. Dopiero teraz poczuł jak gwałtownie i mało rytmicznie bije jego ojcowskie serce. Spała tam, wśród poduch i kołder, przyciskając do piersi babciny stary sweter, pachnący jej matką. Łzy zakręciły się w jego stalowych oczach. Ta woń też była kłamstwem. W te dni, gdy katowanie samego siebie przynosiło mu satysfakcję wybrał się do perfumerii. Zakupił stos aromatycznych specyfików. Wybrał te, które najbardziej, najintensywniej przypominały mu zapach Molly. Gdy kładła się spać i gdy po całym dniu wypuszczała z rąk swoje ulubione ubranko, on spryskiwał je tą swoją czarodziejską mieszanką. Było tak jakby wciąż istniała, choć nie mogli z nią porozmawiać.
- Annie? - Zbliżył się do niej poprawiając koc zwichrowany na jej brzuchu. Nie odpowiedziała. Właśnie tego oczekiwał. Skupienie. Szczęka zacisnęła się tak mocno, że niespodziewanie poczuł ból całej twarzy. Dotknął palcami jej zimnej dłoni. Przejechał nią po jasnych, niedostrzegalnych dla niepoinformowanych, bliznach. Gdyby wtedy odeszła co robiłby dzisiaj? Czy równie podłym byłby dla Dylana? Czy zamknąłby się w sobie udając, że tak musiało być? Że to Boska rzecz, że trzeba się z nią pogodzić? Nigdy nie wierzył w siłę wyższą kierującą ich losami. Wierzyła w nią za to pewna słodka dziewczyna. Studentka malarstwa, która pokazała mu jak z ciemnych farb można stworzyć nowe przepiękne kolory. Oddychał przy niej pełną piersią nie bojąc się jutra. Marzył jak ten idiota o całej wieczności. Szkoda tylko, że owa wieczność trwała tak krótko.
- Kocham Cię córeczko - szepnął zawstydzony wiedząc, że nie będzie w stanie tego usłyszeć, nie pojmie tego, nie dowie się, nie odpowie tym samym i nie zada tego głupiutkiego pytania 'dlaczego nie powiedział jej tego wcześniej?' Tuż spod łóżka wystawała turkusowa łapka troskliwego misia. Różni ludzie mają swoje śmieszne, małe talizmany. Pierwszy mleczny ząb, pierwsza zarobiona jednodolarówka, łuska karpia zeskrobana w Wigilijny poranek. Ona miała tego rozpadającego się, potwornego pluszaka. Na biurku przy stosie książek stała fotografia. Roześmiana kobieta głaszcząc się po brzuchu otwierała usta mówiąc coś do kogoś kto zniknął po drugiej stronie obiektywu. W kadr wdarł się również pyszczek niedźwiadka. Zacisnął wściekle powieki wiedząc, że nie da się cofnąć czasu. A jeśli umrę, zaopiekujesz się nią nawet jeśli będziesz wiedział, że sobie nie poradzisz? Nie miał wątpliwości. Zaopiekowałby się nią nawet gdyby miał przez to zginąć - Kocham Cię - powtórzył raz jeszcze całując jej jasne spocone czoło.

Chciałam dać Ci na imię Hope, bo byłaś moją ostatnią nadzieją. Chciałam dać Ci na imię Love, bo nie miałam innej ważniejsze miłości ponad Ciebie. Mogłaś być też Destiny, bo stanowiłaś przeznaczenie. Bądź Faith, bo wierzyłam w Ciebie tak mocno jak w nic innego na tym pogmatwanym świecie. Stałaś się Annie. Zrodziłaś się z mocy i siły, której nie potrafię opisać. Pachniałaś intensywnie słodkością tak, że mogłabym Cię schrupać. Leżałaś zawstydzona swoją bezradnością na mojej piersi i mruczałaś coś cichutko, przecierając łapkami pomazaną krwią twarz. Wcale nie wyglądałaś wtedy uroczo, choć dla mnie byłaś cudem. Najistotniejszym, który mnie spotkał. Nie odeszłam od razu. Pozwolili mi zostać przy tobie by pożegnać się czule. Tkwimy, więc w tym momencie w sali porodowej. Ja, Ty i Victor tuż za drzwiami. Nie przetrwam długo, czuje to. Moje serce bije coraz słabiej. Za to Twoje trzepoce niczym skrzydła małego koliberka. Tak bardzo, bardzo mocno chciałam Cię mieć. I on też Cię chciał choć pewnie nie będzie potrafił Ci tego powiedzieć. Kiedyś dowiesz się jacy są mężczyźni. Jakie ciepło skrywa się pod kamiennymi posturami i pojmiesz, że przez te wszystkie lata miałaś kogoś po swojej stronie.
Wiesz Skarbie, gdybym dzisiaj miała podjąć decyzje byłaby ona identyczna, taka sama. Niczego nie żałuje, niczego nie poddaje wątpliwości. Będziesz wielka. Będziesz wszystkim tym o czym marzyłam, całym tym czego pragnęłam. Będziesz śpiewać, biegać, malować, krzyczeć w złości i płakać w radości. Będziesz żywa. Błyszcząca. Idealna. Nie wymyśliłabym sobie Ciebie lepiej. Niczego bym nie zmieniła. Widzę go w tobie, a przez to kocham Cię jeszcze mocniej. Opiekuj się nim. Kiedyś zrozumiesz, kiedyś wszystko zrozumiesz moja mała księżniczko.

Osiemnaście niebieskich róż. Osiemnaście kujących gałązek orających głęboko jej dziewczęce palce. Każdego roku msza w cmentarnej kaplicy, osiemnasta z kolei. Osiemnaście zapachowych świec o woni cynamonowej szarlotki. Mdlący intensywny zapach świątecznych wypieków. Cztery pory roku Vivaldiego. Przestrzeń zapełniona nieznanymi jej ludźmi. Zawodzącymi, modlącymi się, wspominającymi. Wstała kilka godzin wcześniej chcąc tu być pierwszą. Podpaliła kadzidełka, ustawiła rzędem bukiety. Jej matka tak naprawdę umarła majową porą w sześć godzin po jej przyjściu na świat. Umarła w pełnym słońcu z nią w ramionach. Umarła przy dźwiękach ulubionych symfonii. Przy tym wszystkim co kochała najbardziej, u boku mężczyzny, który był całym jej światem. Owy mężczyzna nie był jednak gotowy by ją utracić. Nie pożegnał się. Nie pocałował jej chłodnych ust. Opowiadali jej setki razy jak zażądał niekończących się resuscytacji. Jak walczył o każdy jej oddech. Jak siedział przy niej godzinami obserwując tłoczące, skrzypiące i pikające machiny. Jak dojrzewał do tego by ją utracić. Jej matka odeszła w maju, gdy skowronki za oknem swym trelem dopieszczały zakochanych. Gdy trawa zieleniła się soczyście, gdy nikt nie myślał o tęsknotach łechtany chwilą cudowną. Żałowała, że zabrakło jej pamięci by zapamiętać tamten czas. Miała kilka fotografii, trochę wyrwanych z pamiętnika stron zapisanych jej schludnym pismem. I miała ten jej list, niedokończony gdy brakło świadomości i czucia. Z wszystkich możliwych sił pragnęła być jej ideałem. Z wszystkich myśli ułożyć chciała hymn podzięki kierowany w jej stronę. Usta zadrżały pierwszym intensywnym impulsem. Odgarnęła z oczu jasny pukiel. Coraz intensywniejsze głosy i szepty podpełzające niespodziewanie, niespiesznie. Wyprostowała się sztywniejąc mimowolnie. Te ich opowieści. Te wszystkie anegdoty. Te niepozorne żarciki mające uświetnić jej pamięć. 'Pamiętasz Vi, gdy tuż przed waszą studniówką Mol postanowiła z Tobą zerwać? Kupiłeś jej dwa tuziny migdałowych czekoladek chociaż godzinami przypominała Ci, że ma na nie uczulenie.' Uśmiechnęła się z czystej sympatii do poczciwego Josha. Właściwie tylko on nie zwariował przez te wszystkie lata. Nie udawał, że czas wszystko uleczył. 'Albo te wasze ciągłe afery o to kto jest ważniejszy w tym związku, zawsze i tak wygrywała Mol.' Miło było posłuchać o tym, że jej ojciec kiedyś, gdzieś tam, po innej stronie galaktyki prowadził całkiem bogate życie emocjonalne. To tak jakby opowieść z zamierzchłej prehistorii. Podobno na ziemi istniały dinozaury, choć nikt ich nie widział, mamy tylko te szkielety przekazane w dziwnych okolicznościach. Aromat ananasowych żelek rozniósł się łukiem tuż przy jej boku. Przygryzła wewnętrzną część policzka ignorując głośne burczenie w brzuchu.
- Otwórz usta. - Chrapliwy przyjemny głos był na tyle kuszący, że nie zapytała nawet o przyczynę tego dziwacznego zabiegu. Zrobiła co kazał. Twardawa słodycz spotkawszy się z jej śliną wydzieliła pierwsze owocowe soki. Jęknęła, więc zadowolona wstydząc się za samą siebie. Tak, zdawała sobie sprawę z tego jakie to płytkie i pozbawione godności, ale przecież miała prawo do chwili oddechu, czy nie? Nieistotne. Zespoliła swoje palce z dłonią przybysza. Trzy lata temu, gdy jak ta wariatka starała się ukryć wszystkie łączące ją z rodziną cechy, i gdy farbowała włosy na czekoladowy odcień brązu, gdy wcale nie wyglądali z Niallem jak bliźniacy, wszyscy brali ich za parę. Nawet jej to nie przeszkadzało. Przy nikim nie czuła się tak pewnie jak przy nim właśnie. Bo on nie pytał o przyczynę smutku wiedząc, że jedyną rzeczą której pragnie nie jest rozmowa lecz dotyk bliskiego człowieka. Nie analizował z nią zamówień w barach szybkiej obsługi widząc, że dietetyczną sałatkę popija zawsze tuczącym niezdrowym, słodkim do wściekłości koktajlem czekoladowym. Nie spędzał godzin na zastanawianiu się, czy lepszym na wieczorny seans będzie seria x menów czy stos idiotycznych romantycznych komedii. On wcale nie musiał się wysilać bo znał ją lepiej i głębiej niż ktokolwiek inny.
- Pamiętałeś? - Nie przypomniała mu w tym roku. Za dużo się zmieniło, zbyt wiele różnych sprzeczności w nich uderzyło by mogła się domagać jego całodobowego pobytu u swego boku. Tak, wszyscy o niego pytali. Gdzie ten mały, nieśmiały Horan co to pół świata podbił, jeśli nie cały? Tłumaczyła to z cierpliwością godną adwokata. Na dobrą sprawę on też jej nie znał. Nie była dla niego rodziną, dalszą czy bliższą, była kobietą , w której zakochał się jego wuj. Nikt nie miał prawa wymagać od niego silnych przeżyć. Każdorocznego umartwiania się, czy zadumy nad jej marmurowym grobowcem. Dziwne, pomimo wszystko zawsze się stawiał w kaplicy przy lipowej alei. Przesunęła się bliżej jego ramienia. Głowę oparła na kołnierzu marynarki. Przymknęła powieki przypominając sobie zeszłoroczne przemówienie. 'Nigdy nie znałam mojej matki. Umarła, gdy byłam zbyt mała, by cokolwiek pamiętać.' Dwa zdania wyjaśniające całą sytuacje. Dwa zdania, które w którymś elemencie zaczynają być kłamstwem. 'Widzę ją w lustrze gdy przechodzę holem o poranku. Mamy taki same oczy i usta też mamy podobne choć moje są mniej pełne niż jej. Nie znałam jej, ale każdy kto miał przyjemność przebywania w jej świecie powtarza mi jak bardzo jestem do niej podobna. Problem tkwi w tym, że ja nie chce być nią w sposób powierzchowny, chcę być nią w środku, w sercu i duszy. Trudno tego dokonać. Nie mogę postawić się na równi z aniołem, nie mogę przeskoczyć wszystkich wyznaczonych przez nią rekordów. Chce po postu żeby była ze mnie dumna. Tylko to i aż tyle.'
- Trudno jest o tym zapomnieć, Annie. - To imię brzmiało tak bezpiecznie w jego ustach. Nic nie mogło go tam skrzywdzić, nic nie mogło mu zaszkodzić, zatruć go czy spopielić. Gdyby tylko mogła wrócić do czasów w których istnieli tylko we dwoje bez nienawistnych spojrzeń wokół, gdyby mogła cofnąć się by nauczyć się na pamięć wszystkich jego uśmiechów, gdyby chociaż miała moc zapamiętania wszystkich jego spojrzeń. Brakowało tego w jej pustce. W samotności pokoju, w półmroku sypialni dotykała jego twarzy wykrzywionej radością i nagle wracały wspomnienia. Błysk uciechy, migotanie przyjemnego spełnienia. Pięćdziesiąt pięć dni do operacji. Pięćdziesiąt pięć dni do ostatecznego rozrachunku. - Ktoś uparł się, że musi Cię przeprosić. - Ktoś, przeprosić, uparł się. To połączenie było niebezpieczne. O stokroć bardziej śmiertelne niż wybuch epidemii nowej niezbadanej choroby. Potrafiła to połączyć, a to co stało na końcu tej zagadki wcale, a wcale jej się nie podobało. To nie był odpowiedni dzień na kłótnie. - Nie pozwoliłem mu przyjść. - Impulsywnie przesunęła wilgnymi wargami po jego gorącym policzku. Nie zastanowiła się jak odbierze to publika. Nie zadała sobie pytania czy tak można, czy jego to odbierane pozytywnie, czy przekracza pewne granice dobrego smaku, czy może w ogóle sobie na to pozwalać? Jej pierś poruszyła się gwałtownie wypełniona nowym napływem powietrza. Louisa nie było w pobliżu, nie miała czego się obawiać. Dlaczego, więc radość przechodziła płynnie w smutek? Rozumienie samej siebie pozostawiało wiele do życzenia.
- Jak on się czuje? - Męskie ramię spoczęło na jej barku dotykając palcami płatka ucha. Przeciągnęła się automatycznie zachęcona pieszczotą. Pytanie istniało w jej umyśle choć nie oczekiwała odpowiedzi. Choć nie zależało jej na niej aż tak bardzo. Wystarczyło krótkie 'w porządku' w ostateczności 'wciąż żyje'. Zakończony etap egzystencji. Nie stanie na jego drodze nigdy więcej. On nigdy więcej jej nie ocali przed nią samą. Kobieta tuż obok szepnęła 'jak tak można' gdzieś z tyłu głos jej ojca odpowiedział coś z wściekłością w wyrazie. Nie zarejestrowała tej zmiany. Zbyt zmęczona była ciągłym graniem ideału, zbyt wycieńczona byciem tak cholernie odpowiedzialną. Dlaczego chcieli jej zabronić przeżywać tych marnych momentów półszczęścia, gdzie jasność biła z jej twarzy, a tęcza nie istniała tylko w zapamiętanych chwilach.
- Nie rób mi tego Annie. - westchnęła cicho, cichutko, ciszej niż zazwyczaj. Chcesz coś mieć i boisz się o to zapytać - Trzymaj się po prostu tego co znasz, tak jest bezpieczniej. - Wiedziała o tym zbyt dobrze by to zignorować, by przejść obok tego obojętnym krokiem zerkając od niechcenia z sarkazmem w całej postawie. Raz tylko straciła czujność. W szpitalu. Tuż po wypadku. Z nim zbyt blisko twarzy. Pomyślała wtedy, że mogła kiedyś inaczej wybrać. Że gdyby nie stare czasy nie byłoby współczesności. Nigdy nie poszłaby do kawiarni, którą pokazał jej Holden. Nie wsiadłaby do samochodu po kłótni z nim. Nie tęskniłaby za Annabelle, która była, a którą gdzieś po drodze zagubiła.
- Zostaje przy tym co jest dla mnie najważniejsze Niall, chyba to właśnie ustaliliśmy. - Dawna pogadanka na temat radości czerpanej z życia. Kilka niesprawiedliwych osądów wracających do nich niczym bumerang. Wieczna szczerość zraszana jej zatajaniem szczegółów. Powiedziała mu kiedyś, że nigdy go nie okłamie, cokolwiek nie stanie im na drodze, prawda będzie tym co ich oswobodzi. Miała zawsze go odnaleźć. Zawsze trzymać jego stronę. To było tak dawno temu. Nie znała wtedy połowy emocji, które sterowały nią w tej chwili. Czarne było czarne, a białe białe. Wystarczyło zerknąć by wiedzieć gdzie pójść można, a które drogi są niebezpieczne. Może wcale nie byli aż tak do siebie podobni. - Zaraz wracam, daj mi dwie minuty. - Podniosła się z miejsca wymijając cały ten tabun płaczek na zlecenie. Wszystkich tych hipokrytów wiedzących lepiej jakim było się człowiekiem. Zabawne teraz z niej kpili, gdyby jej zabrakło rzucaliby w przestrzeń puste słowa o tym jakim była wspaniałym człowiekiem. Silna dłoń przemknęła przypadkowo po jej odkrytej łydce. Oswobodzenie. Tego było jej trzeba wśród wszystkich łańcuchów do jakich została przypięta.

- Widziałaś ją Abby? Bezwstydnica. Zupełnie jak jej matka. Pomyśleć, że Horanowie dopuszczają do tego by wciąż trzymać ją pod swoim dachem. A ten mały? Kto by pomyślał, całe Zycie razem a tu proszę. Ja wiedziałam Abby, wiedziałam, że to nie jest taka zwykła zażyłość rodzeństwa. Popatrz tylko na nich. W kaplicy. Przy obcych. Niedopuszczalne. Niepojęte.
- Spróchniałe drzewo przegniłe rodzi owoce.

Dwie uspokajające tabletki popiła łykiem ojcowego koniaku. Zapisana w terminarzu wizyta u psychologa, odkładania z tygodnia na tydzień groziła pogorszeniem jej stanu. Odrętwiała jeszcze była. Czuła, że gdy tylko przezroczysta buteleczka zaświeci pustką zaczną się pierwsze schody. Przez krtan nie przejdzie kwaśnawe, podłużne szczęście. Nie spłynie ze śliną rozkładając się euforią w żołądku. Nie zbombarduje fałszywymi endorfinami bariery mózgu. Nic nie rozświetli się fałszywym słońcem. Zakwasy ściskające mięśnie dawały jej ułudne wrażenie życia. Przecież ból był dobry, przypominał o egzystencji. Czy oby na pewno? Przysiadła na mokrawej ławce zaczesując palcami włosy do tyłu. Ciemna opasła przejechała po grzbiecie głowy. Kap, kap. Kropelka po kropelce spływające z nosa resztki makijażu kończyły żywot w kaszmirowym sweterku. Zaśmiała się sama do siebie jakby wszystko wokół było tak obrzydliwie pastelowe.
- Jasna cholera! - wrzasnęło coś tuż za jej głową. Znów pozostała niewzruszona. Jakby resztkami świadomości liczyła na to, że nowy przybysz pójdzie swoja drogą nie zakłócając jej monotonnej wirówki zmysłów. - Ty sobie chyba żartujesz. - Ona? Ktoś inny? W pobliżu? W tym samym miejscu? Oparła głowę na wezgłowiu ławki wystawiając wilgotną twarz ku atakującym masowo cząsteczka wody. Ożywienie. Odprężenie. Oprzytomnienie. Jedno po drugim. Po kolei. Jeszcze raz od samego początku. Przyjemność czysta dawno niewyczuwalna rodząca się w dole brzucha penetrująca całe przykurczone ciało. - Ile tego wzięłaś? - Potrząsnęło nią gwałtownie, bezwstydnie, bez zaznajomienia się z problemem. Burknęła coś niezrozumiale odwracając lico w innym kierunku. Nie chciało jej się poruszać językiem by opowiedzieć całą historię swojego życia. To nie było w tym momencie najistotniejsze. Ważniejszym było poczucie dryfowania po bezkresie oceanu spokoju. Obce dłonie na twarzy wyprowadziły ją z równowagi. Chciała otworzyć oczy by pojąć co się dzieje. Znów zapomniała, że ślepcem się stała. Zazgrzytała zębami oznajmiając światu swoje niezadowolenie.
- Łapy przy sobie gnido - wysyczała ledwie co otwierając usta. Między radosną Annabelle, a nieśmiałą Bell istniał etap wściekłej na cały świat dziewuchy będącej wrzodem na dupsku wszechświata. Podobno przeszła przez to bez większej szkody. Nigdy nikomu nie wspomniała o tym, że istnieją takie dni, w których ma ochotę wyciągnąć tasak z kuchennej szuflady i wbić go w brzuch pierwszego napotkanego człowieka. Kontrolowała to najlepiej jak tylko potrafiła, choć chwilami ta pewność siebie przelewała jej się przez palce. Brzmiała wtedy tak nienaturalnie zbliżenie do standardowego ja, Lee.
- Opanuj się dziewczyno, ile tego wzięłaś tym razem? - Obiecała Holdenowi, że przestanie je brać. Obiecała to Niallowi. Obiecała ojcu. Obiecała Cleo. Sobie samej . Leeann powiedziała, że może robić co chce póki nie leży w rowie we własnych rzygowinach. To chyba najbardziej jej się spodobało. Przysłoniła usta dłonią, gdy lekko czkło jej się ledwie co dopitą colą. Czy niepozorne sierotki nie mogą sobie pozwolić na chwile zatracania nawet jeśli przytrafiają się one z częstotliwością powtarzających się weekendów?
- Wystarczająco wiele by Cię tolerować - zachichotała będąc przesadnie rozbawioną. Wcale tak nie wiedziała. Znarkotyzowane zmysły nie potrafiły wyłapać z całej orgii woni odpowiedniego odpowiedzialnego za rozpoznanie postaci. Tkwiła, więc z kimś zupełnie obcym odbijając w podświadomości piłeczkę z hasłem 'kim do cholery jesteś idioto'
- Oddasz mi to w tej chwili. - Długie, przeciągle, wypełnione strachem 'nie' wyrwało się z jej podrygującej piersi. Przygarnęła do boku całą torebkę mocząc usta w kolejnej porcji paskudnego napoju. Z każdym kolejnym łykiem smutek stawał się lżejszy, mogła go znieść bez umartwiania się, bez rozmyślania, analizowania. Poszłaby teraz do Tomlinsona. Poszłaby i powiedziałaby mu, że... sama nie wiedziała co mogłaby wyrzucić z siebie aczkolwiek ta myśl była tak odważna i fascynując, że aż oczy jej zapłonęły z samozachwytu i uwielbienia.
- Chcesz pić? Kup sobie. Nie dziele się alkoholem - wychrypiała przeciągając każdą sylabę. Znudziło jej się bycie tak obrzydliwie przyzwoitą, pocieszną, potulną. Potrzebowała wrócić do starych perspektyw, do karygodnego zachowania, do łamania granic niemożliwych do pokonania. Kto mógł jej tego zabronić? Nikt nie dbał o jej przyszłe życie ślepoty potrzebującej ciągłej pomocy. Zlizała z warg zakrzepły błyszczyk.
- ANNIE?!?! - O tak, już lepiej znała ten głos, wysłuchiwała go godzinami aż taśma automatycznej sekretarki zerwała się przypadkiem przeciążona kolejnym powtórzeniem. Wzruszyła beznamiętnie ramionami poklepując miejsce obok siebie. - ANNIE!! - To charczenie było jeszcze bliższe. Zamieszkiwała z nim pod jednym dachem uważając go za swojego ojca. - ANNIE?!?! - A ten słodki nektar dla uszu gładził jej podświadomość pustymi obietnicami lepszego jutra. Jej brat i najlepszy przyjaciel - ANNIE? - Za gardłowy seksowny ton dałaby się pokroić, wskoczyłaby w ogień, uciekłaby na koniec świata. - ANNIE?! - Syczące niczym stado węży, nienawistne zawodzenie Leeann coraz intensywniej działało jej na nerwy.
- ZOSTAW MNIE W SPOKOJU, ZOSTAW MNIE DO CHOLERY W SPOKOJU! - rozwrzeszczało się wniebogłosy anielskie dziecko ciemności. Płuca skurczyły się, tlenu zabrakło. Dłoń zacisnęła się na krtani, oczy pożółkły. Złapać tchu nie mogła, a chciała. Krzyczała dociskając przedramię do rozpalonego czoła. Nie pamiętała już tego stanu. On miał odejść. Miał zniknąć. Miał ulec zniszczeniu. Te glosy w jej głowie, skumulowane, świergoczące.
- Kochanie? Skarbie co Ci jest? Maleńka? Odezwij się. - Facet z taksówki. Facet wożący ją od ośrodka do ośrodka. Facet znający ją jak własną kieszeń.
- Adam?! - Zamrugała niedowierzając  Zakrztusiła się kolejny raz śliną. Dyszała ciężko niczym po biegu. Coś było nie tak. Substancja w ustanie nie miała neutralnego smaku. Była obrzydliwie cierpka. Rdzawa i słona. Z kącika jej ust popłynął karminowy płyn.
- Ann?! - Nie usłyszała już jego krzyku osuwając się delikatnie na klepki mokrej ławki.

27.12.2012

[x12] It Should've Been You



Pomyślałeś o tym, że może ja zwyczajnie boję się rozmawiać z prawdziwymi ludźmi? Obawiam się tego co stworzą w swojej głowie gdy wypowiem pierwsze słowo. Co stanie przed ich oczyma gdy otworze usta. Zawsze chciałam być sobą, przede wszystkim sobą i nikim więcej, ale współczesność ma to do siebie, że coraz częściej zamieniamy prawdę na rzecz tego co ktoś inny chce usłyszeć. Nie chcemy sprawiać bólu bliskim, nie chcemy wrzucać się z biegu w gigantyczny krater wypełniony lawą złych emocji. Chcemy zachować względny spokój i udawać, że to co widzimy i to co nas otacza, sprawia nam przyjemność. Jest całkiem inaczej niż wtedy gdy byłam dzieckiem. Ze szczerą, rozbrajającą miną podchodziłam do koleżanek ojca mówiąc im jak bardzo ich nie znoszę. Dziś muszę milczeć. Skrzywdziłam go, a on zasługuje na szczęście. Mama pewnie by to poparła. Ona zawsze stawiała tych, których kochała na pierwszym miejscu. Broniła tego co było jej miłością. Honorowa, odważna, skłonna do poświęceń. Gdybym chociaż w mikroelemencie była nią, życie byłoby pełniejsze. Ale nie jestem. Nigdy nie byłam choć zawsze chciałam. Wiesz? Dochodzę do wniosku, że mydlę Ci oczy tymi wszystkimi wywodami na temat własnego życia. Gdzieś tak między czwartą, a piatą rano gdy przebudziłam się, nieopatrzenie zgłaszając muzykę w słuchawkach, które wciąż miałam na uszach - pomyślałam, że chciałabym coś o Tobie wiedzieć. Jaki jest Twój ulubiony kolor? Czy płaczesz na romantycznych komediach? Czy ptasie mleczko jesz w całości czy obgryzając czekoladę dochodzisz do jego wnętrza? Wolisz truskawki czy maliny? Filmy czy książki? Na którym boku zasypiasz? Wiem, bez sensu. Nawet Cię nie znam. W zasadzie dla zachowania bezpieczeństwa powinno tak zostać. Co jeśli zabierasz ze sobą te listy, przyczepiasz je do rozwieszonego w mieszkaniu sznura i planujesz jak zabić kolejną ofiarę? Wybacz, ostatnio za dużo czasu spędzam nad kryminałami. Wciskam Play, a słowa lektora sączą się do mojego umysłu wywołując strach. Ja chyba chce umrzeć. Niezaprzeczalnie pędzę ku temu niczym ten samobójca co to skoczył w zeszłym tygodniu z wieżowca ulice dalej. Nieuważnie zebrali z chodnika resztki jego czaszki. Kiedyś by mnie to przeraziło. Dzisiaj zadałam sobie tylko jego pytanie 'czy było mu aż tak źle?' mi jest. Przepraszam jeśli sądziłeś, że zaczyna mi się poprawiać. Też tak uważałam. Tylko, że... spotkałam kogoś. Żadna miłość od pierwszego wejrzenia czy choćby sympatyczne upojenie. Spotkałam siebie. On jest mną i chyba właśnie to sprawia, że tak trudno mi jest go zaakceptować. Bo przecież jestem miła. Cholera, potrafię być miła. Mam w sobie wielogłębinowe pokłady dobrych uczuć, a on wydobywa ze mnie tylko te złe. Coś jest ze mną nie tak. Powiesz 'Jeśli Cię drażni nie spotykaj się z nim', ale co jeśli bardziej mnie hipnotyzuje niż denerwuje? Czuje, że mogłabym mu pomóc i sobie też na przekór wszystkiemu. Odłożyłam dzisiaj środki nasenne. Nie mam po nich snów. Zasypiam się i budzę w jednej pozycji jakbym wcale nie spała. Nic nie pamiętam, a pamiętać chcę. Ubzdurałam sobie, że wymyśle jak to wszystko rozwiązać. Droga jest długa. Gin z tonikiem kończy się w kubku. Tak wiem, miałam nie pić. Kiedyś mi się uda. Jeszcze nie teraz. Czym mam zabić wszystkie potwory jeśli brakuje mi miecza? Słońce wstaje. Kichnęłam dwa razy gdy jego promienie doleciały do moich nozdrzy. Pewnie zaraz wstaniesz, ja właśnie kładę się spać. Miłego dnia nieznajomy i spokojnej nocy.
Annie

Przykrótka spódnica podwinęła się niestosownie, ukazując koronkę pończoch, gdy założyła nogę na nogę. Od dawna nie bywała w takich miejscach. Victor wolał wyrafinowane środowisko pasujące klasą do jego statusu społecznego, ona też to ubóstwiała na swój egoistyczny sposób. Korzystała z jego szczodrości topiąc się w luksusach, które zarezerwowane były jedynie dla nielicznych. Za nic miała miny otaczających ją ludzi. To tylko zazdrość. Tak sobie myślała. To tylko zawiść. Dopowiadała jej podświadomość. Kruczoczarne włosy falą zawisły nad krągłym choć niedużym biustem. Uśmiechnęła się do towarzyszy, a metal kolczyka utkwionego w języku zabrzęczał tracony o szkliwo zębów. Chciała zniszczyć wszystkie urocze fantazje małej Horan, chciała wbijać powoli szpilki w jej ciało delektując się każdą morderczą sekundą, chciała odebrać wszystko i zyskać wszystko. Należało jej się to, miała do tego prawo. Zignorowała odejście Holdena, bo wciąż słuchał jej rad lecz nagle z minutą jego buntu cały pakt o nieagresji został unieważniony. Leeann Mitchell nie dzieliła się swoją własnością z pierwszym lepszym elementem. Leeann Mitchell sama decydowała o ty kiedy miało nadejść rozstanie. Ciemna szpilka opadła na kamienną posadzkę kanapkarni. Miała ochotę zapalić lecz jak na złość miejsca palaczy oblężone były przez stado podstarzałych typów niegodnych jej uwagi. Uszczknęła kawałek świeżej bagietki wsuwając czubek pieczywa między pełne wargi. Perwersyjna była istotnie. Nigdy nie kryła się ze swoją seksualnością, a wręcz przeciwnie traktowała ją jako swój atut.
- Chcesz wiedzieć dlaczego je pisałam? - zapytała o to raz blondynkę gdy po raz setny z kolei zmieniały zakończenie, którejś z kartek. Cóż ona wtedy odpowiedziała? Coś pomiędzy 'dla oczyszczenia' a 'z potrzeby serca'. Idiotyzm. Płacąc setki tysięcy rocznie na psychiatrę niepotrzebne było jej struganie wariata, a miarę wszystkich tych pozamykanych w szpitalach ewenementów. - Chyba znów na przekór wszystkiemu chciałam poczuć się dzieckiem, które wierzy w całe dobro rodzące się w głębinach ziemi, w dobro, które kiełkuje z natury i swoimi barwami, krajobrazami zachwyca nas do tego stopnia, że nie jesteśmy w stanie pozostać obojętni asymilując się z darami wyższej mocy. A może zwyczajnie znudziły mi się te chore stereotypy, w których widziano mnie na kozetce kupionej z przeceny? Opowiadającej żerującemu na mnie karierowiczowi o tym jak bardzo przeraża mnie to co dzieje się ze współczesnymi ludźmi? Chciałam chyba być inna i chciałam wierzyć, że pomogę nie tylko sobie, ale i temu kto dostanie tą moją bezsensowną pisaninę. - Wzruszyła beznamiętnie ramionami starając się brzmieć jak najbardziej przekonywująco. Dzięki Bogu spędziła z Annie tyle czasu, że w jednym małym paluszku miała cały tok jej rozumowania. Całkiem wyrwany z kontekstu. Pozbawiony chociaż grama sensu. Bujający gdzieś między fikcją, a rzeczywistością. To nie świat schodził na psy to ludzie ułomni nie potrafili się dostosować do nowych ról, kierunków, systemów. Do wszystkiego tego co ewoluowało z biegiem czasu.
- Wyglądasz całkiem inaczej niż sobie Ciebie wyobrażałem - pomyślała o jego naiwności. O tym wielkim 'nic' co istniało w jego głowie. Zastanawiało ją czy gdyby podała się za przybraną córkę Królowej Matki to też przyklasnęliby w dłonie słuchając płynących z jej ust farmazonów? Czy rzuciliby się w jej kierunku ze sprawami, które miałaby przedłożyć swej zacnej matuli? Zatrzepotała firanką ciemnych rzęs. Duszność w pomieszczeniu i źle ustawiona klimatyzacja były jedynym powodem jej zaróżowionych policzków. Dla tego romantyka po drugiej stronie stolika musiało być to arcy uroczym zjawiskiem. Zaśmiała się w duszy wiedząc jak podły los jej sprzyja.
- To dobrze czy źle? - rzuciła w rozbawieniu trącając palcami nóg jego niesprawną nogę. Bawiło ją to wszystko. Ta jego mentalna niewinność, ta powściągliwość względem jej osoby, to ich zauroczenie całą jej postawą. W prawdziwym życiu nie zwróciłaby na nich nawet uwagi. To nie ten typ faceta za którym biegnie się z wywieszonym językiem. Żal byłoby jej drogiego obuwia i stóp, które tak łatwo mogłyby przestać być jedwabiście gładkie. Wbiła w nich spojrzenie ciemnych zainteresowanych ślepi. Zielonooki kręcił kółeczka słomką zatopioną w czekoladowym koktajlu, Pan Niesprawny natomiast przysiadłszy w kąciku obserwował ją bez żadnego skrępowania. Tylko czasami gdy łączyła z nim spojrzenie udawał, że wcale nie patrzył. Że to przypadkiem akurat znalazł się w polu jej wzroku. Pocieszny był niczym ten mały bezdomny kundelek. Tylko, że z reguły te wychudzone, spragnione domowego ciepła stworzonka są zawszone i zarobaczywione, a ona nie miała ochoty tracić czasu na eskapady po klinikach weterynaryjnych. Przekręciła lekko głowę opierając ją na własnym barku.
- To... - zastanowił się dłużej niż powinien. To, że nie była jego ideałem nie znaczyło, że nie mogła się nim stać. Miała swoje sposoby, triki godne polecenia i powielenia - ...dobrze - Pochlebiacz. Kulturalny idiota chcący wszystkich zadowolić. To właśnie kończyło się najbardziej tragicznie. Wyciągnęła do niego dłoń w przestrzeń wsuwając mu w usta kawałek oderwanej kanapki. Rozchylił posłusznie wargi. Był tak spragniony zainteresowania, że nie stanowił wyzwania. Jedynie chłopak z bujną kręconą czupryną zerkał podejrzliwie na jej poczynania. Raz skrzywiła się mechanicznie okazując obrzydzenie. Musiał to wyłapać, a może ona starzejąc się zaczynała być coraz bardziej przewrażliwiona? Tak, to musiało być to. Jako chodząca puszka pandory nie miała zapisanego niepowodzenia w genotypie.
- To dobrze, że dobrze. - roześmiała się iście dziewczęco imitując to słodkie szczebiotanie Horanówny. - Zaczynałam się bać, że możesz mi uciec. - Rzygać jej się chciało od tego całego love story. Gdyby miała pistolet przystawiłaby go sobie teraz do skroni i pociągnęłaby za spust. Nie była nauczona tego przesadnego łaszenia się, przymilania, ocierania komplementami. Ona dostawała wszystko na spodeczku przystrojonym podwójną porcją bitej śmietany. Westchnęła odpędzając od siebie chęć ziewnięcia. - Co więc robicie gdy nie czekacie na moje listy? - Wciąż niepokoił ją ich znajomy wygląd. Może widziała ich w jakimś dokumencie o chorej umysłowo młodzieży? A może przewinęli się w jakiejś reklamowce drugiej kategorii promującej nowo otwarty supermarket?
- Segregujemy książki w bibliotece miejskiej. - rzucił zielonooki zwracając jej uwagę - Pracujemy w bibliotece. - powtórzył to raz jeszcze jakby brał ją za kretynkę, która nie miała pojęcia czym jest 'biblioteka'. Wywróciła teatralnie oczyskami nie dając mu się sprowokować. Tak, musiała kiedyś przelotem ich widzieć, gdy wypożyczała dla Annie kolejne tomy bezsensownych czytadeł z których nic nie wynikało. Czy mogło być jeszcze gorzej? Czy dało się trafić w jeszcze bardziej nudne towarzystwo? Sięgnęła po upstrzoną wodnymi kropelkami, zimną szklankę. Pociągnęła łyk napoju pozwalając sobie na chwilę przemyśleń. Trudno, rozpoczęła grę, będzie musiała ją poprowadzić nie zrażając się kiepskim materiałem, z którego zostali zbudowani jej towarzysze.
- Interesujące - rzuciła po chwili z przesadnym entuzjazmem - Kocham czytać. - Przedstawienie czas zacząć.

- Zayn, on jej nie kocha, co Ty bredzisz? - W przeciągu szesnastu godzin wysłuchał iście szalonej historii o niespełnionej toksycznej miłości. Przyjmował to ze spokojem, od czasu do czasu, uśmiechając się jedynie półgębkiem w stronę przyjaciela. On wiedział i Annie wiedziała, że niemożliwym jest zapałanie do kogoś tak silnymi uczuciami, po dwóch dniach znajomości. Widać ktoś tu przesadził z wieczornymi seansami brazylijskich telenowel. Bo chyba tylko tam absolutnie każdy ma romans z każdym po raptem jednym zamienionym zdaniu. Dawniej, gdy mieli może trzynaście lat, rozkładali się na dywanie przed starym telewizorem, włączali odpowiedni kanał i traktowali te wszystkie 'zjadacze czasu' jak najlepsze komedie wszech czasów. Wyłączali głos i dubbingowali je, wkładając w usta aktorów najgłupsze teksty jakie byli wstanie wymyślić. Śmiali się w głos pochłaniając tony tuczącego popcornu. Popijali to wszystko malinową herbatką i wiedzieli, że nigdy nie będą w stanie tego zapomnieć. Kochał spędzać z nią popołudnia. Cokolwiek by się nie działo i czegokolwiek by nie robili, wiedział, że ma u swego boku kogoś kto kocha go równie mocno co on jego. Zaprzedałby duszę diabłu jeśli to miałoby przynieść jej ocalenie. Dlatego też teraz nie dowierzał w te sensacje. I co z tego, że i on zauważył narastające napięcie między tym dwojgiem? Co z tego, że w toalecie koncertowej areny wyczuł na niej gram jego intensywnych perfum? Gdyby coś się działo wiedziałby o tym. Ona by mu powiedziała. Nie mieli przecież przed sobą tajemnic. Czy oby na pewno?
- Daj spokój nie wymyśliłem sobie tego. Zdaje mi się, że oni... - Nie pozwolił mu dokończyć bo nowa myśl trafiła w niego z impetem pojawiającej się na niebie błyskawicy. Otworzył szerzej oczy przyglądając się przejętej twarzy kompana. Czy on był na swój dziwny, pokręcony sposób zazdrosnym o jego siostrę? Czy właśnie nie na tym to polegało w sławetnych tasiemcach? Para głównych bohaterów spotyka się o zmierzchu na plaży. Trach, strzała kupidyna trafia w ich rozedrgane serca, a gdzieś z góry na całe owe zamieszanie zerka ten trzeci, który zacierając dłonie chce zniszczyć ich szczęście mając nadzieję, że panna główna-cudowna-wspaniała rzuci się w jego pocieszycielskie ramiona.
- Ty ją lubisz Zayn - wybuchnął radosnym śmiechem sięgając po porzuconego na szklanej ławie pilota. - Ty naprawdę ją lubisz. - Nie przeszkadzało mu to nic, a nic. Malik jakkolwiek zdrowo szalony, był człowiekiem, któremu można było ufać, w którym można było pokładać nadzieje. Wątpił by z własnej nieprzymuszonej woli skrzywdził kogokolwiek. Owszem nie żeby był ideałem wszelkich cnót, ale tego nie da się wymagać od nikogo, tak? Zerknął na niego raz jeszcze wyłapując intensywną purpurę, która spowiła jego policzki. Łokieć uderzył w jego bok zagłębiając się w stertę kocy i poduch.
- Nieprawda, nie powiem niczego co może zostać użyte przeciwko mojej skromnej osobie. - Podobała mu się tak beztroska. Przez kilka niekończących się minut odprężający dreszcz oswobodził jego spętane do tej pory organy wewnętrzne. Ucisk zelżał, wszelki niepokój odpłynął na fali zjawiającej się nowej sposobności błahego odpoczynku. Było prawie tak jak dawniej. Tylko podział był większy. Harry zabrał Louisa na spacer, Liam zawieruszył się gdzieś w mieście, a oni zostali w mieszkaniu łudząc się na odnalezienie wśród setki stacji, jednego interesującego programu. Podparł głowę pięścią zerkając z ukosa na pozostawiony na półce skrawek pergaminu, na którym kobiecym, zgrabnym pismem wykaligrafowano kłamliwe obietnice, których absolutnie nikt nie mógł spełnić. Cóż oni najlepszego wymyślili. Buntowali się przeciwko nieprawdzie, a sami toczyli do przodu machinę nazwaną profilaktycznie, pomocą przyjacielowi. Zmarszczył czoło tracąc całą pewność czy faktycznie mieli w tym słuszność. Mogliby jeszcze się wycofać, zamknąć ledwie co otwarte drzwi, tylko, że Payne tkwił w tym zaściankowym przekonaniu o dobrym, słusznym działaniu. Jęknął przeskakując kolejne kanały. Dłoń Zayna podsunęła w jego stronę talerz parującej potrawki z kurczaka. Nie był głodny. Stały apetyt zastąpiony został kującym bólem żołądka. Czegokolwiek nie wziąłby do ust, miał wrażenie, że zaraz zwróci je z impetem zaszczycając towarzyszy nieprzyjemnym widokiem nadtrawionego pokarmu. - Z resztą sam powiedziałeś, że byłoby to głupie. - Przyznając się przed samym sobą doszedł do tego, że nie dosłyszał połowy wypowiedzi Mulata. Podświadomie zignorował wszystkie brzęczące wokół dźwięki by zagłębić się w odmęt narastających problemów przeszłości.
- Co jest tak głupie według moich wcześniejszych wypowiedzi? - Zainteresował się w końcu, bo nie mógł siedzieć i milczeć i nie robić kompletnie nic prócz umartwiania się i lękania o to co będzie. Dom stał pusty a to, jakkolwiek by na to nie patrzeć było dobrem. Pacjent wyszedł z łóżka. Opuścił więzienie, które sam dla siebie stworzył. Oddychał świeżym powietrzem i przede wszystkim rozmawiał. Otwierał się. Przestał powtarzać do samego obrzydzenia zapamiętany tekst o tym, że nic się nie zmieniło, że wszystko jest po staremu. Błękitne ślepia zaszczypały. Dopiero teraz dotarło do niego jak bardzo jest zmęczony, jak intensywne były ostatnie dni i jak mało wynikło z nich korzyści.
- Głupie jest to, że nie można tak dbać o kogoś z kim spędziło się raptem siedemdziesiąt dwie godziny. Nie można martwić się o kogoś z kim zjadło się torbę chipsów o obrzydliwym smaku marchewki, nie można zastanawiać się, jak czuje się ktoś komu trzymało się włosy nad toaletą szpitalnej ubikacji. Bez sensu Niall. Jak komuś takiemu jak ja, mogłoby zależeć na kimś tak mi obcym jak Twoja siostra? - prychnął nie zauważając jak zaskoczona twarz Horana odwraca się w jego stronę. - Kapujesz? Schodzi ze schodów na śniadanie i mówi, że musi pogadać z Lou. Mówię Stylesowi 'no spoko niech sobie gadają, przecież to nic wielkiego', ale już czuje podświadomie, że to będzie katastrofa i że mnie zabijesz, bo przecież Ci obiecałem, że jej nie puszczę, tak? - Wepchnął sobie w usta kawałek nadgryzionego uprzednio strączka fasolki, nie przerwał jednak mówienia. - I stoję jak ten psychol ze szmatą na barku smarując dla niej przypieczone tosty brzoskwiniową marmoladą i nagle ŁUBUDU! - Trzasnął zaciśniętą dłonią w przeszklony blat. Filiżanka pełna solonych orzeszków zatańczyła półokręgiem spadając na dywan. - Pomyślałem wtedy sobie, że jeśli to ona, to osobiście zrzucę Tomlinsona z balkonu. Serio. Znam faceta przeszło rok, ale najpierw pomyślałem o niej. Pomyślałem o niej bo... - Zatrzymał się w połowie zdania odgarniając z talerza rozgotowaną brukselkę. - bo... - Nadal nie wiedział jak powinien był to skończyć. - ...nie mam pojęcia dlaczego pomyślałem o niej pierwszej, po prostu tak poczułem i to mnie przeraziło, a ja nie lubię być przerażony, bo to głupie dbać o kogoś po trzech dniach znajomości. - Prawie się zapowietrzył wyrzucając z siebie ostatnie słowa na jednym oddechu. - To bardzo bardzo głupie Niall. - Owszem to było głupie, to było wręcz kretyńskie, ale i nieuniknione. Mała Horanówna miała to do siebie, że przyciągała do siebie ludzi, którzy chcieli o nią dbać, chcieli jej pomóc lecz niekoniecznie wiedzieli jak to zrobić i zbyt często zabierali się do tego od złej strony. Widział to nie jeden i nie dwa razy. Nawet wtedy gdy była królową życia, czaiła się za jej plecami grupka adoratorów pilnująca jej spokojnego królowania. Uśmiechnął się blado kładąc dłoń na ramieniu przyjaciela. 
Kretyńskie Zayn, idiotycznie niedopuszczalne. - Co miał mu powiedzieć? Miał przeprosić go za to zamieszanie? Za jej pojawienie się za drzwiami, za to że być może nigdy więcej już jej nie zobaczy? Najlepszym wyjściem było zapomnieć i żyć dalej. Póki lekka wysypka uczuć nie przerodziła się w zaawansowaną chorobę. Nie mogło być lepiej, mogło być tylko gorzej. 
- Wiesz przecież co chce powiedzieć, prawda? - Kiwnął w potwierdzeniu głową. Nie był to czas, ani okazja na tego typu rozmowy. On osobiście nie chciał się w to zagłębiać. Annie była jego nawet jeśli uciekała do swojej mrocznej krainy miliard razy w miesiącu i nawet jeśli wydawała się niezadowolona z wszystkiego tego co robił. Była jego nie dlatego, że tak postanowił. Stało się tak ponieważ ona sama nie potrafiła oddać się nikomu innemu. A jeśli nie była zdolna tego zrobić i nie mogła w jednym prostym 'dziękuję' przejawić swojej wdzięczności to Zayn nie mógł brnąć w to za wszelką cenę. Musiał przystopować. Musiał wrócić do siebie by spojrzeć w lustro i powiedzieć 'nie jest mi to potrzebne do życia' bo Annie nie mogła dać mu szczęścia, mogła go tylko zniszczyć.
- Po prostu odpuść bo nie wyniknie z tego nic pozytywnego. - Zamieszał kilkakrotnie widelcem w ryżu przewracając wszystko wierzchem do dołu. Nie istniały takie słowa, które opisałyby wszystko dostatecznie, by Malik zrozumiał, że odejście od roli kolejnego rycerza będzie najodpowiedniejszym wyjściem. - Ann wybrała już sobie przyjaciela. - Dlaczego nie potrafił wyrzucić z podświadomości obrazu wściekłej twarzy Lou gdy ten wkroczył do pokoju w momencie, w którym tor rozmowy sprowadzony został na związki? - I widać ktoś ją też wybrał. - Niestety. Magnesy się przyciągały. Problemy pojawiały się hurtowo. Katastrofy zbiegały się ze sobą w czasie. - Nic na to nie poradzimy, Zayn. Choćbyśmy nie wiem jak bardzo się starali.

Siedziała tam i patrzyła na niego jak krowa na malowane wrota. Statystycznie co dwadzieścia minut wyciągała różowy błyszczyk, nakładając go cienką warstwą na zwilżone usta. Bawiła się wysuniętym z perfekcyjnej fryzury, puklem kasztanowych włosów. Obserwowała i zastanawiała się jednocześnie jakim cudem znajduje w sobie tyle samozaparcia by słuchać wszystkich tych mało interesujących historyjek z ich nic nie znaczącego życia. Przeszli od roboczych tematów do wspominek z ostatniego kwartału. W skwarze letnim i w deszczu jesiennym czekali więc na karykaturalne wyznania blondynki mając nadzieję, że ta wciąż ma siłę uzewnętrzniać się w piśmiennictwie. Z trudem panowała nad śmichem, ziewaniem, otępieniem, zdegustowaniem i pęczniejącą w niej żenadą. Victor orzekłby z urokliwym półcieniem uśmiechu na ustach, że musi jej niezmiernie zależeć, skoro stara się przedrzeć przez własne cierpienie by zyskać ukojenie. Takie właśnie są wojny. Poświęcasz coś by otrzymać w zamian upragniony cel. Nieważnym jest miejsce, strategia, obrany punkt ataku. Ważnym jesteś ty sam i twoje samozaparcie. Annie ją zdradziła. Bez pozwolenia opuściła kryjówkę wychodząc na prawdziwy świat. Z bosymi stopami przemierzała miasto niczym ten poszukiwacz zaginionej cywilizacji. Odbierała jej duszę małymi elementami, tak niedostrzegalnymi, że nawet sama ich właścicielka nie zorientowała się kiedy pozostał z niej goły szkielet obaw. Tak, to ją zadowalało. Podniecało ją w pełni. Koiło potrzebę władzy. Sterowała małą laleczką mając tą pewność, że nic nie wyrwie jej z tego zabarwionego chemikaliami snu wariatki.
- Nie powinieneś już iść? Chciałabym zostać z nim sam na sam. - Irytował ją ciągłym gadaniem, stawianiem niewygodnych pytań, analizowaniem uzyskanych odpowiedzi. Poddawał wątpliwości całe to zainicjowane przedstawienie. Jakby wiedział, a przecież nie było to możliwym. Nie było planu, więc jak mógł ją rozgryźć? Pewnie tylko wydawało mu się, że wie coś ponad to co rozumiała ona. Przygryzła wewnętrzną część policzka nie chcąc wyrzucić z siebie coś arcy niegrzecznego co jedynie pogrążyłoby ją w jego oczach.
- Boisz się, że gdy zostanę dowiem się czegoś ciekawszego niż to, że kłamiesz?- Czekoladowe oczyska czujnego drapieżnika przeskoczyły na jego chłopięcą twarz. Kłamie? Jeśli tak to, w którym elemencie? W całości? W poszczególnych partiach? Zastukała zielonymi szponami w mokrawy okrąg odbity od denka szklanki. Zdenerwowanie pojawiło się zbyt nagle by mogła je ukatrupić w zalążku. Co w takim momencie odpowiedziałaby jej przyjaciółka? Rozpłakałaby się w głos zarzucając mu ludzką niesprawiedliwość i ocenianie rzeczy bez kompletnej wiedzy na temat kompana? Tak, właśnie tak by było, bo Horanówna kochała wzbudzać współczucie. Dawno dawno temu, za siedmioma górami żyła sobie w pełni zadowolona manipulantka, która przypadkiem po przebytym wypadku utraciła koronę. Zabawne - choć zawsze twierdziła, że szczyty jej nie interesują, to bycie drugą w kolejce do prawowitego tronu popularności tak ją dręczyło, że stała się zjadliwą suczą uśpioną w ciele eterycznego elfa. Jak można było mieć dobre zdanie o kimś kto tylko w samotności potrafił być sobą? Lub tylko wtedy gdy nie miał pojęcia, że przebywa w czyimś towarzystwie. Były do siebie podobne choć tylko jedna potrafiła to otwarcie przyznać.
- Wszyscy kłamiemy panie idealny, jedni mniej inni więcej, ale wciąż to robimy dla własnego bezpieczeństwa. - Resztkami zdrowego rozsądku liczyła na to, że Louis nie wróci z toalety przez zakończeniem pełnej konwersacji. Nie chciała stracić stabilnego gruntu pod nogami, nie wiedziała czy byłaby w stanie zdobyć jego zainteresowanie kolejny raz. Z lekka go oswoiła choć wciąż pozostawał płochym i delikatnym. Zmarszczyła czoło, a wyraz jej twarzy z czystej delikatności przeszedł w mroczną maskę niezadowolenia. - Nie wmówisz mi, że jesteś tak śmiesznie uczciwy by prostować ścieżki innych. - Przechyliła się nawet zadziornie w jego kierunku by gdy ściszy głos wciąż mógł wyraźnie ją słyszeć. I on podążył jej tropem przybliżając się do stolika. Dzieliło ich może kilka morderczych centymetrów, które wyznaczyły obszar intensywnej batalii.
- Nie mam pojęcia co to jest i co starasz się przed nami ukryć ale gwarantuje Ci, że się dowiem. - Wydawał się być pewny swego. Może to dlatego, że nie tak wyobrażał sobie miłość Tomlinsona? Nie chciał go stracić na rzecz złej macochy śnieżki, od której przychodziły koperty. Jej wyniosła postawa, przeświadczenie o własnej idealności i ten niezdrowy igrający z grzechem błysk w oczach kojarzył mu się przede wszystkim z apokalipsą. Z demonami nocy wypełzającymi z najczarniejszych uwitych w podświadomości sennych majaków. Patrzył na nią i choć zerkając w ich kierunku była tak sztucznie miła i przesłodzona to wraz ze spojrzeniem na innych, rodziła się w niej odraza. Stała ponad tym? Zwykła knajpa pełna prostych robotników była zbyt mizernym miejscem by zachwycić jej wnętrze? Nigdy nie zwróciłby na nią uwagi gdyby nie... właściwie tak na dobrą sprawę pluł sobie w brodę wiedząc, że mógł odejść w tamtym parku zapominając o całym zajściu. Wtedy jednak jej bezpośrednie podejście rozbawiło go na tyle bardzo by nie dostrzegł innych plam okalającej jej ciało aury.
- Za dużo kawy z rumem proszę pana. - Miała się wystraszyć? Zabrać torebkę z kanapy i z wrzaskiem wybiec na zewnątrz? Rozweselił ją jedynie. - To może poprosisz go o rękę skoro tak nieziemsko intensywnie go kochasz? - zagruchała ledwie dosłyszalnie orientując się, że z boku jej twarzy przesuwa się w zwolnionym tempie postać chłopaka. Nadgryzła śnieżnobiałymi zębami wargę, pociągając ją z lekka do wnętrza ust. Chichot zaciśniętej krtani zdołał przebić się przez harmider panujący na sali. Zerwała się z miejsca pomagając Lou wygodnie usiąść. Nikt nie mógł zarzucić jej, że nie starała się wykonywać każdego ruchu iście naturalnie. Przywarła bokiem do żeber chłopaka. Dłoń wsunęła w jego mokrą jeszcze od wody rękę. Szeroki uśmiech złagodził jej napięte uprzednio rysy. - Harry właśnie wychodzi - zaszczebiotała cichutko owiewając go zapachem miętowych płatków. Zimne palce zacisnęły się na jej własnych dając jej niezmierną satysfakcję. Tak znów to zrobiła. Omotała, oszukała, zwyciężyła. I była z tego dumna.

Zapłakana istotka siedziała w przestronnej łazience wśród niewyprasowanego prania i dopiero co wyciągniętych z suszarki pościeli. Raz po raz odgarniała z czoła zmoczone włosy. Odbicie w lustrze przypominało jej o nieestetycznym wyglądzie. Telefon pikający w odstępach pięciu minut napominał o wyciągnięciu z piekarnika upieczonej już pieczeni. Nie była w stanie się poruszyć. Zrobić choćby kroku. Zamarła na klozetowej desce ze stopami utkwionymi na puchatym dywaniku. Dwie różowe kreski wypłowiały w zagłębieniu białego prostokątnego testu. Rozmazany tusz zaczynał powoli szczypać w oczy, a skóra piekła od ilości wchłoniętej mazi. Pomyślała o przyjaciółce, o każdym jednym dobrym słowie, które słyszała z jej ust, o obietnicach niekończących się jedynie na pustych słowach. Dała sobie sposobność chwilowego odejścia od życia. Przeliczyła w pamięci odłożone na czarną godzinę fundusze. Zajęczała rozpaczliwie przytulając tył głowy do kolorowej mozaiki ściennych płytek.
- Zdajesz sobie sprawę z tego, że jeśli chcesz pozbyć się problemu to musisz to zrobić szybko? To trzeci miesiąc idiotko. Wiesz od pięciu tygodni, ile możesz jeszcze czekać? - Zniekształcony echem głos w telefonie ustawionym na funkcje głośnego mówienia przypomniał jej, że w istocie nie została samą. Gdyby cofnęła się w przeszłość, zamknęłaby usta w odpowiednim momencie by nie wypadło przez nie o kilka zdań za dużo. Upiła się resztkami taniego wina zakupionego w supermarkecie. Przegryzła całą żółć napływającą do ust kilogramem wiśni w czekoladzie. Wtedy zjawiła się ona i jakoś tak wyszło, że tajemnica przestała być sekretem.
- A może ja nie chce się tego pozbywać, nigdy nie powiedziałam, że mogłabym zrobić coś takiego, nie potrafiłabym. - Owszem łudziła się, że w tak wczesnym stadium przy pierwszym poczęciu nastąpi samoczynne poronienie. Przy jej trybie życia i genetycznym spadku ciężkiego znoszenia brzemiennego stanu istniało prawdopodobieństwo, że płód zostanie odrzucony. Czekała więc w nadziei, że nie zostanie morderczynią. Że jej umysł i dłonie nie będą splamione krwią. Mijała Holdena szerokim łukiem, zapominała o tym co dzieje się wokół aż w końcu on pojawił się w mieszkaniu i nagle uzmysłowiła sobie, że nawet gdyby miała zostać samą do końca swych dni, nie jest zdolna zniszczyć czegoś co mogło mieć jego oczy.
- Pomyśl idiotko, on do Ciebie nie wróci. Chcesz zostać w pojedynkę z koszem zasranych pieluch, z bękartem wyjącym Ci nad uchem przez całą noc? Z bluzkami obrzyganymi marchewkową papką? Na to liczyłaś? To chciałaś osiągnąć w życiu? Nie bądź durna, możemy to jeszcze rozwiązać. Pojawię się najwcześniej jak tylko będę mogła. - Zatrzęsła się zrozpaczona przekazaną prawdą. Przecież nie mogło być tak źle. Nie mogło być tak tragicznie. To tylko dziecko, małe bezradne dziecko, które ktoś mógł pokochać miłością prawdziwą, nie znającą żadnych przeszkód. Wybuchnęła kolejny raz płaczem. Swąd dochodzący z piekarnika stawał się coraz intensywniejszym. Wciąż była nieugięta wbijając w żyły ledwie co skrócone paznokcie. - Siedź tam i czekaj na mnie wariatko, jak zwykle ktoś musi po was wszystko posprzątać.
Trzasnęło gwałtownie. Długie palce przeczesały grzywę rozjaśnionych włosów. Nie, nie zgadzała się na wszystkie kolejne spiski, które tak wiele dobroci miały wnieść do całego świata. Była dorosła. Mogła decydować o sobie i miała do tego swoje cholerne prawo. I do dziecka też, choć wątpiła czy będzie w stanie je pokochać. Wstała, więc wymęczona chcąc uchronić mieszkanie przed spaleniem. Doprawiła przypalone mięso kilkoma kroplami łez. Zatrzasnęła piekarnik wspinając się na drewniany segment. Słuchawka stacjonarnego telefonu ważyła tonę w jej małej rączce. Wybrała odpowiedni numer. Przyjemny głos przyjaciela rozprzestrzenił się w jej umyśle. Nabrała w płuca powietrza oczekując brzęczącego sygnału.
- Holden wiem, że miałeś wrócić z Annie i że mieliście razem już teraz tutaj zostać, ale stało się coś co nie będzie dobrym ani dla ciebie ani dla niej. Nie chce jej tego tłumaczyć, muszę najpierw porozmawiać z Tobą, żebyś wiedział i żebyś coś mi poradził. Żebyś zdecydował i nie miał pretensji, że zrobiłam coś za Twoimi plecami. Musimy to obgadać zważywszy na to, że nie będzie już innej okazji. Nie przywoź jej dzisiaj, odłóż to do weekendu. Ten ostatni raz Holden. Dla przyjaciółki. Przepraszam Cię strasznie. Przepraszam Holden. - Odwiesiła aparat starając się nie opaść w dół rozpaczy. Trzeci miesiąc, za tydzień, a może za dwa nie będzie miała już żadnego wyjścia. Wszystko będzie sprawą losu. Wszystko będzie kierowane ręką Boga.

- Musisz już iść? - odezwał się chłopak ukryty w ciemności barowego zaułka. Jego prawa dłoń spoczywała na delikatnej twarzy brunetki. Druga zaś zaciśnięta na kuli dodawała mu minimalnej sprawności. Spotkał ją pierwszy raz, a czuł jakby znał ją całe życie. Może to te listy? A może to magia cichej, nastrojowej melodii sączącej się uchylonym oknem, zza jego pleców? Nie chciał tego rozgryzać, nie potrzebował zagłębiać się w szczegóły jeśli rzeczywistość postawiła mu przed oczyma tak piękny obraz.
- Możesz za mną tęsknić - rzuciła rozbawiona odsuwając z jego błękitnych oczu przydługą grzywkę. Poddał się jej dotykowi. Przestał się nawet bać przyszłości, która szarymi barwami straszyła go od blisko pół roku. Potrzebował jej jak zagubiony na pustyni łaknie wody. Jak zrozpaczone dziecko wrzeszczy w tłumie gdy oddala się przypadkowo od matki. Trącił nosem grzbiet jej dłoni. Mógł jeszcze wyleczyć się z tej całej beznadziejności. Mógł wrócić do bycia sobą gdyby tylko ona... bał się pomyśleć o tym co odczuwał. Każda jej kolejna kartka była zapisana historią, w której nie brał udziału. Kiedy poczuł, że chciałby być jej elementem? To stało się tak całkiem przypadkowo. Nagle obudził się ze snu z jej imieniem na ustach.
- Chyba już za Tobą tęsknię, tak trochę na zapas. - Jasne, pamiętał co mówił Harry. Miał zakodowane wszystkie jego złote rady, ale na Boga to była Annie, jego Annie, jej nie można było nie ufać. Ona miała o kilogram anielskości więcej niż przeciętny człowiek. Pozwolił jej więc przysunąć się do siebie najbliżej jak tylko mogło być to możliwym i nie oddalił twarzy, gdy ona przystawiła do niej swoją. I nie wytrącił jej dłoni gdy zacisnęła ją na jego palcach. Wpatrywał się w jej ciemne oczy.
- Wrócę do Ciebie, obiecałam przecież, że zawsze będę. - Serce mu załopotało niewidzialnymi skrzydłami w piersi. Nauczył się tego na pamięć, chcąc mieć ją zawsze przy sobie. 'Pada deszcz. Krople spływają po mnie oczyszczając ciało. Dusze oczyszczasz Ty. Nie znam Cię choć wiem, że nie mogę Cie stracić. Będę zawsze. W ciszy, w gniewie, w niepokoju, w każdej emocji. Będę w Tobie i Ty będziesz we mnie. Chcę byś był. Zostanę na zawsze' Przymknął powieki ukołysany całym spokojem wdzierającym się do jego wnętrza. Być może idealne chwile istniały, albo tylko jego przytrafiło się to szczęście. Uniósł powieki orientując się w całej bliskości. - Tylko mi wmów, że i Ty będziesz. - Zdanie owo kończyło kilka kolejnych listów. Zachłysnął się tlenem gdy wspięła się na palce. Omal nie oszalał gdy jej usta trąciły jego wargi. Pięć miesięcy. Tyle czasu z nią spędził. To nie był pierwszy czy drugi raz. To istniało w nim sto pięćdziesiąt dwa dni. Szmat czasu patrząc na to jak łatwo było ją stracić .
- Nigdzie się nie wybieram Annie. - wychrypiał odnajdując w bladym świetle jej wilgotne usta. Smakowały kawą i bitą śmietaną. Były wszystkim o czym mógłby marzyć - Już nigdy...

05.10.2012

[x11] Let Her Go Or Keep Tryin



Stał pośrodku salonu odwrócony plecami do wysokiej kolumny podtrzymującej strop. Zawsze dziwiło go zamiłowanie starego Horana do tych wszystkich antycznych wykończeń. Lejących się płócien zwisających kaskadami z zapierających dech w piersiach okien. Dostrzegał tu pewien rodzaj tragedii. Kuszenie obserwatora pięknem otaczającej go przestrzeni, gdy właściciel rozpada się wewnętrznie od zgnilizny jaka kiełkuje z robaczywych sadzonek jego obumarłych dobrych chęci. Odkręcił butelkę wody mineralnej. Zaczerpnął z niej łyk słysząc z półpiętra ten charakterystyczny dźwięk jęku zbłąkanej duszyczki. Dłonie oparł o mahoniowy parapet rozglądając się niespiesznie po okolicy. Z punktu położenia domu dało się swobodnie dostrzec wszelkie najważniejsze kondygnacje ulicy. Nawet mieszkanie jego rodziców świeciło na horyzoncie pięknym czerwono-krwistym dachem jednobarwnych dachówek. Trzasnęły zamykane drzwi, a zaraz po nich zaskrzeczały nieprzyjemnie schody. Uśmiechnął się nawet półgębkiem. W kącie porzucona, zapomniana walizka, kusiła srebrną rączką, prosząc niemalże o zainteresowanie. Wpadł jedynie po parę niezbędnych rzeczy. Przyszedł, bo chciał oszczędzić jej całego bezsensownego zamieszania, a tu proszę, kto by się spodziewał, że jego mała, słodka, kochana dziewczynka...
- Została na górze. - Przecież wiedział. Znał ją lepiej niż ten typ. Mógł dokładnie z pamięci wyliczyć mu każde spojrzenie i każde słowo jakim go poczęstowała. Gdyby odpowiednio się skupił, przedstawiłby mu nawet kształt jej łez, jakie przybrały w tym niby rozpaczliwym grymasie błagającym go o nie opuszczanie jej osoby. Był wściekły, choć to mało powiedziane. Był tak dogłębnie urażony, że każdy jeden język gniewu palący się w jego duszy syczał zawzięcie wołając o pomstę do nieba. Chyba wciąż nie był dostatecznie mądrym by rozgryźć jej dziecinne, manipulacyjne zachowania. Widać Lee wcale się nie myliła analizując jej teatrzyk rozterek i pomyłek.
- Której z części 'masz zostawić ją w spokoju' nie zrozumiałeś Payne? - warknął odwracając się łaskawie w jego kierunku. Piwne oczy błysnęły złowrogo wyłapując spojrzenie jego jasnych źrenic. O tak pamiętał go dokładnie. Absolutnie każdy wyraz jego twarzy, gdy miotał się między tym swoim 'nie potrafię', a 'ona wcale Cię nie kocha'. Miłość nie jest czymś prostym. Nie przychodzi zaraz po wieczornej modlitwie do wróżkowej matki chrzestnej. Rodzi się w cholernych bólach, choć niejednokrotnie plon obumiera porażony parszywą suszą. On był słońcem, a na tym polu brakowało deszczu, więc kazał mu spieprzać póki jeszcze to kontrolował i teraz nagle on postanowił wrócić? Gdy ziemia obrodziła i wydała owoce? Zjawił się jak gdyby nigdy nic, objął ją i wmówił jej, że wszystko będzie dobrze?
- Nie jestem tu po to, żeby z Tobą konkurować - gruchnął śmiechem jako ten psychopata. Nawet by mu na to nie pozwolił. Akurat w tym przypadku był równie uparty, co jego szalona siostra. Nie zostawia się tych, których się kocha skoro pan czarujący Li tak łatwo się poddał, to widać... Rozłożył ręce w akcie czystej niewinności, wzruszył do tego ramionami jakby oznajmiając mu, że nie wie, o co może mu chodzić. Przecież tylko rozmawiali, wymieniali poglądy na temat złamania umowy, obietnicy, planu i przysięgi. Uniósł wargę w cynicznym uśmieszku. Może i wydoroślał z lekka, nie był chodzącym badylem, a jego ciało zyskało kilka kilo mięśni, ale widać w czaszce wciąż wiały przeciągi. Oparł się o barek nachylając się do niego konspiracyjnie.
- Nie masz szans, stary - wyszeptał to z tak gigantyczną kpiną, że gdyby istniała takowa możliwość pewnie sam zginałby od jej poziomu. Mierzyli się, więc wzrokiem starając się rozgryźć sprawę własnej wyższości. Nawet oddychanie było w tym pomieszczeniu toksyczne. To co, że drzwi otwarte na oścież wpuszczały do środka więcej tlenu niż dało się go spożytkować. Nienawidził go nienawiścią czystą, wręcz idealną. Pamiętał tamto lato. Jego urocza sąsiadka wyjechała z miasta w stanie zaawansowanej goryczy, a wróciła radosna jak skowronek i nie mówiła o niczym innym jak tylko o nim, i nie wspominała nikogo innego i słyszeć o nikim innym też nie chciał. Zazdrość nim zawładnęła. Nie chodziło nawet o to całe wzdychanie i poranne marzenia w nadziei na jego powrót. Chodziło przede wszystkim o jej zmianę, zaczęła się uśmiechać tak szeroko, że błyszczało w niej cale życie. I to nie była jego zasługa.
- Wciąż wydaje Ci się, że ona odejdzie, co? Dlatego tak bardzo Cię przerażam. - Idiotyzm. Nie bał się go, bo coś sobie wymyślił. Nie dopisywał melodramatycznych historyjek do podanego tematu. Wiedział, do czego zdolna była Annie. Niestabilność w jej przypadku była niczym igranie ze śmiercią. Jak to całe wspinanie się na największe drzewo, zakładanie sobie pętli na szyje i liczenie na to, że wiatr nie zabierze nam równowagi i koncentracji byśmy nie spłynęli w dół na czarnych skrzydłach śmierci. Wybiłby mu te śliczne ząbki gdyby to tylko miało w czymś pomóc. Przemoc jednak nie była rozwiązaniem, nie była nawet odwleczeniem ostatecznej kary, była uśpieniem systemu i zapowiedzią nadejścia gorszych argumentów.
- Nie opuszcza Cię dobry humor, szkoda, że wtedy nie byłeś takim pewnym swojego. - Cios prosto w żołądek. Czuł prawie jak wsadza mu dłoń we wnętrzności i podążając wprost do serca główną aortą zaciska je w dłoni i miażdży nie dając sygnału początku końca. Boże czuł się z tym jak Pan i Władca. Jak jedyny prawny dziedzic wszelkiej radości. Tylko jego osoba mąciła jego wyimaginowany spokój. Tylko jej było tutaj za wiele. Kolejny łyk krystalicznej wody spłynął wodospadem w jego gardle wypełniając wnętrze przyjemnym chłodem. Obrócił znacząco głowę w stronę schodów. Dzielić się? Nigdy w życiu. Za dużo poświęcił by spocząć na laurach. To było niczym ta wojna okrzyknięta przez znawców przegraną, zmieniają się przywódcy, wojsko słabnie aż nagle pewnej nocy armia przeciwnika umiera na nieznaną chorobę wykrwawiając się na śmierć. Radowało go to niezmiernie. Prawie widział oczyma wyobraźni jego zmaltretowane zwłoki.
- Co ty robisz Holden? Co ty jej do cholery najlepszego robisz? Miałeś się nią opiekować pamiętasz? Powiedziałeś mi na do widzenia, że zrobisz wszystko by ona była szczęśliwa, bo jest najważniejsza tak? Więc czemu do cholery twoja jedyna prawdziwa miłość ucieka z domu, w którym boi się zostać? Dlaczego jest tak przerażająco smutna, że współczują jej obcy ludzie? Dlaczego nie daje sobie przemówić do rozsądku, chociaż kiedyś kpiła z takich zacietrzewionych pesymistów? Coś ty jej zrobił Mitchell? Bo wydaje mi się, że przy mnie była milion razy bardziej otwarta na cały świat pomimo braku jakichkolwiek uczuć niż przy tobie gdzie podobno tak szaleńczo Cię kocha. Możesz mi to wytłumaczyć? Bo naprawdę chciałbym to wiedzieć. - Chciałby to wiedzieć? On? A jakim prawem? Co dawało mu takie możliwości? Bo Holden jakoś nie przypominał sobie jego postaci, gdy trzeba było zmieniać jej zakrwawione bandaże, gdy trzeba było przywieść ją z lotniska, gdy uciekała po raz dziesiąty, gdy trzymało się ją za rękę podczas płukania żołądka. Nie mógł sobie go przypomnieć, gdy zostawał na noc w jej pokoju czuwając przy zapalonym świetle nad jej spokojem, gdy głaskał ją po spoconym czole, gdy po raz enty budziła się z wrzaskiem wzywając Dylana. Nie przypominał sobie jego osoby przy jej boku, gdy przestała się odzywać na dwa miesiące sądząc, że wszystkie nieszczęścia tej rodziny spowodowane są jej winą. Gdy przestała przyjmować pokarmy żałując, że wciąż żyje. Nie było go w tym najgorszym czasie, nie miał, więc prawa oceniać jego postępowania, jeśli nie znał wizji lokalnej drugiej strony.
- Nie powiedziała Ci o niczym, co? Nie powiedziała Ci o niczym, choć jesteś tak ważny? - Pokiwał z niedowierzaniem głową. Ktoś tu za dużo sobie wyobrażał. Ktoś niepotrzebnie chciał wrócić do przeszłości, za którą zatrzaśnięte zostały masywne drzwi. Nawet go to rozbawiło. Taki pewny siebie, taki przekonany o własnych słusznych racjach, a tu psikus. Strącony na koniec łańcucha zaufania obumierał sobie wolniutko niczym wysychający pęd. - Więc, o czym Ty ze mną chcesz rozmawiać? Zjawiasz się tutaj po trzech latach, sądzisz, że rzuci się w Twoje objęcia i razem na płochym jednorożcu pogalopujecie w stronę pastelowej tęczy? Nie ma już Twojej Annie, stary. - Tak, to był jad. Wypłynął spomiędzy jego warg opryskując w całości kompana. Po co miał go oszukiwać? Robić mu nadzieję? Wodzić i zwodzić? Wystarczająco się nad tym wszystkim napracował. Nikt mu nie dał instrukcji osobowość panienki Horan. Wszystkiego uczył się metoda prób i błędów. Co powiedzieć by nie sprawić jej bólu, jak ją dotknąć by nie spłoszyć? Które z marzeń spełnić by uszczęśliwić. Mógł napisać o tym wszystkim książkę i z pewnością nie tryskała by ona szczęściem.
- Bo nie dałeś mi możliwości by mogła mi zaufać. - Więc teraz miało to być jego winą? To on wsadził go do pociągu, przywiązał go do siedzenia i pod groźba zabicia wszystkich członków jego rodziny nie pozwolił mu wracać? Kurwa, czy on faktycznie był takim idiotą? Czy może wtedy nie do końca zarejestrował całej toczącej się dysputy? On tylko chciał mieć pewność, że nikt jej nie skrzywdzi. Nawet, jeśli Annie miałaby wybrać podstarzałego typa, którego jedyną zaletą byłaby platynowa karta kredytowa, chciał tylko wiedzieć czy to faktycznie ma szanse przetrwać
- To ty nie dałeś sobie tej możliwości kretynie! - wrzasnął wściekle mijając go w progu. – I to tylko twoja wina...

- Annie? Otwórz oczy, proszę Cię otwórz oczy, spójrz na mnie Annie, PATRZ NA MNIE DO JASNEJ CHOLERY.
Szkło rozsypane na asfalcie migotało czarodziejsko tworząc mimowolnie ekskluzywny, dostępny jedynie dla nielicznych spektakl barw. Szmaciana lalka zwieszona z przedniej szyby rozbitego samochodu drgała lekko trącana siłą wiatru. Jej kasztanowe włosy błąkały się falą w świeżej, płynącej strumieniem krwi. Śmierdziało wokół benzyną, strachem i śmiercią. Żółto brunatna kość wystająca z piszczelu straszyła widokiem chropowatej powierzchni. Zajęczało coś przeciągle, a pacynka odwróciła twarz o milimetr rozchylając sterowane umysłem powieki.
- Annie? ANNIE JESTEŚ TAM JESZCZE? - Nie, nie było jej. Powłoka pozostawiona na srebrzystej masce była niczym. Jej myśli i jej dusza wznosiły się ponad tym wszystkim. Ktoś biegał wokół zawodząc przeciągle 'nie widziałem jej na Boga, nie widziałem jej'. I ona siebie też nie widziała pomimo szeroko rozszerzonych źrenic. Zakaszlała wypluwając na karoserię resztki krwi zmieszanej ze zbyt dużą ilością śliny. Bolało ją wszystko i choć nie potrafiła zlokalizować głównego źródła paskudnego bólu wiedziała, że nie jest dobrze, czuła, że tym razem nie będzie tak prosto wrócić na właściwą drogę.
- Mitchell? Nienawidzę Cię - warknęła ospale z trudem usiłując pozostać przytomną. Głowa pulsowała w rytm płaczu nieznanej kobiety. Dosłyszała jak wzywała pomocy. Dwie przecznice dalej był jej dom, wjechałaby do garażu, ukryłaby się pod kołdrą i nie wyszła do świtu. O podły losie pierwszy raz od tygodnia była całkiem trzeźwa i jak to się zakończyło? Żałowała, że butelka whisky została w torebce w mieszkaniu Cleo, żałowała, że nie zaćpała się na śmierć, bo przynajmniej umieranie byłoby takie spokojne. Wilgotna dłoń przejechała po jej karku. Przeszywający na wskroś wrzask zabronił jej jakiegokolwiek ruchu. Gdyby, chociaż miała na niego siłę. Coś nieustannie wbijało się w jej brzuch. Coś uniemożliwiało wszelkie manewry. Krzyknęła starając się rozprostować nogę.
- Wiem Annie, wiem, po prostu zostań tak jak jesteś, musisz mi zaufać, zaufaj mi Annie, nic Ci nie będzie, jesteś silna, jesteś z nas najsilniejsza, wszystko będzie dobrze Annie, powtórz to, 'wszystko będzie dobrze'. – Jego głos, nie takim go zapamiętała. W tym momencie prócz uczuć, jakie z siebie wylewał było w nim i coś jeszcze. Strach? Nie, chyba nie. To stało jeden szczebel wyżej on... Wiedziała jak to nazwać i tak bardzo bała się to wypowiedzieć w umyśle. Zwątpienie. On sam wątpił w to, co mówił, więc jak ona mogła mu w to uwierzyć.
- Pła... - Usilna walka o gram powietrza była ponad jej możliwości. Płuca odmawiały posłuszeństwa kurcząc się gwałtownie raz po raz. Zasapała ze świstem nabierając porcję zbawiennego pierwiastka. - Płaczesz? - Nie mógł teraz się rozklejać, nie teraz, nie przy niej. Był jej potrzebny. Musiał jej wmówić, że ma przed sobą szmat czasu, że jeszcze kiedyś, gdzieś, jakoś, zaświeci dla niej słońce, gwiazdy będą błyszczeć tak wysoko, a jej ulubiona sukienka zmoczy się od wody w jeziorze, gdy wskoczy do niej z radością podlotka. Musiał jej wmówić wszystko to, na co straciła nadzieję. Słonawy płyn sięgnął jej ust. Zlizała rdzawy posmak. Czy to był ten moment, w którym należało się pomodlić? Nie tak to sobie wyobrażała. Nie było światła zstępującego z niebios, nie było odprężającej melodii słyszanej podszeptami czarodziejskich duchów i nie było tego charakterystycznego zapachu cytrusów, o którym naczytała się w tak wielu książkach. Było jedynie cierpienie. Dotknęła kciukiem jego rozłożonych nieopodal palców. - Nie płacz Holden, widzisz? Ja nie płacze, nie płacze, wszystko Ci się ułoży, zaopiekuję się Tobą, tylko nie płacz. - Przytłumione dźwięki dobiegające z gigantycznych odległości. Ile czasu trwała w tym martwym zawieszeniu? Mrowienie przechodziło w nieczucie. Nie odbierała bodźców z dołu ciała. Momentami zaczynała się nawet zastanawiać czy jej nogi wciąż są na miejscu. Kołatanie w piersi przeszło w delikatne pulsowanie. Dłoń zadrżała jej nagle nieruchomiejąc w następnej sekundzie.
- Annie? - Zawołał do niej raz. Jeszcze go słyszała. Ślepa błona przed oczyma nie dawała możliwości patrzenia. Były tylko wspomnienia, była nadzieja, było gorąco łaskoczące w dole brzucha, była muzyka wlewająca się do jej głowy i była ta woń prawdziwych dojrzewających w słońcu cytryn. - ANNIE?!?! - Szarpnęło nią dwa razy. Chciała uciec daleko by prostota odgoniła wszelkie nieszczęście. - ANNIE NIE RÓB MI TEGO DO CHOLERY, NIE RÓB MI TEGO ANNIE! – Jak pachniała jej matka? Czyż nie podobnie? Kwaśna nuta pomarańczy łączyła się niespiesznie z limonkową goryczką. Wypuściła ostatni oddech tracąc przytomność - ANNIE WARIATKO! - Wdrapał się na maskę wyciągając ją z tego cholernego samochodu. Opadł na chodnikowe płyty kołysząc się miarowo w przód i w tył. Kryształowe grochy spływające z rzęs skapywały z policzków kończąc swój żywot na jej wargach. Przytknął rozgrzane czoło do jej zimnej skroni. Rana na brzuchu upstrzona szklanymi odłamkami sączyła się posoką. Rozpaczliwy krzyk rozorał względną ciszę. - TO NIE TAK MIAŁO BYĆ ANNIE, NIE TAK, PRZECIEŻ MI OBIECAŁAŚ, OBIETNIC SIĘ NIE ŁAMIE, SĄ NAJWAŻNIEJSZE, TRZEBA ICH DOTRZYMYWAĆ, NIE MOŻESZ ANNIE, NIE POZWALAM CI, JESZCZE NIE TERAZ DO CHOLERY, KURWA OBUDŹ SIĘ, BŁAGAM CIĘ, OBUDŹ SIĘ! - Ta kobieta w turkusowym płaszczu z czarnym parasolem, co to zatrzymała się przy drodze widząc zamieszanie powiedziała, że to koniec, że nic już nie da się zrobić, że nikt nie ma takiej mocy, że widać to był jej czas. A jeśli nie? Jeśli Bóg tradycyjnie się pomylił. - PIEPRZ SIĘ KURWO! - Wysyczał chrapliwie w jej stronę. Odciągnęli go od niej jakby nie miał prawa tam siedzieć. Srebrny medalik jej matki wciąż zwisał z przedniego lusterka. Ktoś dał jej życie, ktoś życie jej odebrał. To tylko kilka sekund, kilka sekund, w których dałoby się ją przywrócić. Wyminął pędem tłum ustawiający się przy jej ciele. Pięść wysoko uniesiona w powietrzu opadła z trzaskiem na jej klatkę piersiową. Ktoś zasłonił usta by zagłuszyć własne przerażenie. - ANNIE?! - Jego mała dziewczynka nabrała pierwszy płytki oddech.

- Co ty bredzisz Holden? - Ton jego głosu z całkiem spokojnego przeszedł w zamierzony szept. Wiedział, że nawet, jeśli Annie nie słucha ich rozmowy to nie jest wstanie nie wyłapywać pojedynczych zwrotów. Nie chciał jej zasmucać, denerwować, drażnić czy choćby niepokoić. To, co zdarzyło się tamtej zimy było przeszłością, a przeszłość choćby wybitnie szczęśliwa nie wraca drugi raz w to samo miejsce i w ten sam czas. Odwrócił się w stronę bruneta wyłapując przypadkiem w lustrzanym odbiciu szyderczy wyraz jego spojrzenia. Najmocniej jak tylko potrafił, starał się przypomnieć sobie tamtą rozmowę. - Powiedziałeś mi, że lepiej będzie, jeśli pozwolę jej się z tym wszystkim pogodzić w samotności. - Właściwie na dobrą sprawę nigdy nie doszedł do tego, czym było owo 'to wszystko' założył, że Mitchellowi chodziło przede wszystkim o ich stosunki, a jeśli nie? Jeśli w tym, co działo się tamtej mroźnej zimy było coś jeszcze?
- Znalazłeś tam gdzieś zwrot 'zostaw ją na zawsze bez żadnego wyjaśnienia'? - Dziwnie się czuł wchodząc kolejny raz do tej rzeki. Gdyby była tu Danielle wzięłaby go zapewne za rękę i samym przebywaniem obok niego dodałaby mu otuchy. Tymczasem bez niczyjego wsparcia musiał stoczyć batalię z kimś, kto tak naprawdę tylko grał wielce strasznego. Widział to w nim wyraźnie. Nauczone na pamięć schematyczne zachowania oszukujące tłum obserwatorów. Te niemo wypowiedziane słowa 'nie zależy mi', 'jestem tu od tak po prostu bez żadnego konkretnego powodu'. Już wtedy wyłapał w nim pokłady bezkresnych emocji związanych z Ann. Chyba właśnie przez tą pewność, że będzie szczęśliwa tak szybko z niej zrezygnował. Miał rację ten, kto powiedział, że uczucia młodości są nietrwałe i ulotne niczym jesienne babie lato.
- Dosłyszałem coś w stylu 'trzymaj się od niej z daleka' - rzucił zajadle, bo ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebował była kłótnia o grzechy minionych czasów. Rozmawiali o niej. Oboje przyznali się do tego, że zależy im na brunetce o lagunowym spojrzeniu. W pół godzinnej pogawędce jednogłośnie stwierdzili, że musi zadbać o nią tylko jeden. Obyło się bez losowania. Kilometry dzielące go od Annie były przeciwko temu związkowi. - Uznałem, że będzie jej z Tobą lepiej. - Był pewny, dałby sobie za to obciąć dłoń. Mydląca oczy wiara w sprawiedliwość wszechświata. Telefon w jego kieszeni zawirował gwałtownie. Nie miał zamiaru go odbierać, nie teraz. Cofnął się o krok wpadając na rozstawione w kącie walizki. Środkowy palec chwycił koniec damskiej koszulki. Powinien był już dawno zapytać o to, co go tutaj sprowadzało. Przecież An nie spodziewała się nikogo. Mieli mieć ten dzień wyłącznie dla siebie, mieli go ochrzcić mianem niedzieli wspomnień.
- Momentami mam wrażenie, że Annie najlepiej czuje się, gdy jest sama ze sobą. - Nie, akurat to nie było prawdą i gdyby dostał przyzwolenie by o tym rozmawiać powiedziałby mu bez żadnych ogródek, że panienka Horan przez całą wczorajszą podróż szeptała jego imię ściskając jedyną męską dłoń, jaką miała pod ręką. Wyznałby mu, że uśmiechała się w trakcie tego urokliwego kwilenia. Dałby mu możliwość dowiedzenia się jak bardzo robi się spokojna, gdy tylko o nim wspomina. Poznał ją trochę tamtego lata. Miał świadomość, że nic jej tak nie przeraża jak mówienie o własnych uczuciach, sprzedawanie swoich wewnętrznych rozmyślań i oczekiwanie na moment, w którym ktoś wykorzysta to przeciwko niej samej.
- Kocha Cię kretynie nawet, jeśli ty nie potrafisz w to uwierzyć. - Jak można było tkwić w czymś tak długo i nie mieć pewności. Wyrzucił na sofę zawartość przepastnej torby. Chwycił w dłonie pierwsze lepsze spodnie składając je w precyzyjny prostokąt. - Zabierz ją stąd i przestań udawać, że jesteś tak idiotycznie pozbawiony wszelkich ciepłych uczuć jej względem. Możesz okłamać obcych, ale wątpię, żeby sprawdziło się to na dłuższą metę. - Różowa koszulka powędrowała w ślad za szarym sweterkiem. - Po prostu z nią bądź, Annie nie łamie obietnic, a coś Ci podobno obiecała. - Głos mu się złamał czystym przypadkiem. Odchrząknął, więc raptownie.
- Miała nigdy mnie nie zostawić, powiedziała 'Nie zostawię Cię Holden choćbyś usiłował mnie do tego zmusić' - Potarł skroń niwelując narastające pulsowanie. Jakim cudem wyleciało mu to z głowy? Jakim cholernym cudem dał sobie wmówić, że jego mała, słodka dziewczynka pozamykała wszystkie rozdziały i zaczęła pisać całkiem inną książkę? Chyba sam chciał wierzyć w to, że uważała go za gnoja, bo wtedy wszystkie te krzywdy, które jej wyrządził przestawały mieć znaczenie, odchodziły w niepamięć. Bycie bez niej odganiało wyrzuty sumienia, bycie z nią było o wiele trudniejsze.
- Bądź z nią albo ją zostaw, jedno z dwóch Mitchell, nie ma innej drogi. - Stanął przy 'chłopaku z obozu' zabierając od niego wymiętą we wszystkie możliwe strony torbę. Na jej spodzie ułożył pierwszą turę podkoszulków. Musiał być. Chciał być. Potrzebował być.

Zamówił mocną kawę, bez cukru i bez śmietanki. Tylko taką potrafił przełknąć. Słodkość i delikatność nie była tutaj wskazana. W popękanej od pracy, szorstkiej dłoni, obracał na wpół już podniszczone zdjęcie swego pierworodnego dziecięcia. Nigdy nie przypuszczał, że tęsknota może być aż tak namacalna. Siedziała mu na karku zwisając swoimi wychudzonymi kościstymi nóżkami z barków. Zrzucał ją na ziemię miliardy razy, przysypywał zajęciami zabierającymi cały wolny czas, zakrywał romansami z kobietami, które nie dawały mu nic prócz cielesnej satysfakcji. Oszukiwał serce i rozum alkoholem, używkami, za których posiadanie już dawno powinien był trafić do więzienia. To wciąż w nim istniało. Żywiło się zapamiętanymi momentami. Gdy pierwszy raz wziął ją w objęcia zerknęła na niego wielkimi ślepiami swojej matki w zainteresowaniu oczekując na jego reakcję. Było coś nie tak. Coś złego zawisło nad jej pszeniczną główką. Dziwne uczucie możliwości przeskoczenia problematyki zdarzeń odebrało mu głos. Zastęp pielęgniarek porwał niewiniątko. Jeden z tych cenionych wiekowych lekarzy uśmiechnął się smutno odgarniając z czoła spocone resztki siwych włosów. To chyba właśnie wtedy widział ją po raz ostatni.
- Whisky z lodem. - rzucił do kelnerki przysiadający się do jego stolika dystyngowany jegomość. Mogli wybrać bardziej neutralny grunt, bez tych wszystkich zaciekawionych spojrzeń pytających, co ktoś taki jak on robi z kimś tak idealnie wpasowanym w strukturę wyższych sfer. Pomarańczowa wypukła koperta przejechała po blacie, przemierzając obszar dzielący brzeg drewnianej powierzchni, a rozłożoną swobodnie na jego wierzchu dłoń Adama. Wciąż nie czuł się zbyt pewnym, gdy z nim rozmawiał. To było prawie niemożliwe do poskromienia, chciał być godnym, chciał zrobić wrażenie, tymczasem miotał się we własnych wypowiedziach niczym zlękniony dzieciak. - Zapytałbym Cię, co u niej słychać, ale wiem, że od poprzedniego razu zupełnie nic się nie zmieniło. - Pełne wargi tak podobne do ust jego córki zbliżyły się do małej kwadratowej szklanki. Sam drażniący zapach alkoholu wywoływał w nim potrzebę sięgnięcia po butelkę. Obiecał jednak Meg, że nie sięgnie po żadne uzależniający trunek. Zbyt długo okłamywał samego siebie, że nie stanowi to żadnego problemu.
- Odłączyli ją od respiratora. - Głos mu drżał jakby opowiadał o czyjejś tragicznej śmierci. Przygotowywali się na to całymi latami. Każdego nowego miesiąca zrywał z kalendarza kartkę pytając samego siebie ile jeszcze zostało jej czasu. Jak długo wycieńczony organizm będzie walczył o kilka dodatkowych lat życia? Odzyskała przytomność, owszem, stanowiło to przełom, ale co z tego, jeśli na liście potrzebujących organu do przeszczepu istniała gdzieś na szarym końcu. Gdyby Bóg nie był tak podły mógłby ofiarować jej coś z wnętrza siebie. Nie było jednak zgodności. Nie było środków na przyspieszenie procedury i powoli zaczynało też brakować wiary.
- Nie interesuje mnie to Adam, naprawdę mnie to nie interesuje, wybacz. - Czego on oczekiwał? Że jego brat wpadnie mu w ramiona i ze łzami w oczach poprosi o wybaczenie wszystkiego tego, co w jego mniemaniu było słusznością? Przynajmniej mógł liczyć na jego darowiznę, bez tego ich mała Meggie już dawno pożegnałaby się z tym światem. Ubezpieczenie nie pokrywało wszystkich kosztów, nie gwarantowało najlepszej opieki i zainteresowanych przypadkiem pielęgniarek. - Załatwmy to na tyle szybko bym mógł zająć się własnymi interesami - szepnął kędzierzawy poprawiając po raz enty klapkę przy modnie skrojonej marynarce. Ignorancja. Było w nim jej tyle, że z trudem można było oddychać jego powietrzem. Zasmucił się przytoczony perspektywą kolejnych dni. Jakkolwiek mocno starał się przekonać go do odwiedzin tym szybciej i sprytniej on się oddalał.
- Pyta o ciebie, tęskni za tobą, a ty nie masz nawet ochoty zapytać o to jak postępuje leczenie? - Zdenerwował go. Trzymanie nerwów na wodzy stanowiło niemałe wyzwanie. Absolutnie zawsze udawało mu się powstrzymać atak furii aż do dzisiaj. - Ale pieprzyć się z przyjaciółkami swojej córki to masz czas? - Nie chciał tego powiedzieć, zanim pomyślał, słowa popłynęły w przestrzeń, ciosając ciszę na mikroelementy. Victor zmarszczył brwi w kpiącym wyrazie nie zainteresowania. Mógł robić wszystko, na co miał ochotę. Nie liczył się z uczuciami innych i nie prosił o zgodę, a mała Mitchell całkiem sprytnie wpisywała się w jego ulubiony schemat kobiety wykorzystywanej. Chrząknął tłumiąc śmiech. Lód nieprzyjemnie szybko rozpuścił się w naczyniu. Strzelił palcami zamawiając kolejną porcję. Jak dobrze, że przyjechał tu taksówką.
- Całkiem nieźle wychodzi jej dogadzanie facetom - roześmiał się cynicznie wyciągając dłoń w stronę podstawionej mu tacki. - Gdybyś potrzebował rozładować frustrację seksualną mogę ją przekonać, że zarobi sporo będąc dla ciebie miłą, braciszku. - Podkreślił ostatnie słowo tak silnie jakby faktycznie brzydził się jego znaczenia. Nigdy nie byli zbyt blisko. On chciał sięgnąć szczytów za wszelką cenę, a Adam? On zbyt wiele myślał o konsekwencjach o ludziach, którzy ucierpią na cudzych działaniach. - Powiesz mi, o co faktycznie Ci chodzi? Bo nie sądzę by interesowało Cię to, z kim aktualnie współżyję. - Brunetka przy stoliku obok błysnęła rzędem idealnie prostych białych zębów. Uniósł wysoko szkliwo informując ją tym samym, że pije za jej zdrowie. Kochał te nic nieznaczące flirciki, które umilały mu czas.
- O co mi chodzi? O co mi chodzi? Strugasz idiotę Victor? Pomyśl, opuść gardę i po prostu przejrzyj w końcu na oczy. To nie stało się wczoraj, nie przed wczoraj, to było prawie dwadzieścia lat temu, możesz nam to już wybaczyć, możesz do niej iść i powiedzieć jej, że o wszystkim zapominasz. Ona umiera Victor, to nie jest zabawa, nikogo to już nie śmieszy, jesteśmy dorośli, więc zachowujmy się jak pełnoletni ludzie. - Wrócił do niego spojrzeniem, choć nie miał ochoty tego robić. On miał czelność udzielać mu dobrych rad miłosiernego samarytanina? Pluł na całą jego wypowiedź, na całą osobę. Każdego dziesiątego dnia miesiąca siadali w tej cholernej restauracji. Silili się na wszystkie przestarzałe grzeczności, a prawda była taka, że gdyby mógł i gdyby wciąż nie łączyły ich więzi rodzinne to strzeliłby mu w łeb nie licząc się z prawem. Wciąż cierpiał. I on to cierpienie wywoływał, a tym samym nie zyskiwał żadnego prawa do uskuteczniania kazań związanych z jego brakiem empatii.
- Żałosne… - Zaczął powoli ściszając głos. - …kiedy wbijaliście mi nóż w plecy byliśmy równie dorośli jak dzisiaj, a jakoś wtedy nie zastanowiliście się nad tym wszystkim. - Wstał z miejsca dopijając resztkę drażniącego podniebienie napoju - Wybaczę, gdy uznam to za stosowne, a w chwili obecnej wciąż nic nie wymierzyło wam odpowiedniej kary, więc bądź tak miły braciszku i daj mi żyć po mojemu tak jak ja nie ingeruje w wasze egzystowanie. - Ramiona okrył ciężki płaszcz. Postawił kołnierz by wiatr nie wdarł się pod jego poły.
- Nie masz serca Victor, nigdy go nie miałeś. - Nie miał? Czy oby na pewno? Wciąż przypominał sobie nocami tamto zdarzenie. Wiedział, że gdyby zjawił się kilka minut wcześniej nic złego by się nie stało. Nie przyszłaby samotność, cierpienie, zgorzkniałość, lęk przed nie podołaniem nowej historii.
- Nie Adam, niestety cały problem tkwi w tym, że ja wciąż je mam. - warknął w progu wychodząc w deszcz. Nienauczony był brać na siebie całej odpowiedzialności, jeśli fakty mówiły o niewinności. Kiedyś wszystko miało się zmienić. Za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, za siedmioma dolinami istniał gdzieś świat prawdziwego cudu spełnienia. Sztuką było odnalezienie drogi.

Spiął jej włosy opasając całość jasno zieloną chustą. Kilka pojedynczych pukli spływało lekko na czoło dodając jej jasnej karnacji bajkowego wyrazu. Lubił nazywać ją Śnieżką. Może i nie miała ciemnej jak heban czupryny, ale karminowe usta i śnieżnobiała cera odzwierciedlały większość księżniczkowych atrybutów. Wściekała się tak nienaturalnie słodko słysząc to imię. Panna Snow w jej przekonaniu była infantylną nieprzystosowaną do życia w prawdziwym świecie idiotką, która zamiast dowodzić własnych racji by zabrać to, co jej się prawnie należało wolała ukrywać się w lesie z bandą nadpobudliwych, pedantycznych skrzatów drwali. Z Annie trudno było dojść końca, momentami nawet początek trudno było znaleźć, ale z czasem, z upływem godzin, dni i tygodni wszystko stawało się klarowne i nieproblematyczne.
- Ojciec w życiu się nie zgodzi, w życiu Holden. – Zawyrokowała. - Powie coś w stylu. - Przymknęła powieki przybierając groźną minę. - 'Nie w tym życiu droga panno'. - Udawanie starego Horana ćwiczone całymi latami szło jej iście wybornie. Zwężając krtań potrafiła nawet wytworzyć Irlandzką manierę, z którą się wypowiadał, choć opuścił Dublin dobrych osiemnaście lat temu. Pomógł jej ściągnąć przepoconą bluzę. Kosz na brudy przewrócił się pod wpływem kolejnej części odzieży. Nie zrobili prania, nie było na to czasu. On zapomniał, a ona mu nie przypomniała, bo przecież tak bardzo nie lubiła prosić o pomoc.
- Już się zgodził. - Nieprawda, nawet nie wiedział, zostawił mu jedynie opasłą kartkę na biurku jego biura. Podziękował za zainteresowanie sprawami zespołu, zrezygnował z pomocy finansowej i gdzieś tam między wierszami wspomniał o tym, że zabiera jego córkę do własnego mieszkania. Wielokrotnie o tym rozmawiali. Nigdy nie odważyli się zrobić ostatecznego kroku. A to śmierć Dylana, a to wypadek Annie, koniec liceum, początek nowych kursów, brak funduszy i wiele wiele innych piaskowych pocisków ciskanych w ich oczy. Żałował, że nie odłożył więcej pieniędzy, że nie skorzystał z okazji, gdy miał szansę zapewnić im przyzwoity start. - Akurat o niego nie musimy się martwić. - Nie bał się go, cała władza Victora leżała w specyficznym podejściu do człowieka. Mogłeś czuć się zastraszony, zgnębiony, niewystarczająco dobry, a wystarczyło byś postawił mu się i wszystko zmieniało tor lotu. Nagle stawałeś się godnym przeciwnikiem, a Horan patrzył na Ciebie przychylnym wzrokiem.
- Chyba nie znasz go tak dobrze jak ja. - Zarzuciła chude ramiona na jego opalony kark. Pół przezroczyste blizny tuż przy łokciu stawały się lekko różowe, gdy unosiła kończyny w górę. Przejechał palcami po chropowatej wypukłości. Ilekroć chciał zapomnieć jak bardzo bał się tamtego wieczora, ilekroć nie potrafił tego zrobić, tym silniej musiał dziękować Bogu za jej obecność tutaj. Złożył na jej nosie przelotny pocałunek. - Li jest w salonie? - Wolał żeby wyszedł, żeby mogli raz w życiu zrobić wszystko tak jak sobie to zaplanowali. Nie mógł jednak go wyrzucić. Patrząc na jej rumianą twarz. Widząc ten radosny błysk jej źrenic zdawał sobie sprawę z tego, że on już zawsze pozostanie w ich życiu. Nawet, jeśli nie będą go wymieniać z nazwiska i nie będą wysyłać mu Bożonarodzeniowych kartek z życzeniami, on będzie w niej i w nim będzie ona.
- Przestań Annie, musisz przestać się obawiać, że coś Ci się stanie, gdy wokół nie będzie ludzi. Payne zostaje, zawiezie nas do Cleo, a Twój ojciec czy tego chce czy nie, czy to mu się podoba czy nie będzie musiał zaakceptować ten wybór, to tylko Twoje życie Skarbie. - mówił spokojnie, dopiero, co nabrał pewności, że wyczerpali poziom nieszczęść na najbliższe dziesięciolecie. Potrzebował jej, chciał ją odzyskać nawet, jeśli oznaczało to dzielenie się jej osobą z ludźmi, o których nie powinna dbać bardziej niż o niego. - Powiesz mu to, co powiedziałaś mi, a on to uszanuje jest przecież Twoim ojcem. - Skrzypnęły drzwi pokoju. Ramie odziane w ciemnogranatowy garnitur wsunęło się do wnętrza, wraz z nim pojawił się i właściciel. Odsunął się o krok od swojej dziewczyny. To był chyba ten cały szacunek do zasad właściciela rezydencji. Nie czuł się komfortowo widząc na sobie jego karcące zerknięcia.
- Cóż tak istotnego powinienem zaakceptować nie licząc faktu, że na mojej kanapie siedzi chłystek, który pozbawił moją córkę dziewictwa? - Zaniósł się śmiechem widząc przerażoną minę 'chłopca z sąsiedztwa'. Czyżby zdradził nieopatrznie jakąś tajemnicę? Taka miłość, takie zaufanie, taka wierność, a tu nagle okazuje się, że nie wszystko, co się świeci jest złotem. - Znów coś nie tak? A może zacząłbyś tą swoją miłość od pytania, ‘dlaczego on tutaj jest'. - Sięgnął po turkusowego pluszaka ugniatając go mocno w dłoniach - Annie ma coś po matce Holden, obydwie nie potrafiły nigdy zdecydować, czego naprawdę pragną i nic się w tej kwestii nie zmieniło, prawda córeczko? - Przyciągnął ją do sobie pozwalając jej oprzeć się na własnym torsie. - Po prostu mu to powiedz kochanie i zakończmy tą farsę raz na zawsze...