Rozdziały będą pojawiać się średnio co 10 dni ;)

Czy to takie trudne poświęcić pięć minut i napisać komentarz? Myślę, że nie.
Wiedz, że twoja opinia motywuje nas do działania ^^
Boli mnie... nas fakt, że według ankiety czyta nas 10 osób (przynajmniej tyle się deklarowało)
a gdy przychodzi co do czego, to tylko 4 osoby potrafią wyrazić swoją opinię.


07.04.2012

[xx1] The Mess I Made



Kartka 16


Dzień dobry, że tak pozwolę sobie skłamać. Zauważyłeś, że pomimo Twojej jawnej ignorancji ja wciąż pisze? Lee mówi, że weźmiesz mnie za psychopatkę albo co gorsza, za jakąś krypto Stalkerkę. Nieważne. Przecież wiem, że nawet nie otwierasz tych listów. Pewnie jesteś jakimś sprzątaczem czy innym czyścicielem dbającym o wygląd naszego cudnego parku. Tak, otwarcie przyznaje się do tego, że wątpię by ktokolwiek zwracał uwagę na tą pisaninę. Mój psychoterapeuta twierdzi, że żaląc się nieznajomym otwieram się bardziej niż gdybym rozmawiała z bliskimi. Pewnie wie co mówi. Zazwyczaj gdy poruszam temat depresji przy mojej matce, samo dobieranie słów bywa rzeczą niemożliwą i jakże męczącą. Siedzimy więc, ja patrzę na nią, ona zerka na mnie i przez całe długie trzy godziny staram się wydusić z siebie odpowiedni zwrot, który ani by jej nie przestraszył ani nie uraził. Czasami odnoszę wrażenie, że ona osobiście znosi to dużo gorzej niż ja. Nie powinnam jej nawet dokładać zmartwień. Nauczyli mnie radzić sobie samej. Robię to najlepiej jak potrafię a skoro pomaga mi pisanie do miejskiej sekcji sprzątającej, to dlaczego miałabym tego nie robić?
Wsunę dzisiaj ten list - tak jak piętnaście pozostałych - w szparę kory starego dębu, tuż przy pomniku upadłego anioła. Zrobię to z nadzieją, że może któregoś dnia będę opowiadać tą historię wnukom. I będę się przy tym śmiać tak cholernie głośno. Nie jestem wariatką prawda? Rozumiesz to? Rozumiesz ten głęboko ukryty sens? Pozwalam się poznać. Nie kłamię, nie oszukuję, bodajże pierwszy raz w życiu od śmierci...
Wiesz od czyjej śmierci. Jeśli masz te kartki znasz mnie lepiej niż ja znam samą siebie. Zapominam powoli o uczuciach które mną targały gdy odezwałam się pierwszy raz. To było coś pomiędzy bezradnością a gniewem. Graniczyło też z żalem i niezrozumieniem. Na świecie jest tyle niesprawiedliwości. Potwory spod łóżek wyszyły na ulice  a umierają tylko Ci dobrzy. Jakby Bóg chciał odzyskać własne anioły. Chciałabym już zgasić tą świeczkę własnego żywota. Chciałabym by Mojry przecięły moją nić ale po co? lepiej żebym zabierała powietrze bardziej potrzebującym. 
CICHO!
Nie chce Cię tym zamęczać. Nie chce byś myślał, że jakaś zbzikowana siksa płacze bo zgubiła swój ulubiony błyszczyk. Skończyłam w tym roku osiemnaście lat, to do czegoś zobowiązuje, prawda? Koniec z płakaniem po kątach, z sypaniem jęków wprost z rękawa. Trzeba wydorośleć. Trzeba podnieść twarz do góry i wyszeptać 'będzie trudno ale dasz radę bo jesteś silna'. Kiepska ze mnie dziewczyna, używam jedynie pomadek ochronnych i jestem bardziej chłopczycą niż królową wszelkich imprez. Mało ludzi mnie kocha , większość nienawidzi. To, to moje zamknięcie i izolacja. Twierdzą, że puszę się i wywyższam. Nieprawda. Szukam jedynie odpowiedniego towarzysza podróży. Lee na przykład wcale nie ma lepiej a otacza ją wianuszek adoratorów. Im więcej ich, tym czuje się bardziej zmartwiona swoją przeszywającą samotnością. Mam o niej nie pisać. Mówi mi teraz, że ta kartka ma być o mnie, ale jak niby mam pominąć w tym wszystkim osobę, która jest moim zwierciadlanym odbiciem? Dobra, faktycznie, w paru strefach się różnimy tylko, że przecież nie ma na świecie dwóch takich samych kropel wody czy dwóch jednakich spojrzeń w oczy. Bredzę? To taki system. Pisz o wszystkim i nie poruszaj najbardziej bolesnych strun swojego żywota. Ostatnio przyłapałam samą siebie na tym, że chciałabym żebyś istniał. Żebyś był rzeczywistym odbiorcą moich bolączek. A jeśli ktoś powie mi kiedyś, że nie potrafię wymyślić nic sensownego - opowiem mu o Tobie. Przecież to ja Cię wymyśliłam...
Zaraz wychodzimy. Wizyty w szpitalu stały się nie tyle znośnym elementem dnia co raczej rutynowym działaniem niemożliwym do przeskoczenia. To nic strasznego. Od tego się nie umiera. Nikogo nie mogę tym zarazić, nie przenoszę wirusów jakąkolwiek z dróg. To tylko moje kalectwo. To po tamtym wypadku. Ktoś kiedyś zapytał mnie co bym zrobiła gdybym poznała ostatni utwór jaki popłynąłby w moim życiu i gdyby on nagle pojawił się w mojej rzeczywistości. Nastawiliśmy ulubioną płytę. Wokalista chrapliwym głosem rozkazał 'don't go' i wtedy to się stało. Nawet się nie bałam. Strach przyszedł znacznie później. Na rehabilitacyjnym wyciągu, który skutecznie odcinał mnie od zwykłego nastoletniego życia. Mam to już raczej za sobą. Cisza, w ciszy wstaję jak co rano, w ciszy stoję pod prysznicem, gorąca woda spłukuje bezpieczne sny, w ciszy szykuję się na kolejny dzień bez znaczenia. Niczego nie mogłabym zmienić nawet gdybym była bogatsza o tą dzisiejszą wiedzę. 
Wierzysz w Boga? Ja kiedyś nie wierzyłam. Nie mogłam zrozumieć całej tej pokręconej katolickiej logiki. Jak można zaufać komuś kto żył - albo i nie żył - tysiące lat temu? Śmieszny wydawał mi się ten system posiadania wolnej woli i jednoczesnego karania za to co złe. Skoro dostaliśmy wybór to dlaczego inny ktoś miałby go nie szanować? Negowałam wszystko co łączyło się z Bogiem hipokrytą. Musiałam być ponad to. Nie potrzebowałam zależności od kogokolwiek. Teraz się pozbierałam. Nie jestem już tak perfekcyjna jak wcześniej, nie potrafię już tak pięknie żyć, nie potrafię szczerze się śmiać. Ale jestem. Wstaje z łóżka żeby przeżyć kolejny cholernie pusty dzień. Wypełniam go po same brzegi zajęciami. Gram na wiolonczeli. Udaje wielką radość z rzeczy małych. Wcale nie jestem smutna. Z lekka rozczarowana - owszem, ale nikt nam nie obiecywał, że będzie łatwo. Powiedzieli nam jedynie, że na samym końcu będzie warto. 
Stanę jeszcze przed oknem. Deszcz zacina o dopiero co wymyte szyby. Kiedyś miałam tu witraż. Mienił się tysiącem barw. Uspokajał mnie wewnętrznie. Dodawał nadziei, że po każdej burzy wyjdzie słońce, które rozpromieni moją duszę. Dzieciaki z sąsiedztwa wybiły go zeszłej jesieni. Zeszłej jesieni przestałam też istnieć. Po drugiej stronie ulicy gigantyczne blokowisko. W każdym budynku mieszka ktoś ważny. Profesor, znany lekarz , radiowiec, gwiazda muzyki albo Ty właśnie. Mam przeczucie, że jesteś blisko. Może nawet mijam Cię z rana gdy biegnę po ulubiony magazyn ojca? albo gdy stoję w kolejce po ciepłe jeszcze bułki. Czuje cię gdzieś. I to jedyne dobre uczucie we mnie...


Annie.


PS:  Nauczyłam się ignorować ludzi, nauczyłam się walczyć o siebie samą a pisząc te listy czuje się tak bezbronna, że gdy już skończy się to wszystko będę za tym tęsknić. Za Tobą, kimkolwiek jesteś.


Słońce już gasło. Chyliło się ku zachodowi. Tylko o tej porze mogły przebiec przez środek ulicy nie bojąc się, że zostaną złapane przez czujne spojrzenie prawego strażnika miasta. Nie było to miejsce ani czas na nieszkodliwe pogawędki o wszystkim i o niczym na tylnym siedzeniu radiowozu zakupionego z podatków tuż przed nową polityczną kadencją. Chciała odłożyć list na miejsce i poczuć w sobie to pozytywne uczucie spełnienia. Wiedziała jak naiwna i dziecięca jest jej wiara w księcia na białym koniu z kolorową papeterią w dłoni, który gdzieś tam w centrum miasta przysiadł nad biurkiem zastanawiając się cóż mógłby odpisać na jej apel. Bo był to niewątpliwie niemy krzyk. Niby nie opowiadała o swojej szkodzie, niby nie łkała nad własnym losem, ale czuła pod skórą narastający gniew. Tyle dni mijało bezpowrotnie. Tyle niewykorzystanych szans przeleciało jej przez palce. W tłumie współczujących jej ludzi czuła się jedynie szmacianą pacynką przerzucaną z rąk do rąk. I te szepty dzikie 'Wszystko w porządku Annie?', 'Nie potrzebujesz niczego Annie?', 'Nie jest Ci smutno Annie?'. Cholera jasna, nie była robotem. Oczywistym było, że czuła się kiepsko, potrzebowała wszystkiego i było jej smutno do tego stopnia, że powoli zaczynało brakować jej nocami łez. Tylko wtedy miała przecież spokój. Matka zasypiała, a ona sama z kocem pod pachą i kubkiem zimnego piwa układała się na puchatym dywanie włączając film z trzecich urodzin Dylana. Krzyczał radośnie biegając dookoła stołu. Wskakiwał wszystkim w ramiona. Tulił się i wywijał piruety. Nigdy później nie widziała tak radosnego dzieciaka. Nawet ona w jego wieku miała z tym niemałe problemy. Wiecznie była zagubiona. Wolała przysiąść na sofie i szarpać zawzięcie struny harfy niż rzucać dookoła lalkami sprowadzanymi na specjalne zamówienie. Słuchała go uważnie. Tylko tyle jej pozostało. Znała na pamięć każdą sekwencję kolejnych klatek. Potrafiła wymienić kolejne migoczące obrazy, ale jego głos był czymś czego nie potrafiła nauczyć się na pamięć. Brakowało jej szelestu pościeli o poranku gdy wskakiwał rozczochrany do jej łóżka by swym dziecięcym seplenieniem oznajmić, że rodzice zamknęli na noc sypialnie. Tęskniła za zbyt dużą ilością syropu klonowego w popołudniowych naleśnikach. Rozpaczała za improwizowanymi bajkami, w których Czerwonego Kapturka gonił Kopciuszka, a Śpiąca Królewna nie mogła zasnąć po zbyt dużej ilości spożytej kofeiny. Nie można było go nie kochać. Nie dało się przejść obok niego obojętnie i może właśnie to go straciło? Wielokrotnie starała się pojąć czy istniała jakakolwiek szansa na to by go ocalić, by dać mu jeszcze kilka jeśli nie kilkanaście szczęśliwych lat. Wciąż stawiała siebie na jego miejscu. Modliła się o powrót do przeszłości. Widziała w ich oczach wodospad goryczy, morze rozpaczy i ona była tego przyczyną, ona go zostawiła, ona odeszła na niebagatelnie długich pięć minut, ona odebrała telefon z komisariatu, ona pierwsza stanęła przy krematoryjnej lodówce, ona do nich zadzwoniła, ona zabiła ich małżeństwo, Dylana, siebie, poczucie przynależności do rodziny.
Wszechświat był do dupy. Zrozumiała to tamtego poranka gdy matka nazwała ją morderczynią. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów uderzyła ją w twarz płacząc przy tym jak to małe dziecko. Ludzie nie latają, bo nie wierzą, że potrafią. Gdyby nie pokazano im kiedyś, że mogą pływać, do dziś wszyscy by się topili po wrzuceniu do wody. Dlatego chyba przeżyła to wszystko. Miała w genach zapisane dryfowanie po fali problemów. Zamykała się w swoim małym ciasnym pokoju, zaciągała żaluzje, paliła najtańsze papierosy i piła najdroższe alkohole skradzione z barku ojca. Rzygała po kątach dając sobie sposobność wejścia na margines społeczny. Tylko dlatego wytrwała. Odcięła się od realności wmawiając sobie, że też jest trupem. Martwego nie dało się urazić, skrzywdzić, zgnoić i złamać. Można było go jedynie pochować. 
Ukucnęła przy dębie wyciągając spomiędzy korzeni starą, podniszczoną miejscami, skórzaną teczuszkę. Była pusta. Od ostatniego listu minęły dwa tygodnie. Wiedziała, że zgubiły ją ostatnie dni. Nikt nie chciał jej tu przyprowadzić, nikt nie chciał pomóc, rodzice by nie zrozumieli, a Lee wściekła się o coś zupełnie błahego i płaskiego. Pogłaskała zieloną chropowatą kopertę tak jakby chciała wyprostować na niej niewidzialne zagięcia. Prostsza być nie mogła. Pachniała jeszcze jej czekoladowym balsamem. Czy tylko ona tak intensywnie odbierała zapachy? Mężczyzna, który przebiegł obok nich zionął wodą kolońską kupioną w marnej sieciówce, w drugiej nucie dolatywały do niej zapachy zjedzonych brokułów i kurczaka. Ktoś go zostawił, inny ktoś o niego nie zadbał, a ona jak ta pieprzona marzycielka siedziała na zimnej mokrej glebie uśmiechając się pół przytomnie do listu.
- Adresujesz? - Ona? Głupie pytanie, bo któż by inny. 'Drogi nieznajomy', 'Panie Odbiorco', ' Ty, który to czytasz'. Warknęła niespodziewanie. Nie podpisywała żadnego wcześniejszego pergaminu. Nie chciała tego nazywać, określać, zamykać w wyznaczone ramy. Odwróciła się w stronę przyjaciółki. Uniosła spojrzenie namierzając jej twarz. Mogłaby przysiąc, że gdzieś w jej rysach w chwili obecnej pałętało się rozbawienie.


- Mamo, a jeśli się kiedyś zakocham to wszystko się ułoży? - Samotna. Tak dziwnie samotna. Wczoraj moje serce kipiało szczęściem. Dzisiaj... Dzisiaj już nie mam serca. - Mamo, bo ja nie chce się bać, chce wiedzieć, że coś jest w ciemności. Jakiś błysk światła. Iskra nadziei - Żałość. I stoję w niej i oddycham nią oszukując własne pragnienia - Bo mamo ja tak najmocniej w świecie chciałabym być kochana - spojrzałaś na mnie tak jakbym nie wiedziała o czym mówię - Jesteś kochana, głuptasku - a później powiedziałaś mi, że mnie nienawidzisz. 


Potrząsnęła głową odganiając nieprzyjemne myśli. Jej matka nie mogła przezwyciężyć obrzydzenia. Nie potrafiła kochać tracąc jednocześnie. Błagała spadające gwiazdy by zabrały ją ze sobą. Nawet mały książę miał swoją piękną różę.
- Napisz 'Dla Ciebie' - usta jej drgnęły w delikatnym uśmiechu. - Po prostu 'Dla Ciebie' .




- Jest kawa, czarna, bez cukru z porcją śmietanki - dłonie otulone wełnianą nicią rękawiczek ustawiły trzy gorące parujące kubki tuż obok jego uda. Jesień tego roku była chorobliwie zimnym, nieprzyjemnym czasem. Wiele by oddał by zaszyć się we własnej pościeli oglądając kolejne powtórki medycznych seriali. Sporo się zebrało tego wszystkiego. Nigdy nie miał czasu. A to studio, a to szkoła, a to inne zajęcia, które pasjonujące były jedynie przez kilka chwil by zaraz później stać się nużącym nonsensem. Chuchnął dwa razy na skostniałe palce. Siedzenie tutaj było najgorszym pomysłem na jaki ostatnio wpadli. Zamiast w przedbiegach odrzucić rzuconą myśl, przyklasnął jeszcze w dłonie ciesząc się jak dziecko. Niall wcale nie był lepszy. Stwierdził, że gdy już wyjaśni się cała zagadka tajemniczych paczek on opisze to wszystko w swojej książce, która stanie się bestsellerem na miarę 'Przeminęło z wiatrem'. W sumie to nawet się nie zaczęło by mogło mijać, ale najwidoczniej jemu to nie przeszkadzało. Kochał to momentami zakrzywione poczucie humoru i ten niegasnący blask pozytywów. Sam dawno stracił cały zapał na rzecz ciągłego bycia wycieńczonym.
- Ty naprawdę chcesz odpisać na te śmieci? - Nigdy nie uważał by listy adresowane do 'nikogo' były niepotrzebnymi papierzyskami. Wychodził raczej z założenia, że stanowią one pewien integralny element rzeczywistości, w której się znalazł. Owszem, nie on wyciągnął pierwszy egzemplarz spomiędzy konarów i nie on przeczytał go na głos wśród stołówkowego tłumu. Gdyby miał go w dłoniach wcześniej, nie pozwoliłby na takie zbezczeszczenie czyjejś duszy. Nie dałby im przyzwolenia na spijanie z pomiętego wilgnego papieru, resztek czyjejś osobowości. Wiedział coraz więcej. Poznawał ją. Nie odważył się jednak wrócić pod dąb, w dniu wyznaczonej nowej wiadomości. Czuł mentalnie, że to coś niezwykle intymnego i podniosłego, on miał być tu jedynie słuchaczem. O nic go nie pytała, do niczego nie zmuszała, od czasu do czasu zastanawiała się jedynie kto dostaje jej zapisane emocje jako ten szlachetny artefakt. Podziwiał ją. Myślał o niej często. Może nawet zbyt często patrząc na to, że w praktyce nie powinien się przejmować losem kogoś obcego. To brzmiało niczym tania wersja niskobudżetowego reality show, albo jak żart Malika. Przyzwyczaił się już do nich, stanowili nową wersję nowoczesnej rodziny. Żałował jednego. Siedmiu pierwszych kopert, których nie zobaczył, które pozostawały tajemnicą. Był taki czas w którym pytał samego siebie czy przypadkiem nie ukradł komuś życiowej roli. Czy ktoś inny nie podchodził do tego znacznie odpowiedzialnie niż on. Czy ona miała w sobie świadomość, że było ich znacznie więcej niż obliczyła to na początku? Idąc mokrym chodnikiem analizował sobie wszystko, analizował wszystko począwszy od mokrych skarpetek i wody w butach, zakończywszy na niej właśnie. Gdyby to było takie proste podjąłby decyzje już dawno. Istniało przecież nikle ryzyko tego, że mógł ją wystraszyć. Ostatnio miał wrażenie, że godziny mijały, a on nie uświadamiał sobie nawet, jaki jest dzień. Zdawał się żyć poza swym ciałem, odrętwiały na wszystko, z wyjątkiem bólu w sercu, w kościach, w głowie.
- Nie mam pojęcia Harry, nie mam pojęcia. - Ten park i to drzewo. Wąska alejka prowadząca do fontann. Ledwie lśniące latarnie. Kilka przerażonych hałasem wiewiórek. Rozejrzał się dookoła własnej osi usiłując zrozumieć psikus losu. Głupio było się przyznać do jakiegokolwiek zainteresowania. To była jakaś cholerna terapia, a nie randka w ciemno. Żadne dziwaczne 'znajdź mnie, bo cie potrzebuje' Fakt faktem, intrygowała, ale nie robiła tego celowo. Nie potrafił tego tak oderwać. Było w niej za dużo sprzeczności by można było kłócić się o tak przyziemne powody jej wszelkich decyzji. Wrócił do siebie. Długie analizowanie nie działało na niego pozytywnie. Nie spał od dwóch nocy. Organizm domagał się zbawiennej kofeiny, a ciało coraz wolniej reagowało na polecenia.
- Nie kapuje, siedzimy tutaj od czterech godzin baaa siedzimy tutaj po sześć godzin każdego dnia od zeszłego tygodnia, to ma jakiś sens? Bo powoli zaczyna mi się to nudzić. Myślałem, że termin 'macie wolne' oznacza spanie do trzynastej, a nie wyczekiwanie na laskę widmo, której najprawdopodobnie już dawno znudziła się ta cała pisanina. - Boże przez myśl mu przeszło, że Horan może mieć rację. Robi z siebie psychopatycznego wielbiciela, który chce jedynie zapytać wprost 'Czy wszystko ok?'. Zesztywniał cały zatrzymując kubek w połowie drogi do ust. Jakiś dzieciak z ADHD podbiegł do ich ławki wpatrując się zaczarowanym wzrokiem w torebkę czekoladowych orzechów. Gdzieś tam 'spłynęło' w dół bezpańskie opakowanie po niedojedzonym hamburgerze. Prawie tu mieszkali. On ich do tego zmusił powtarzając co dzień, że to już ostatni raz, że jutro się tu już nie pojawią. I co? Budził się przed budzikiem, w biegu zjadał ostatnią czerstwą bułkę, mijał w korytarzu wracającego z joggingu Zayna, mówił mu, że wychodzi tylko na sekundę, a później jechał metrem do centrum skąd wsiadał w tramwaj by po niebagatelnie długim kwadransie wysiąść ulicę od parku. Mniej więcej w tym samym czasie w mieszkaniu budził się Niall, zarządzał alarm i tak po około czterech godzinach siedzieli na ławce razem zmieniając się co jakiś czas. Był im wdzięczny, ale nawet jego zaczynało to męczyć.
- Dobra, koniec - jęknął podnosząc się z miejsca. Dwoje spojrzeń powędrowało za jego zwolnionymi ruchami - Koniec chłopaki. Zupełny koniec, mamy urlop. - Łatwo było powiedzieć. Trudniej zrobić. W katolickiej szkółce tłukli mu miesiącami do głowy, że każde nieme wezwanie o pomoc powinno zostać sprawdzone. Czytał o dzieciakach samobójcach wypisujących na facebookowych tablicach o własnych problemach. Nikt nie zwracał na to uwagi, a sanitariusze mieli co zeskrobywać z chodników tuż przed blokami. Nie uważał się za anioła stróża, za mściciela, za Matkę Teresę czy kogokolwiek odpowiedzialnego za wszystkie miejskie nieszczęścia. Zwyczajnie musiał mieć pewność, że ktoś tam po drugiej stronie kartki jest bezpieczny. - Nie damy rady tak dalej, potrzebuje się wyspać przynajmniej raz w tym tygodniu. - Bezradność jakże znajome uczucie. Sięgało jego wnętrza rzadko, lecz gdy już się pojawiało trudno było je wyplewić.


- Cholera, cholera, CHOLERA JASNA NO! - zasyczała dopisując u dołu koperty ostatnie polecone słowo. Komórka w jej kieszeni wibrowała szaleńczym sygnałem. Jeszcze tego jej brakowało. Nie dość, że musiała ukrywać się przed własnymi starymi to teraz miała na głowie też szanownych rodziców Annie. Odebrać? Nie odebrać? Oto było zacne pytanie. Jeśli odbierze będzie musiała wysłuchiwać dwudziestominutowej litanii na temat własnej nieodpowiedzialności i braku szacunku do kogoś starszego, kto powierza jej w opiece dziecko - nawet jeśli to wyżej wymienione pierworodne jest pełnoletnie od przeszło miesiąca. Jeśli natomiast zignorowałaby uciążliwy brzęczący dzwonek - było pewnym, że w przeciągu godziny poszukiwałyby je wszystkie pobliskie posterunki. Od czasu porwania Dylana, stary An wydawał się chodzącym tyranem. Nie potrafił już komunikować się inaczej jak tylko za pomocą wrzasków i pretensji. Niby i go rozumiała, ale z drugiej strony wiedziała jak bardzo jej przyjaciółka katuje się tym wszystkim. Wszyscy stracili coś w przeciągu tego ostatniego roku. Jedni mniej, inni więcej. Nikt nie negował jego cierpienia, ale należało także uszanować w cierpieniu innych. 
- Przeczytaj mi to. - Że niby co? Hasło na kopercie czy może arcy ciekawą wiadomość od Victora? - Lee przeczytaj mi co on Ci napisał. - A więc jednak o ojca jej chodziło. Mała, głupia, bezbronna panienka z dobrego domu, bezapelacyjnie zapatrzona w swego despotycznego tatuśka. Kochająca kogoś kto wystawił jej spakowane walizki za drzwi tylko dlatego, że nie była na tyle wszechwiedzącą by rozpoznać w tłumie złego człowieka. Niektórzy zostali stworzeni po to by sobie w życiu radzić, by osiągać sukcesy i mieszkać na ostatnim piętrze szklanych wieżowców. By mieć uczciwą, szczerą rodzinę, która zaakceptuje przeciwności losu i pojmie, że nie wszyscy zostali jeszcze pochowani. Inni urodzili się, bo ci pierwsi potrzebowali świty czczących ich idiotów. Tak, właśnie tak dzisiaj na nią patrzyła. Może nie minęło zbyt wiele czasu od wypadku i może wciąż pozostawała pod czujnym okiem swojego lekarza, ale na Boga jak długo można było istnieć pod kloszem kłamstw. Widziała jak dogasa w niej ostatnia iskra młodzieńczej niewinności i tego niedoścignionego entuzjazmu w poznawaniu świata.
- Masz nie wracać dzisiaj do domu, śpisz u mnie. - Gówno prawda. W pięknej dziesięciostronicowej wiadomości tekstowej Horan Senior przytoczył multum powodów dla których powinny stawić się w domu przed podaniem kolacji. Tuzin krzywych, bogatych ryjów miało poruszać przy stole nikogo nie interesujące tematy. Mieli udawać miłych by za chwilę zerkać na siebie szyderczym spojrzeniem. Kolorowe sukienki migotałyby przy blasku zapalonych świec, a anielski tatko rozczulałby się na prawo i lewo nad dzielnością swego ostatniego dziecięcia walczącego z przykrą, niespodziewaną chorobą. Tak to nazywał. To brzmiało lepiej niż 'wynik totalnej głupoty rozwydrzonej małolaty'. 
- A kolacja? - Ten jej ledwie słyszalny głosik. Gdzieś uciekła z niego moc i czar. Lee momentami obawiała się, że dziewczyna całkiem zamilknie przytłoczona całym swoim jestestwem. Jak miała jej powiedzieć, że kłamie coraz częściej dla jej własnego dobra? - Odłożyłaś list na miejsce? - Owszem, tak jak siedem pierwszych. Wepchnęła go pomiędzy zwitek niezapłaconych rachunków matki. To zaczynało przypominać komedię, a jej nie w głowie były żarty, ckliwe romansidła czy groteskowo kończone melodramaty. Prosiła ją żeby z tym skończyła. Błagała niemalże. Tłumaczyła całymi nocami, że to nie przynosi żadnych korzyści. Że tylko robi z siebie sentymentalną idiotkę na miarę tych wyczekujących przy brzegu żon marynarzy, które jeszcze nie wiedzą, że okręt zatonął. Nie chciała jej słuchać, a jeśli ona nie potrafiła spojrzeć na to trzeźwo, to ktoś musiał zrobić to za nią.
- Jest tam gdzie być powinien, chcesz sprawdzić? - Nigdy tego nie robiła. Ufała jej. Oczekując ciosu z każdej strony nie zauważała, że noże trzymali Ci najbliżsi. Lee tłumacząc samą siebie twierdziła, że przecież także może być odbiorcą całej tej pisaniny. Była do tego należycie przygotowana. Znały się. Mieszkały rzut beretem od siebie i co najważniejsze mogły ze sobą rozmawiać, a nie modlić się pod jakimś krzakiem by wróżka kłębuszka, matka natura, skrzat polny czy inny Muminek, Gumiś i Smerf, zmaterializowały cud, miód chłopczyka gotowego do miłości na całe popieprzone życie. Niepojętym było by laska w jej wieku czerpała wzorce z jakiejś nowej wersji 'mody na sukces'. - Zbieramy się młoda, mamy jeszcze ocenić próbę Holdena. - Odwrócić uwagę od rzeczy mało ważnych. Ludzie zaczynali przystawać w zainteresowaniu. Dwie siedzące na trawie, w liściach, młode dziewczyny, nigdy nie przynosiły niczego dobrego. Myślano pewnie 'ćpunki' w podtekście dodawano 'szukają sponsora'. Już dekady temu minęły czasy publicznego okazywania względów darom Boga. Chciałeś zachwycać się przyrodom? Miałeś od tego własny zachwaszczony ogródek kumulujący wszystkie miejskie toksyny w liściach kwiecia. Złapała ją za rękę usiłując zwrócić na siebie uwagę. Nie podobał jej się ten nagły spokój. Prawie jak cisza przed burzą. - Holden na nas czeka, pamiętasz? - powtórzyła niespiesznie cedząc każdy pojedynczy wyraz. - Ciemny, skretyniały założyciel podwórkowego zespołu rockowego? Zakochany w tobie od przedszkola? - Chyba się uśmiechnęła. To dobrze. Nawet jeśli jej wymoczkowaty brat był wrzodem na tyłku całych narodów to rozweselanie markotnej sąsiadki szło mu perfekcyjnie. - Chodź już An, bo naprawdę pomyśle, że masz nadzieję go tutaj spotkać. 


- Ciiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiichooooooooooooooooooooo Annie jeszcze śpi. - Otworzyła jedno oko. - Ejjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjjj, a czemu Ty wchodzisz oknem jeśli domy mają drzwi? - Otworzyła drugie. - Jesteś złodziejem?- Gdzieś tam dostrzegła zaciekawione ślepia młodszego brata. - A Annie Cię lubi? - Mała gaduła ciągle na warcie. - A jak tak wchodzisz to nie boisz się, że spadniesz? - Jeszcze nigdy nie zleciał. - Ejjjjjjjjjjjjjjjjjjj no bo ja nie wiem czy mogę Cię wpuścić, bo dzisiaj ja śpię u Annie, a jak będzie tam jeszcze jeden chłopak to to będzie fuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuj. - Nie mogła się nie uśmiechnąć. - Wolę dziefffffffffczyny.


- Lubiłam Holdena. - Dlaczego powiedziała to w czasie przeszłym? Dlaczego w jej wspomnieniach wydał się jedynie bladym odległym punktem niemożliwym do przesunięcia? Czy to przypadkiem nie była jej wina? Czy to nie ona kazała mu zejść sobie z drogi? A może faktycznie czekała na tego którego mieć nie mogła? Czekała na nieistniejące perspektywy, na niezapowiedziany zwrot akcji na coś co zmusi ją do działania. Co wywoła na chwil parę przyspieszone bicie serca. - Nie czekam na nikogo Lee, jak mogłabym czekać na coś co żyje jedynie w moim umyśle? Sny nie wypełzają z głowy zalewając rzeczywistość. - Okrążyła drzewo wchodząc na kamienna brukowana ścieżkę. Ciemność dookoła wnikała w jej umysł. Brakowało jej światła. 


- Dobra robimy tak. Lou siedzi w parku między dziewiątą, a dwunastą. Ja wpadam koło trzynastej i koczuje do szesnastej. Harry dołączy przed siedemnastą jak wróci z tych swoich śmiesznych dodatkowych zajęć. - Plan wydał mu się całkiem idealny choć nie był pozbawiony wad i luk niemożliwych do zapełniania.
- Ty, co to znaczy, że dołączę? To wy cały dzień chcecie tam czekać? - A jeszcze pięć minut temu twierdzili, że koniec z bawieniem się w detektywów. - Może ona nie przychodzi, bo ją straszymy. Wpadł na to ktoś w ogóle? - Zmarszczył podejrzliwie brwi odbierając od kelnerki talerz zapełniony frytkami. - Przyszłaby jakby nikogo nie było. Może nawet była tylko trudno jej cokolwiek upchnąć w tej szparze jeśli trzech czubów wciąż ma na nią oko. - Ups chyba powiedział o jedno zdanie za dużo, bo oto stał się celem numer jeden morderczej walki spojrzeń. - No poważnie wam mówię. Weźcie pod uwagę to, że laska całkiem normalna nie jest, a wy chcecie żeby jeszcze uprawiała ten swój krzywy ekshibicjonizm całkiem publicznie. - Czerwona plama pomidorowego sosu spłynęła kaskadą w dół naczynia - Ziemniaczka? - wepchnął sobie do ust sporą część przysmaku. Gdyby nie był tak głody pewnie zacząłby starą śpiewkę o zakochaniu Tomlinson'a. Tymczasem obserwował jedynie jak kumpel grzebie bezwstydnie słomką w czekoladowym koktajlu skradzionym rzutem na taśmę, jakiejś mało sympatycznej staruszce, stojącej tuż za nimi w kolejce.
- Mówię Ci, że ona się pojawi. - Horan był o tym święcie przekonany. W zasadzie był nawet bardziej przekonany niż sam Lu. - Dobrze się czujesz? - Znał odpowiedz. Znał przyczynę. Znał nawet rozwiązanie. Wystarczyło jedynie przekonać do niego resztę. Czy tylko on wierzył tutaj jeszcze w brak jakichkolwiek przypadków? Wszystko dzieje się z czyjejś woli i z czyjegoś przyzwolenia. Wyciągnął z opasłej torby ostatnią kolorową kartkę z papeterii listowej. Uniósł spojrzenie oceniając nastroje kompanów. Brak entuzjazmu, energii, uczucia dobrze wykonanej roboty. Czuł, że zostaje sam, a nie chciał by tak się stało. Mieli trzymać się razem. Mieli sobie pomagać. Posunął w jego stronę papier wraz z długopisem. - Napisz do niej Lu, przynajmniej będzie wiedziała, ze ktoś to dostał, napisz do niej to nic nie kosztuje. 
Dziwne mieszane uczucia wypełniające przestrzenie żeber. Trzeba mieć pewność, absolutną pewność jeśli chce się czekać. Był na jakiejś cholernej huśtawce emocjonalnej, a najgorszy był strach przed zeskoczeniem. Strach przed powrotem do zwykłej, szarej rzeczywistości.. Raz pękało mu serce, raz rozkwitał szczęściem. Przechodził kryzysy i wzloty. Upadał i podnosił się na nowo i nic nie mogło go powstrzymać. A teraz? Po tym gdy ujął w palce pomarańczowy plastik piszącego wynalazku? Teraz poczuł, że za dużo jest rzeczy które chciałby powiedzieć. I, że skoro jego to przeraża jak mógł sądzić, że jest to łatwe dla niej?


Hej. - Pierwsze proste słowo. - Znalazłem Twoje koperty. - Raz na jakiś czas motylki w brzuchu zastąpione zostają ostrym bólem niewiadomego pochodzenia. W takich momentach choć zdaje Ci się, że masz chore ciało, najbardziej cierpi twoje serce. To ono choruje. I to je powinno się leczyć. - Dokładnie osiem kopert, a naprawdę chciałbym poznać całą tą historię...


___________________________________________________


Nigdy nie lubiłam pisać 'do nikogo'. Czuje się w takich momentach zupełnie jak Annie posyłająca swoje myśli w przestrzeń, zdana na łaskę i niełaskę rzeczywistości. Co chciałabym powiedzieć dzisiaj? W tym momencie? Po dodaniu tego pierwszego rozdziału? Nie wiem ilu was tu będzie, nie mam nawet tej komfortowej świadomości czy w ogóle się pojawicie. Chciałam to napisać już bardzo dawno temu. Coś co będzie ponad te wszystkie stereotypowe miłości. Co nie zakończy się jednym zdaniem bez polotu i dalszego rozwinięcia. Nie chcę umierać w banałach i brodzić w niedopowiedzeniach. 
Mam cichą nadzieję, że kiedyś, gdzieś, jakoś, ktoś to przeczyta. I będzie z tego zadowolony. I nie powie, że żałuje całego poświęconego mi czasu. 
Tymczasem dziękuję tym, którzy dotarli tutaj i witam was serdecznie w moich skromnych progach. 
xoxo Young

Powinnam coś napisać w tym miejscu, ale szczerze mówiąc Young zawarła wszystko to co chciałam/mogłabym napisać, więc nie ma sensu się powtarzać. Mam tylko nadzieję, że będzie tu wiele osób zachwyconych tym opowiadaniem jak ja. Będzie razem ze mną, z nami przeżywało rozterki bohaterów, a także śmiało się do łez. 
W tym miejscu nie pozostało mi nic innego jak również was powitać i życzyć udanej lektury.
Niech moc ziemniaczków będzie z wami! Death

6 komentarzy:

  1. *.*
    To jest cudowne. Niebanalne. Genialne. W sumie to nie mam nawet słów, żeby to opisać, a takie sytuacje bardzo rzadko mi się przytrafiają. Powiem Wam, że we mnie na pewno macie stałą czytelniczkę. Historia niesamowicie mnie zaintrygowała. Jest niezwykła. Wszystko tu jest idealnie wyważone, proporcje są zachowane. Nie ma przesady, ale nie ma także niedosytu. Taka...harmonia. Myślę, że macie talent, a to co napisałyście temu dowodzi. Z niecierpliwością wyczekuję kolejnego rozdziału. xxx
    +Zapraszam do mnie
    http://xeverlastinglovex.blogspot.co.uk/
    http://holdmetight-vick.blogspot.co.uk/

    OdpowiedzUsuń
  2. Podoba mi się *______* Przede wszystkim podoba mi się pomysł wywnętrzniania się w listach chowanych w przypadkowym miejscu. No i te wszystkie przemyślenia... :3 Czekam na dalej ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Trafiłam tu dzięki mojej koleżance. Podesłała mi link do tego bloga i codziennie pytała czy już przeczytałam. Zwracają uwagę tylko na to, jak długie to jest odkładałam czytanie z dnia na dzień. Ale ona mi ciągle o tym przypominała. W końcu stwierdziłam, dobra mam wolną chwilę to to ogarnę. Zaczęłam czytać pierwsze zdanie, potem drugie i trzecie. I nawet nie zauważyłam kiedy doszłam do końca. Jesteście naprawdę wyjątkowe. To opowiadanie jest takie inne, niebanalne, głębokie. Nigdy jeszcze się z czymś takim nie spotkałam. Naprawdę was podziwiam. Teraz, gdy to przeczytałam tyle emocji się we mnie gnieździ, ale nie jestem w stanie ich wyartykułować. A więc po prostu czekam na następny

    Też piszę bloga. W porównaniu z tym co jest tu, moje opowiadanie jest zwyczajne i płytkie. Ale jeśli kiedyś by was się nudziło to zapraszam: http://bloggerkagabrielle.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. O matko, ale mnie zaskoczyłaś.! Czegoś takiego bym się w życiu nie spodziewała. Pomysł jest wręcz.. nie wiem brak mi słowa.. [pierwszy raz w życiu mi się to zdarza] inny, niebanalny, zaskakujący, odrębny, wyróżniający się, cudowny.! Sama się zastanawiam dlaczego tak mało osób to czyta i właściwie doszłam do wniosku, że piszesz po prostu "dla starszych', dla osób dojrzalszych,dla chwili zastanowienia, a wiele nastolatek tego nie szuka..;) Tak czy inaczej mi się bardzo podoba;)
    Pozdrawiam i zapraszam do sb.;)
    [braterstwo1d.blogspot.com]

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetne to jest. Takie głębsze, inne. Nigdy takiego jeszcze opowiadania nie czytałam. Daje do myślenia, choć bym mogła ten rozdział dobrze zrozumieć to musiałam go przeczytać z dwa razy, może wiecej. Bo się gubię. Wiem -dziwne. Ale może po prostu do niego nie dorosłam. Nie będę się rozpisywać, bo nie umiem dobrze wyrażać swoich opini, a nie chce tu przumulać.
    Opopwidanie zaczyna się interesująco, macie duży talent. Czekam na następny.
    N. xx

    OdpowiedzUsuń
  6. Czy znacie to uczucie kiedy czytacie książkę/opowiadanie i emocje są tak ogromne, że wasze serce bije o kilka uderzeń za szybko a w gardle tworzy się ogromna gula, której nawet woda mineralna stojąca nieopodal nie przebije? Czy wiecie co to za uczucie kiedy wasz żołądek skręca się z podziwu, a głowa kipi od nadmiaru informacji i komplementów do autora, a kiedy chcecie je wyrazić, nagle żadna sensowna wypowiedź nie chce ułożyć się w całość? Dlaczego nie dajesz rady? Z obawy czy aby ten oto prosty, pospolity komentarz. Zwykła ocena nie okaże się przypadkiem jednym wielkim chłamem przyrównując ją do tekstu, który właśnie kilka sekund temu wywołał w tobie tak wiele uczuć. Tak ogromny podziw.
    Jednak nie chciałam wam truć tutaj jak bardzo zburzyłyście mój nocny, nastawiony na sen spokój. Ja chciałam wam po prostu napisać, że... Jestem ciekawa gdzie się ukrywacie? Nie to bez sensu. Co mnie obchodzi gdzie się ukrywają tak wartościowi ludzie, osoby z takim talentem. Mnie bardziej interesuje, jak to możliwe, że dopiero teraz się ujawniacie a jeżeli zrobiłyście to już wcześniej to dlaczego ja o tym nie wiedziałam? Oj Aleksja, Aleksja… Uspokój się, nie jesteś zakichanym pępkiem świata, więc ciesz się, że w ogóle tu trafiłaś…
    Tak, rzeczą jasną jest, że się cieszę. Cieszę się, że moja głupkowata osoba mogła przeczytać wasz prolog i rozdział i kolejny raz po użalać się nad sobą, nad brakiem talentu oraz popodziwiać, popodziwiać ludzik, którzy widać, że piszą z pasją i wielkim uczuciem, że w to co robią wkładają całe serce, duszę oraz rozum, które także są niezbędne żeby stworzyć tak wspaniały i ukazujący tyle wartości tekst.
    Przepraszam, rozpisałam się, jednak podsumowując to wszystko jestem wam wdzięczna, że tacy ludzie jak wy istnieją z takim talentem i pasją. Dziękuję ♥.
    Sama też piszę bloga, może wam nie dorastam do pięt. No ba, że nie ale też próbuję sklejać litery w słowa, słowa w zdania a zdania w logiczną całość.
    Jeżeli kiedykolwiek znajdziecie minutkę, może dwie to jak macie ochotę zajrzyjcie. http://i-stay-true.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń